Strona umarłych

Strona umarłych

And he was on the side of the living, and it was on the side of the dead
/Ursula K. LeGuin, The Wizard of Earthsea/

Dawno, dawno temu mieszkaliśmy w zamku. Ja miałam swoją własną komnatę, gdzie sypiałam; moje łóżko było przykryte jedwabną narzutą. Codziennie rano przychodziła kobieta czesać mi włosy. Kiedy się nudziłam, mój ojciec wzywał muzyków i błaznów i aktorów, żeby mnie zabawili.
Byłam księżniczką – moja matka była królową, a mój ojciec królem Ravetty; matka pochodziła z królewskiego rodu i wybrała sobie mojego ojca na małżonka. Był księciem zza morza i przyjechał na turniej, kiedy jeszcze rządził tu mój dziadek i jego żona, która była królewną z Vettoin, spokrewnioną z cesarzem, bo moja matka miała w żyłach cesarską krew. Mój ojciec był przystojny i dzielny, walczył z smokami i zrzucał z koni wszystkich współzawodników na turniejach; moja matka zakochała się w młodym bohaterze, a jej rodzice z chęcią zgodzili się na małżeństwo. Potem mój ojciec uratował swoją narzeczoną od potwora, który chciał ją zabić i pożreć. Kiedy walczył z tym potworem, moja matka była w jamie, związana, ale zdołała się uwolnić i kiedy zobaczyła, że jej narzeczony krwawi, że krew zalewa mu oczy i nie widzi, jak jedna z głów bestii szykuje się do ataku, porwała topór, który leżał porzucony przez jednego z rycerzy zabitych wcześniej przez bestię, i choć była tylko delikatną kobietą, uderzyła tak mocno, że odrąbała wstrętny łuskowaty łeb, a wtedy mój ojciec mógł dobić potwora i zabrać swoją dzielną narzeczoną do domu do Ravetty i poślubić ją w katedrze w obliczu Boga i cesarskich wysłanników i sam cesarz przysłał mojej matce suknię ślubną wyszywaną perłami i złotem, a mojego ojca mianował baronem. Tysiąc razy słyszałam, jak minstrele śpiewali o tym na dworze; moja matka siedząca na tronie obok mojego ojca uśmiechała się do nich łaskawie. Ja też się uśmiechałam, bo byłam następczynią tronu i wiedziałam, że tak trzeba, a poza tym lubiłam słuchać, jak wszyscy wychwalają piękno i sprawiedliwość mojej matki, odwagę i mądrość mego ojca.
Miałam tylko jedną siostrę: matka nigdy nie urodziła syna. Moja siostra, Mikala, była młodsza ode mnie i strasznie głupia; matka i ja miałyśmy nadzieję, że z tego wyrośnie, ale na razie zupełnie nie zachowywała się jak na księżniczkę przystało: ciągle znajdowałyśmy ją w kuchni ze służbą albo w spiżarni, gdzie siedziała po ciemku między beczkami z winem, pod  szynkami zwisającymi z sufitu. Czasami w nocy słyszałam, jak Mikala krzyczy przez sen w swojej komnacie; jej głos docierał do mnie przez kamienne mury oddzielające nas od siebie.
Byłam jeszcze za młoda, żeby rodzice wybrali mi narzeczonego, ale wiedziałam, że już niedługo zaczną przyjeżdżać książęta, który będą mnie chcieli poślubić. Będą turnieje i bale i w końcu kiedyś zakocham się w którymś z tych dzielnych młodych bohaterów, jak moja matka w moim ojcu.
Mój ojciec opuszczał nas często i jechał sądzić ludzi w dalekich miastach albo uczestniczyć w ważnych ceremoniach: czasami podróż zajmowała mu nawet cztery dni. Nasza ziemia nie jest rozległa, mawiał ojciec, ani bogata, ale pamiętaj, Litis, jesteś księżniczką i będziesz królową, jesteś winna posłuszeństwo cesarzowi, ale wszyscy ludzie w tym kraju muszą ci się kłaniać…
–    Nawet wariatka ze stajni? – zapytałam któregoś dnia, bo wariatka nigdy mi się nie kłaniała, nigdy nic nie mówiła, tylko patrzyła, aż robiło mi się zimno.
–    Nic nie poradzisz na wariatkę – powiedział mój ojciec i popatrzył na moją matkę; milczała, a on nie odrywał wzroku od jej twarzy.
–    Mikali też się muszą kłaniać? – zapytałam głośno, bo cisza, która zapadła, wprawiła mnie w zakłopotanie.
–    Oczywiście, że tak – powiedziała moja matka – ale ty… – spojrzała na mojego ojca.
–    Ty będziesz królową – rzekł cierpliwie; podniosłam wzrok na złotą koronę, leżącą na jego siwiejących włosach – To kiedyś będzie twoja korona…

Wariatka ze stajni wcale nie mieszkała w stajni: w naszej stajni były konie, na których jeździł mój ojciec i te, które zaprzęgano do powozów i klacz mojej matki i mój koń i miejsce dla konia Mikali, jak w końcu dość urośnie, żeby mogła jeździć na koniu. Stara stajnia, czyli obora u stóp wzgórza zamkowego, od strony rzeki i pastwisk, została przez moją matkę oddana niewolnikowi, który służył ojcu mojego ojca; w dniu ślubu ojciec go wyzwolił i ofiarował mu kawałek ziemi, a matka kazała wyczyścić starą stajnię i dać mu, żeby tam sobie mieszkał. Wariatka była jego żoną: miała wystrzyżoną głowę i gębę umazaną popiołem, zawsze była zawinięta w szmaty i cuchnęła. Czasami wrzeszczała na ludzi, ale do mnie nigdy się nie odezwała. Kiedy się rano budziłam i wyglądałam z moich okien, widziałam, jak nosi wodę w drewnianych cebrach od rzeki do obory, gdzie mieszkała.

–    Litis, czemu potwór napadł na naszą matkę? – zapytała mnie Mikala któregoś dnia; miałyśmy siedzieć i wyszywać obrus dla katedry, ale ona oczywiście nie mogła usiedzieć na miejscu i nie przestawała się kręcić; siostra Klara, która miała nadzorować naszą pracę, usnęła w fotelu.
–    Bo chciał ją zabić – odpowiedziałam cierpliwie, dobierając z koszyka kolejny motek zieleni, żeby wyhaftować monogram mojej matki na jej darze dla kościoła.
–    No ale dlaczego chciał ją zabić? – Mikala nie dawała mi spokoju; jej kawałek obrusa pełen był krzywych i za dużych ściegów: kiedyś widziałam, jak siostra Klara i siostra Sylwia poprawiały wieczorem to, co Mikala popsuła w ciągu dnia. Po mnie oczywiście nikt nie musiał poprawiać.
–    Bo był potworem, złym i podstępnym – powiedziałam, żeby się ode mnie odczepiła.
–    A ja dzisiaj słyszałam innego minstrela – zmieniła temat – na dziedzińcu. I on śpiewał, że nie było żadnego potwora. I że tak naprawdę nasz ojciec zabił bardzo złego czarownika, który porwał naszą matkę i się chciał z nią ożenić i sam zostać królem.
–    Czarowników nie ma – ofuknęłam ją – a potwory są. Nie wygaduj głupstw.
Ale sama zaczęłam się zastanawiać. To prawda, że w Ravetty nie ma czarowników, bo jakiś prapradziadek mojej matki ich wypędził, no ale jak ich wypędził, to wcześniej jacyś musieli być i może jeszcze jacyś są gdzieś daleko na świecie. W każdym razie całkiem możliwe, że jakiś czarownik chciał się zemścić i porwał moją matkę.
Zapytałam o to ojca któregoś dnia.
–    Tak – powiedział z uśmiechem – wiedziałem, że moja następczyni domyśli się prawdy. To dobrze, że uważnie słuchasz, co ludzie mówią, Litis, ludzie zwykle knują coś przeciwko swoim panom. Jak myślisz, czemu nie mówimy im całej prawdy?
–    Bo by się bali czarownika? – zaryzykowałam; ja sama bałam się czarowników jak niczego innego na świecie.
–    No właśnie – ojciec pogłaskał mnie po głowie – Ludzie są głupi i boją się wszystkiego, nie tak jak ty albo twoja matka i ja. A jak już pokonaliśmy tego czarownika, to po co straszyć ludzi, prawda? A poza tym czarownik to prawie to samo, co potwór; i wierz mi, on naprawdę chciał zabić twoją matkę.
–    Żeby się zemścić? – zapytałam.
–    Dokładnie – odpowiedział mi ojciec, a potem wszedł lokaj i zapowiedział ochmistrza i marszałka dworu, więc musiałam sobie pójść.

Matkę bałam się pytać o czarownika, bo zawsze była surowa i często się gniewała. Była prawdziwą królową: kiedy widziałam ją w czerwonym płaszczu, schodzącą po schodach do sali tronowej, wysoką i wyniosłą, w złocistej koronie, myślałam, że nic nie może jej przestraszyć, żaden potwór ani nawet czarownik ani wariatka ze stajni. Potem zauważyłam, że matka nie lubi jak się mówi o wariatce, więc przestałam, żeby jej nie drażnić, no ale oczywiście Mikala była za głupia, żeby to zauważyć.
–    Ona wcale nie jest taka stara – powiedziała któregoś dnia, kiedy miałyśmy mieć lekcję etykiety cesarskiej, ale nasz nauczyciel był zbyt zajęty siostrą Sylwią i powiedział, że możemy pójść do ogrodu; na jego szczęście matki nie było nigdzie w okolicy, bo jak jej wieczorem wszystko opowiedziałam, to była wściekła.
–    Kto? – zapytałam z zaciekawieniem; przed chwilą rozmawiałyśmy o siostrze Sylwii i o tym, że ona zupełnie nie pasuje do klasztoru i ciekawe, jak się tam znalazła. Siostra Sylwia była młoda i śliczna; nie wiem, co Mikala miała na myśli mówiąc, że nie jest „taka stara”.
–    Wariatka – odparła moja siostra, zrywając jeżyny z krzewów, które wrosły między krzaki malin; muszę powiedzieć matce, że ogrodnik zaniedbuje swoją robotę – I nawet ma imię; słyszałam, jak jej mąż do niej mówi. Nie mów o niej więcej „wariatka”, bo wcale się tak nie nazywa.
–    No pewnie, że nie, głupia – prychnęłam – ale jest wariatką.
–    Nazywa się Sela – kontynuowała moja siostra, nie słysząc, co do niej mówię – i wcale nie jest stara.
–    Może nie jest stara, ale wygląda staro, nie ma włosów i śmierdzi – ucięłam – A poza tym ciekawam, skąd to wszystko może wiedzieć mały dzidziuś, który sika do łóżka i wrzeszczy po nocach?
Mina jej zrzedła i od razu wiedziałam, co zrobiła.
–    Poszłam na spacer… – wyszeptała.
–    Nieprawda – sprecyzowałam – znowu się wymknęłaś z pastuchami, co? I poszłaś prosto do wariatki. Jak powiem matce…
–    Nie mów, proszę cię, proszę, proszę… – nienawidzę, jak mówi tym płaczliwym tonem, a łzy zaczynają kapać z końca usmarkanego nosa; robi mi się niedobrze, jak na nią patrzę.
Oczywiście powiedziałam matce wszystko: w końcu księżniczka nie może ganiać po łąkach z pastuchami i krowami, nie mówiąc już o tym, że zawsze może przytrafić się kolejny żądny zemsty czarownik.
–    Co to ma znaczyć? – spytała cicho i groźnie moja matka, kiedy podzieliłam się z nią swoimi obawami co do czarownika – skąd ci to przyszło do głowy?
–    No…  – nie wiedziałam, co zrobić, ale wszyscy wiedzą, że nie da się skłamać mojej matce, więc w końcu wykrztusiłam:
–    Noo… tak jak ciebie porwał i chciał zabić potwór – czarownik, prawda?
–    Kto ci to powiedział? – siedziałyśmy w sali jadalnej: moja matka u szczytu stołu, ja cztery krzesła od niej, po prawej stronie; ojca nie było, a Mikala za karę musiała zamiast kolacji iść na nabożeństwo.
–    Usłyszałam od minstrela – powiedziałam szybko – I zapytałam ojca, i on powiedział, że to prawda.
–    Bo to jest prawda – matka popatrzyła na mnie, ale wydawała się zamyślona – rzeczywiście tak było. Prawie tak – uściśliła – ale reszty to się dowiesz w swoim czasie.
–    To znaczy, że nie chciał cię zabić i zjeść, tylko się z tobą ożenić? – wtrąciłam, ale matka kazała mi iść do siebie. Poszłam, zadowolona, że to nie ja muszę siedzieć w zimnej katedrze.

Tej nocy zbudziły mnie krzyki.
Najpierw myślałam, że to znowu Mikala, ale rano podsłuchałam, jak służące mówią, że moja matka śniła koszmary i zerwała się ze snu, krzycząc. Ojciec wrócił tego samego dnia wieczorem i zaraz poszedł do matki; zamknęli się w jej sypialni i rozmawiali przez pół nocy, ale nie słyszałam o czym.
Rano matka posłała gdzieś siostrę Sylwię i dwie służące, a to oznaczało, że będziemy siedzieć i wyszywać pod opieką siostry Klary przez godzinę dłużej; siedziałam koło okna i to ja pierwsza zobaczyłam ten niewiarygodny widok.
Siostra Sylwia i obie służące wracały do zamku, a między nimi szła wariatka.
Powiedziałam siostrze Klarze, że muszę wyjść i wrócę zaraz, chyba rozumie, o co mi chodzi, po czym pobiegłam do gościnnych komnat, na górze; w jednej z nich można się było położyć na podłodze i usłyszeć, co moja matka mówi w swoich komnatach, dokładnie piętro niżej. Mikala poleciała za mną; nic nie mogłam na to poradzić.
Kiedy tam wpadłam i przycisnęłam ucho do podłogi, a moja głupia siostra zrobiła to samo, wariatka już była u mojej matki.
–    No to czego chcesz?! – usłyszałam głos mojej matki, podniesiony i pełen gniewu – Doprowadza mnie do szaleństwa twoje zachowanie, wiesz?! Wariatka, tak o tobie mówią dzieci!
–    Twoje dzieci – powiedziała wariatka cicho – twoje bękarty, powiedziałabym, gdyby nie to, że z tej mniejszej może jeszcze wyrosnąć człowiek. Starsza jest równie zepsuta jak ty i on.
–    Jak śmiesz! – krzyknęła moja matka i usłyszałam odgłos uderzenia – Ostrzegam cię, Selo, jeszcze jedno słowo…
–    A co? – teraz wariatka też krzyczała – a mnie zabijesz, jak mojego brata?
Przyszło mi do głowy, że czary i czarownicy muszą mieć z tym wszystkim coś wspólnego; moja matka i ojciec broniliby kraju przed czarownikami nawet gdyby musieli zabić brata wariatki… może nawet mojego, pomyślałam, gdybym go miała.
–    Zaproponowałam ci wszystko, co się dało – syknęła moja matka; gdybym to ja była na miejscu wariatki, padłabym na kolana i błagała o wybaczenie – ale nie mam zamiaru znosić tego dłużej. Od dziesięciu lat słyszę od ciebie to samo: „czy mnie zabijesz jak mojego brata?”. Ile razy mam ci powtarzać, że nie miałam nic wspólnego z jego śmiercią…
–    To dlaczego nigdy nie mówisz jego imienia? – wariatka wcale nie wydawała się przestraszona – a co z moim ojcem, z jego śmiercią też nie miałaś nic wspólnego?
–    Twój ojciec – matka bardzo się starała brzmieć spokojnie – był potworem. Wiesz o tym równie dobrze, jak ja. Nie mogłam zrobić nic innego. Poza tym, twój ojciec mnie zdradził; jakbyś się czuła, gdyby ciebie zdradził twój mąż?
–    Mój ukochany mąż–niewolnik, wybrany mi przez kochającą matkę, doskonały małżonek dla księżniczki! – krzyknęła ostrym, pełnym złości głosem – Miałam czternaście lat, tyle ile twoja bezcenna Litis teraz, kiedy mnie oddałaś staremu człowiekowi za żonę!
–    Chciałam cię chronić – powiedziała moja matka cicho.
–    Bo się bałaś, że twój drogi nowy małżonek mnie zamorduje, tak? Cóż za zaufanie!
–    Bałam się – w głosie matki był teraz gniew – że ludzie się dowiedzą, że jesteś takim samym potworem, jak twój ojciec, a wtedy…
–    Tu się, niestety, mylisz – syknęła wariatka – dla mnie niestety, bo gdybym była magiem, jak mój ojciec, już byście oboje nie żyli, ty i twój gach! Gdybym ja była magiem, gdyby mój brat żył…
–    Gdyby twoja babka wiedziała, że jej syn będzie czarownikiem, zamordowałaby go w kolebce! – krzyknęła moja matka.
–    Jak ty swojego? – spytała wariatka zimno – Nathan miał cztery lata, a ty i twój mąż zabiliście mu ojca i kazaliście swoim ludziom zabić dziecko! Kazałaś zabić własne dziecko i przynieść sobie dowód, że nie żyje i przynieśli ci jego poduszkę i koc, całe we krwi, a ty powiedziałaś, dzięki bogom, nie ma się już czego obawiać, wytępiliśmy zarazę! Miałam osiem lat i pamiętam jak dziś, że dziękowałaś bogom za śmierć dziecka!!
–    Nie za śmierć dziecka – powiedziała moja matka, jakby chciała ją przekonać – zrozum, Selo, nie za to, że mój syn umarł; dobrze, to prawda, że się zgodziłam… kłamałam, mówiąc, że nie mam z tym nic wspólnego… ale to tylko dlatego, że chciałam być pewna… pewna… że to się nie powtórzy, że nie będzie w naszej rodzinie następnego potwora…
–    A ja? – zapytała wariatka z gniewem – Podobno byłaś przekonana, że jestem takim samym potworem…
–    Podejrzewałam – powiedziała moja matka zimno – a ponieważ tylko podejrzewałam i nie byłam pewna, żyjesz. Tylko dlatego. Zawdzięczasz życie mojej łasce, Selo: nie zapominaj o tym.
–    To prawda – odrzekła wariatka – bo przestałam już dawno uważać cię za matkę. Jesteś tylko królową… nawet nie królową, uzurpatorką, która zabiła mi brata i ojca…
–    A wiesz – zapytała moja matka cicho – wiesz, co twój ukochany ojciec zrobił twojej jedynej siostrze? Miałaś nie tylko brata, Selo; miałaś też siostrę, pamiętasz?
–    Owszem – odpowiedziała – Moja siostra jest dokładnie tam, gdzie jest jej miejsce.
–    …do dziś nie wiem, co się z nią stało, sprzedał ją jak zwierzę, nie wiadomo dokąd, a ty śmiesz mówić…
–    Wasza wysokość – w głosie wariatki–Seli było niemal rozbawienie – Moja siostra jest głową Szkoły w stolicy imperium… tej samej szkoły, do której wysłał ją mój ojciec… sekretnym doradcą cesarza… czarodziejką. Nader potężną czarodziejką, pozwolę sobie dodać. Ja o tym wiem, choć jestem żoną niewolnika: jak to możliwe, że królowa Ravetty, desperacko ponoć poszukująca swego wykradzionego dziecka, dotąd się nie dowiedziała? Jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to że nie chciała się dowiedzieć, bo nic jej to nie obchodziło. I uważałabym, naprawdę bym uważała, z nagłym okazywaniem uczuć i informowaniem mojej siostry o wszystkim, co się zdarzyło: macie oboje dużo szczęścia, że nie wolno jej opuścić stolicy bez pozwolenia cesarza, a cesarz wam sprzyja… Zaraz, czy to nie tego się obawiasz? Bo przecież musi być jakiś powód, dla którego mnie tu wezwałaś, prawda? No chyba że się boicie tej ostatniej rebelii… W to, że nagle postanowiłaś przypomnieć sobie, że masz jeszcze jedno dziecko, nie uwierzę.
–    Wyjdź – powiedziała moja matka; w jej głosie było zmęczenie – wyjdź, naprawdę chciałam się z tobą pogodzić, zabrać cię z powrotem na zamek, znaleźć ci nowego męża… skoro nie ma w tobie przekleństwa, może urodzisz normalne dziecko… ale nie. Ty nie możesz zrozumieć, nawet zapomnieć nie umiesz. Takie jest prawo, dziecko. Nie zdajesz sobie sprawy, ile mnie to kosztowało… i oby nikt nigdy nie ocenił ciebie tak niesprawiedliwie, jak ty mnie oceniasz… za to tylko, że po śmierci twojego ojca chciałam jeszcze raz być szczęśliwa…
–    I dziwnym trafem wylądowałaś w łóżku swojego wspólnika? Chociaż, co ja mówię, przecież bywałaś w jego sypialni wcześniej… cóż za wzruszający przykład wdowy w żałobie, która odnajduje szczęście!
Uznałam, że wiem już dość, szturchnęłam Mikalę i pobiegłam z powrotem do siostry Klary. Dopiero na dole zorientowałam się, że mała została gdzieś po drodze.  Dołączyła do nas dopiero po paru minutach, oszołomiona i z głupio otwartymi ustami.
Byłam tym wszystkim, oczywiście, zaskoczona i trochę przestraszona – wyglądało na to, że wariatka jest moją przyrodnią siostrą. Reszta mnie zdziwiła, ale nie aż tak bardzo: przecież wiedziałam, że moja matka była prześladowana przez potwora-czarownika.

–    Przecież sama to słyszałaś od minstrela – powiedziałam do Mikali – że nasz ojciec i matka zabili złego czarownika, który chciał zostać królem i uratowali w ten sposób ludzi przed wielkim nieszczęściem. Nasz dziadek i kuzyn matki, cesarz, obaj potwierdzili, że to było coś dobrego, bo dziadek się zgodził na ślub, a cesarz mianował ojca baronem, prawda? Wyobraź sobie tylko, że mielibyśmy w rodzinie czarowników!
–    Ale oni zabili jakieś dziecko – powiedziała Mikala z uporem; od kiedy podsłuchałyśmy tę rozmowę, nie mówiła o niczym innym.
–    Jesteś jeszcze za mała, żeby o tym wiedzieć – uznałam, że mogę podzielić się z nią odrobiną wiedzy, uzyskanej poprzedniego dnia  od siostry Klary – ale jak będziesz wychodziła za mąż, musisz obiecać, że jak twoje dziecko będzie czarownikiem, to je zabijesz. Każda kobieta musi.
–    Nawet królowa?
–    Nawet królowa.
–    A skąd się wie, że dziecko jest czarownikiem? – zapytała podejrzliwie.
–    Po prostu wiesz – odpowiedziałam, bo sama nie miałam pojęcia.
–    Przecież kiedyś powiedziałaś, że nie ma czarowników – mruknęła.
–    Bo tak się mówi małym głupim dzieciom jak ty – ucięłam.
–    Wiesz, wtedy kiedy matka krzyczała w nocy, ja wiem dlaczego – powiedziała Mikala po chwili milczenia; szarpała brudnymi rękami swoje śmieszne bure warkocze.
–    Skąd wiesz? – zainteresowałam się natychmiast.
–    Bo zawsze śni mi się to samo – odpowiedziała – znaczy, kiedy się budzę w nocy to wiem, że mi się to śniło. Musiała widzieć to samo, to znaczy matka musiała – poprawiła się natychmiast.
–    Nonsens – fuknęłam; nasza matka przestraszona przez sny, akurat!… po czym, niezdolna powstrzymać ciekawości, zapytałam – Co ci się śni?
–    Jeżyny – powiedziała.
–    Śnią mi się jeżyny – wyjaśniła, kiedy popatrzyłam na nią jak na głupią – Wiesz, te w ogrodzie. Matka się gniewa na ogrodnika, że ich nie wykarczował i sama sięga po jedną, wyrywa z korzeniami, a z korzeni cieknie krew, a wtedy jeżyna przemienia się w węża, czarnego i grubego i owija się matce wokół ręki i pełznie aż do jej szyi i… wtedy się budzę, zawsze.
–    Jakbyś nie właziła ciągle w te jeżyny – pouczyłam ją – to by ci się nie śniły.
Jeżyny i węże, akurat!

Matka chyba jednak przejęła się tym wszystkim, a może ojciec przejął się bardziej, w każdym razie wezwali do domu uzdrowiciela, który mieszkał w Dolnym Mieście (tym odgrodzonym murem i strażami od górnego, gdzie mieszkali dworzanie i gdzie nam było wolno chodzić). W Dolnym Mieście ciągle były zamieszki, bo gnieździło się tam pospólstwo i hałastra, tak mówili na zamku, ale ten uzdrowiciel podobno działał cuda i zasłynął wśród ludzi, mieszkał tam i leczył ich wszystkich zupełnie za darmo, oni mu tylko przynosili jedzenie.
Myślałam, że uzdrowiciel będzie miał siwą brodę jak lekarz ojca, ale ten wcale nie był stary. Wydał mi się dość młody, z jasnymi włosami, śmieszny bardzo i widać, że z pospólstwa; podobno jego ojciec miał na wybrzeżu stragan z rybami albo coś takiego, powiedziała pokojówka. Nie chciał zostawiać swoich biedaków i przyjść na zamek, tak że straże musiały sprowadzić go siłą. Moja matka zapytała go o złe sny.
–    To zależy jakie, pani – odpowiedział; ubrany był na czarno, włosy miał związane w krótki kucyk; nie miał żadnej torby z lekarstwami i uśmiechał się przez cały czas, co bardzo mi się nie spodobało.
–    Nie mam czasu na zagadki, medyku – powiedziała moja matka z gniewem.
–    Wybacz, królowo – odrzekł – ale muszę wiedzieć dokładnie, co ci się śni. Często to, co wydaje się nam złym snem, jest w rzeczywistości zapowiedzią dobra, której nie umiemy… odpowiednio odczytać, zrozumieć. Jeżeli mam ci pomóc, pani… odegnać zło… musisz mi powiedzieć.
–    No dobrze, skoro muszę – prychnęła moja matka; uzdrowiciel musiał być bardzo odważny albo bardzo głupi, że się nie przestraszył jej tonu – Rodzę dziecko, ale na świat przychodzi martwy wąż. Zakopują go w ziemi; przez noc wyrastają tam kolczaste gałęzie. Rano idę tam z ogrodnikiem i sięgam po gałąź, żeby ją wyrwać, ale wtedy z ziemi tryska gorąca krew i zalewa mi twarz. To wszystko.
Usłyszałam skrzyp podłogi, a potem głos.
–    Pani – powiedział cicho medyk – to, co powiem, pozostanie między nami. Krew, którą przelałaś, w słusznej sprawie czy nie, woła do ciebie z ziemi. Umarli żądają od ciebie szacunku… chcą, byś prosiła o przebaczenie. Nie chcę wiedzieć, pani, co się stało – uciął, zanim moja matka zdołała powiedzieć cokolwiek – ale dam ci radę: każ pogrzebać tych, którzy leżą w nie poświęconej ziemi… i każ się modlić za umarłych. Niech król się modli. Sama się módl. A teraz, skoro już powiedziałem, co miałem powiedzieć… pozwól, że cię opuszczę. Nie mogę nic więcej zrobić.
–    Tak? – zapytała moja matka zimno – a ja myślę, że możesz, medyku. Dlatego zakazuję ci wracać do miasta. Zostaniesz tutaj, w pałacu, i będziesz nam służył radą, kiedy tylko ja tego zechcę.
Medyk, Gilbert czy jak go tam zwali, chcąc nie chcąc został na zamku – już się nie uśmiechał tym przemądrzałym uśmiechem, z jakim go pierwszy raz widziałam; nie miał tu nic do roboty, ale nie mógł wyjechać. Głupia Mikala łaziła za nim bez przerwy i robiła słodkie oczy, a on chyba też był głupi, bo dał się na to nabrać i czasem nawet z nią rozmawiał. Matka zarządziła modlitwy, nawet ojciec się dołączył, wszyscy dworzanie mieli wyznaczone godziny specjalnych nabożeństw… i przez rok wszystko było dobrze, nawet Seli-wariatki nie widywaliśmy.
A potem Mikala przyszła do mnie i powiedziała:
–    Znowu śnił mi się wąż.
–    Idź do swojego kochasia – burknęłam, bo fryzjerka właśnie mnie czesała; miałam dziś siadać do obiadu z rodzicami, księciem z Veldin i jego synem, który miał dwadzieścia lat; oficjalnie rozmowa miała dotyczyć sukcesów młodego księcia w walce z buntownikami (każdy wieśniak w Ravetty to buntownik, mawiał mój ojciec) ale przypuszczałam, że matka chce mnie za niego wydać – On da ci mnóstwo dobrych rad co do snów; może zaleci parę dodatkowych nabożeństw i przestaniesz zawracać mi głowę, bo cały czas będziesz w kościele.
–    Wąż ugryzł matkę w serce – wymruczała.
–    Mówi się ukąsił – poprawiłam ją – i daj mi święty spokój, nie widzisz, że jestem zajęta?
Poszła sobie w końcu, mrucząc coś do siebie… a ja zrobiłam głupio, że jej nie wysłuchałam, bo jakbym to zrobiła, wstrętna smarkula nie poszłaby prosto do Seli-wariatki, żeby jej wszystko wypaplać.
Podobno powiedziała jej, że się martwi o matkę i że Sela powinna coś zrobić, bo to też jej matka, ale Sela tylko się zaśmiała i odparła, że ona nie ma matki i że nic nie może zrobić. Jak Mikala mi to opowiedziała, myślałam, że ją uduszę.
–    Czyś ty oszalała! – krzyknęłam i wymierzyłam jej szturchańca w prawy bok, a potem poprawiłam z drugiej strony – Idziesz do wroga…
–    Ona nie jest wrogiem – wymruczała Mikala.
–    No nie! Wcale! Ona nienawidzi naszej matki i ojca, jest córką czarownika, a na nas powiedziała bękarty!
–    Co to jest bękarty? – zapytała Mikala, więc dałam sobie spokój z tłumaczeniem jej czegokolwiek, bo jak ktoś jest taki głupi, to nic do niego nie dotrze.
Tego dnia zjadłam obiad z kandydatem na mojego narzeczonego, uznałam, że nie jest najgorszy, a potem przebrałam się w codzienne szaty i poszłam do Gilberta–medyka. Musiałam trochę nakłamać siostrze Klarze, bo w mieście pospólstwo podobno robiło jakieś zamieszki i mówiono o buntownikach, więc matka kazała nam zostać w komnatach i wyszywać obrus dla katedry.
Medyk mieszkał w chacie przylegającej do dawnych koszar; moja matka ogłosiła, że był zbiegłym niewolnikiem i jako taki jest teraz jej własnością. Pozwoliła, żeby mu przynieśli księgi z jego dawnego domu w Dolnym Mieście, ale i tak nie miał tu kogo leczyć, bo mieliśmy prawdziwych lekarzy, więc księgi nie były mu do niczego potrzebne. Mój ojciec czasem wzywał go, żeby grać z nim w szachy, ale medyk zawsze przegrywał.
Poszłam do niego, żeby się dowiedzieć, czego moja głupia siostra szuka w jego towarzystwie. Uwielbiałam jej dokuczać i nazywać go jej kochasiem, ale wiedziałam, że jest za smarkata, żeby rozumieć, co mam na myśli, a już na pewno za smarkata na kochanka.
Miałam dużo szczęścia, że podeszłam od strony ogrodu, bo jakbym poszła prosto do frontowych drzwi, nie zobaczyłabym medyka i wariatki rozmawiających pod drzewem. Nie zauważyli mnie; on trzymał ją za rękę.
–    Już niedługo – powiedział – niedługo, księżniczko, będziesz wolna, ja będę wolny…
–    Wiesz dobrze – odparła – że to nie tak. On nie może tak prostu… mnie uwolnić. To coś więcej… więcej, niż ja, niż ty… Gilbert, czy ty słyszysz te głosy?
–    Od pierwszej chwili tutaj – wyszeptał – Tak, słyszę; słyszę twojego ojca domagającego się zemsty. Słyszę… twoją siostrę? Dziewczynkę skarżącą się, że zabierają ją od matki… kobietę skarżącą się, że nie może wrócić, zamkniętą w pałacu…
–    Jak ty – przerwała.
–    Jak ja – potwierdził – … i jest coś… coś upiornego… w tych krzakach malin w ogrodzie… ale nigdy nic tam nie słyszę… nic.
–    Tam było dziecko – powiedziała.
Wstrzymałam oddech: niewiele zrozumiałam z dotychczasowej rozmowy, poza tym oczywiście, że Gilbert jest takim samym wariatem jak ona, bo kto inny słyszy głosy, jak nie wariaci? Na dodatek ona teraz mówiła zupełnie jak Mikala, jakby znowu była małym głupim dzieckiem.
–    Tam było dziecko – powtórzyła – wynieśli tam dziecko, mojego brata, jak go zabili, wynieśli i zakopali w ogrodzie, pod krzaki, ale ja widziałam i rozkopałam ziemię palcami, bo była miękka, po deszczu…  i byłam pewna, że dziecko jeszcze żyło… zawsze myślałam o nim „dziecko”, trudno uwierzyć, że ty go znasz jako mężczyznę… Zabrałam go … miałam osiem lat, on cztery… padał deszcz. Nie przestawał padać przez następny rok, niebo płakało nad Nathanem Diraenim… w deszczu szłam, potykając się, widziałam z daleka światła i pamiętałam głos mojej matki, mówiącej, dzięki bogom, nic już nam nie grozi… było ciemno, padał deszcz. Do dnia, kiedy cię zobaczyłam, nie wiedziałam, czy to się zdarzyło naprawdę.
Złapała go za drugą rękę i mówiła dalej:
–    Ktoś do mnie podszedł, kiedy poślizgnęłam się w błocie i upadłam. Ktoś zabrał mi dziecko. Coś do mnie mówiła, ta kobieta… dziewczyna… kazała mi wrócić i czekać i być posłuszną… więc czekałam, posłuszna… nie wiedząc, czy wtedy śniłam, czy naprawdę szłam w deszczu, z ciałem mojego brata, żeby oddać go kobiecie – czarodziejce, płynącej po niebie w białej łódce… aż ty się zjawiłeś.
–    Powiedział, że wychowała go siostra, w klasztorze… w szkole Sztuki, co przyznał znacznie później. Wiedział, że ma jeszcze jedną siostrę, którą musi uratować… ale kazali mu czekać i być cierpliwym, jak tobie… aż przyjdzie czas.
–    I przysłał cię tu jako szpiega? – zapytała z uśmiechem.
Tego mi było trzeba: wycofałam się na paluszkach i pobiegłam wprost do mojego ojca.
–    Ten głupi medyk jest szpiegiem! – zawołałam, niezdolna się powstrzymać, kiedy tylko wpadłam do jego komnat; mój ojciec i matka leżeli w łóżku, matka owinęła się jedwabną szatą, kiedy wpadłam – Podsłuchałam go, on jest szpiegiem dla jakiegoś czarownika!
–    Przestań wygadywać bzdury, Litis – syknęła moja matka – i wyjdź stąd. Natychmiast. A poza tym, coś ty tam robiła?
–    Daj jej skończyć – powiedział mój ojciec nieśmiało; po raz pierwszy zobaczyłam, jak się sprzeciwia mojej matce – To może mieć coś wspólnego z ostatnimi buntami. Co słyszałaś, Litis?
–    Zobaczyłam go, jak rozmawia z wariatką, że niedługo będą wolni, i…
–    Podsłuchała rozmowę kochanków, ot co! – rzuciła moja matka – Pewnie stary zachorował, a Sela postanowiła go kimś zastąpić… co znaczy, że muszę stąd zabrać tego niewolnika, jak najdalej od niej… nie ufam jej ani trochę.
Nie patrzyła na mnie. Jak zawsze, mówiła tylko do mojego ojca, jakby nikogo poza nimi nie było w pokoju.
–    A co z tym szpiegiem, Litis? – spytał mój ojciec.
–    Mówili coś o czarownikach jeżdżących po niebie i o deszczu – powiedziałam – i że ktoś tu przysłał tego medyka jako szpiega.
–    Pamiętasz jakieś imię? – spytał mój ojciec.
–    Nathan – powiedziałam bez wahania i po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, jak moja matka blednie i zasłania twarz dłońmi.
–    Tak przypuszczałem – mruknął mój ojciec – Jeszcze jeden uzurpator. Mówiłem ci: ten ostatni bunt to coś więcej niż tylko bandy chłopstwa i jakaś obłąkana prorokini na ich czele! Założę się, że mój drogi sąsiad książę Daeshtiany ich popiera, w końcu to on na tym skorzysta. Jutro wyślę posłów do Daeshtiany, niech mu wybiją z głowy mieszanie się do rebelii w moim królestwie! I proszę cię, rozważ jeszcze raz wyjazd z miasta albo przynajmniej odesłanie stąd dzieci, to się robi naprawdę niebezpieczne, oczywiście poradzimy sobie z rebeliantami i uzurpatorem, ale wolałbym, naprawdę bym wolał, żebyś…
–    A ten sen? – spytała moja matka.
–    Na litość boską, przecież nie wierzysz w te bzdury o czarach! – krzyknął mój ojciec – Litis, wyjdź – dodał, przypomniawszy sobie o mojej obecności, a ja wyszłam bez słowa, wiedząc, że są ze mnie dumni; czułam to w spojrzeniu, jakim mój ojciec mnie odprowadzał.
Następnego dnia w południe matka kazała przyprowadzić do siebie niewolnika–medyka. Jak tylko pokojówka, którą matka posłała po ojca (nie widziałam go od rana), powiedziała mi o tym, pobiegłam na górę… gdzie, ku swojemu niezadowoleniu, znalazłam Mikalę.
–    Wynocha stąd, ale już – syknęłam – idź się zabawić ze swoim kochasiem… chyba że wariatka już ci go odbiła.
Chciałam, żeby się wyniosła, zanim przyprowadzą medyka, bo wtedy na pewno zaczęłaby beczeć… a ja nienawidzę, jak ona chlipie i ciągnie nosem, nie mówiąc już o tym, że nic wtedy nie słyszę; a chciałam wszystko słyszeć wyraźnie, bo miałam szczerą nadzieję, że mój ojciec i matka zabiją szpiega tak jak zabili potwora–czarownika.
Smarkula wyszła, mamrocząc coś jak to ona, a potem usłyszałam kroki i ktoś wszedł, pewnie on i straże.
A potem usłyszałam, jak moja matka krzyczy. Krzyczała i krzyczała, i nie mogła przestać, a ja nie widziałam, co się dzieje i to doprowadzało mnie do szału. Nigdy nie słyszałam takiego tonu w jej głosie.
–    Powiedziano ci, że przyjdę – powiedział medyk, a jego głos też był zupełnie inny niż zapamiętałam, zimny i cichy – A co do niego… możesz sobie krzyczeć, królowo. Oboje mogliście się spodziewać, że tamto morderstwo…
–    Sam jesteś mordercą! – krzyknęła moja matka – Wezwę straże, każę cię aresztować, zabić…
–    Raz mnie zabiliście – powiedział – Jak widzisz, wróciłem.
–    Czarownik, potwór, cała ta rodzina to potwory…
–    No to akurat prawda – powiedział, znowu tym zimym-obcym głosem – Cała ta rodzina to potwory… może poza twoją małą córką. Choć nie wiem, jak to możliwe, że twoje i jego dziecko…
–    Co zrobiłeś z moją córką? Gdzie jest Mikala? Gdzie jest Litis, czy ją też zabiłeś?
Wystraszyłam się; nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi, a strach w głosie matki dodatkowo mnie zdenerwował: matka niczego się nie bała, a już na pewno nie jakiegoś niewolnika! A poza tym, pomyślałam nagle i to wtedy postanowiłam zbiec na dół i pójść do komnat matki, czemu moja matka mówi „czy ją też zabiłeś”?
Wybiegłam z komnaty i zobaczyłam, że coś się dzieje, coś złego, służba biega bez celu, ktoś krzyczy i gdzieś z dołu, z zewnątrz, słychać, jak coś dobija się do bramy. Wyjrzałam przez okno na klatce schodowej i zobaczyłam daleko w mieście pożar, ognie i dym wznoszące się do jasnego nieba, do słońca wczesnej wiosny.
A potem wpadłam do komnat mojej matki i zobaczyłam to wszystko, co tam na mnie czekało.
Niewolnik medyk stał pod oknem, z opuszczonymi rękami; miał smugi krwi na twarzy i krew na dłoniach, a na czole wąską srebrną obręcz; wariatka Sela obejmowała go i powtarzała, kocham cię, wróciłeś, jesteś podły, dlaczego powiedziałeś mi dopiero dzisiaj, ten dzień w końcu przyszedł, wtedy po roku deszczów przyszedł taki sam słoneczny dzień, kocham cię, jak mogłeś mi to zrobić, kocham cię, wróciłeś. A na ziemi była krew i coś leżało i teraz ja zaczęłam wrzeszczeć
To była odcięta głowa, zakrwawiona, odcięta, głowa króla, króla Ravetty, mojego ojca.
Moją matkę trzymało dwu ludzi w podartych, brudnych płaszczach; związali jej ręce i zerwali z głowy koronę. Jeszcze jeden z tych obdartusów złapał mnie teraz i przerzucił sobie przez ramię, chociaż wrzeszczałam i kopałam i nawet ugryzłam go w szyję.
–    Co z nią zrobić, książę?  – zapytał.
–    Zamknijcie ją gdzieś – powiedział niewolnik medyk – i upewnijcie się, że nie ucieknie.
Wyszedł, a wariatka za nim, a za nimi dwojgiem wstrętny strażnik, niosący mnie, jakbym była workiem z kamieniami, a nie księżniczką Ravetty. Zaniósł mnie do komórki i zamknął, a chwilę potem przyszła wariatka.
–    Jak śmiesz w ten sposób traktować księżniczkę Ravetty! – zaczęłam, ale mi przerwała.
–    Już nie jesteś księżniczką – powiedziała wariatka – I raczej nie będziesz, nie sądzę, żeby Nathan zechciał potwierdzić twój tytuł…
–    Ten twój Nathan jest uzurpatorem – krzyknęłam, bo przypomniałam sobie, jak ojciec tak go nazwał, a potem pomyślałam o tym, co zostało za nami w pokoju mojej matki i zaczęłam znowu krzyczeć, a łzy płynęły mi po twarzy, chociaż wcale nie chciałam płakać jak mała durna Mikala. Opamiętałam się w końcu (jestem księżniczką, pomyślałam) i zapytałam ją:
–    Czy ty i twój kochanek- uzurpator macie zamiar mnie zamordować?
–    Dziecko – powiedziała wariatka – nie rozumiesz ani jednego słowa z tych, które właśnie powiedziałaś. Nathan jest moim bratem, nie kochankiem…
–    Nie masz brata – przerwałam jej; nie obchodziło mnie, co niewolnik–medyk powiedział do mojej matki – Nawet jak miałaś, to był potworem i nie żyje, a ty znalazłaś sobie niewolnika zamiast tego starego męża i…
–    Nathan jest moim bratem – powtórzyła – i prawowitym królem. Arinna była tylko księżną małżonką, to mój ojciec odziedziczył tron, a po nim mój brat…
–    Dlaczego nie ty? – zapytałam, a ona nie znalazła słów, żeby mi odpowiedzieć – I nie możesz mówić o mojej matce po imieniu, ona jest królową…
–    Już nie – powtórzyła Sela i teraz jej głos brzmiał prawie jak głos mojej matki; stała, opierając się o ścianę, nie miała swoich łachmanów tylko szarą płócienną suknię, taką samą jak nosiła siostra Sylwia; włosy też jej trochę odrosły, sięgały do ramion, jasne i postrzępione – Lady Arinna jest już tylko morderczynią w więzieniu.
Naplułam na nią i poszła sobie, a ja zostałam sama; siedziałam na słomie i nie myślałam o niczym, tylko o tym, co każe z nimi zrobić moja matka, jak w końcu przyjdzie wojsko. Nie na długo mnie zostawili: mogło być godzinę później, kiedy przyszedł ten sam wstrętny strażnik i zabrał mnie z komórki, chociaż wrzeszczałam i zapierałam się nogami. Zaprowadził mnie do pałacu, do sali tronowej, gdzie na tronie mojego ojca siedział medyk-uzurpator. W tej samej chwili kiedy strażnik wniósł mnie przez boczne drzwi, głównymi wpadła grupa ludzi: jeszcze więcej obdartusów, rudy mężczyzna w wieku medyka i brzydka dziewczyna z blizną na policzku i mieczem w ręce.
Rudy podszedł prosto do tronu, medyk zerwał się i uściskał go.
–    Selo – zwrócił się do wariatki – To jest prawdziwy Gilbert, mój przyjaciel… mój najwierniejszy przyjaciel, który mi pomógł… pomagał mi przez te wszystkie lata, w końcu pozwolił mi użyć swojego imienia… a to jest Estielle Dorregay.
Wariatka uścisnęła prawą dłoń dziewczyny z blizną, a potem odwróciła się do prawdziwego Gilberta, który gapił się w nią jak durny i zaczęła z nim rozmawiać; medyk – Nathan – skinął na mnie.
–    Podejdź do mnie, Litis – powiedział. Nagle zrobiło się cicho. Strażnik mnie popchnął i zrobiłam dwa kroki w jego stronę.
–    Nie chciałem, żebyś to widziała – powiedział do mnie – ale powinnaś wiedzieć: twój ojciec był zdrajcą i mordercą, zabił swojego kuzyna i zwierzchnika, i to nie w otwartej walce, ale podstępnie, na uczcie…
–    Mój ojciec zabił czarownika! – krzyknęłam, ale już kiedy mówiłam, wiedziałam, że to nic nie da: oni też byli czarownikami i wcale ich to nie obchodziło. Nie powiedziałam nic więcej.
–    Litis – tym razem odezwała się Sela – Naopowiadali ci samych kłamstw: o twojej matce, ojcu, o mnie… I wierz mi, Arinna nie zabiła swojego męża dla dobra swoich ludzi i nie chodziło o żadne czary. Chciała rządzić sama, więc podburzyła dowódcę gwardii króla i razem postanowili zamordować…
–    Ty też jesteś morderczynią! – przerwałam – zabiliście moją siostrę…
–    A to co za bzdury?! – przerwała mi ostro; jeszcze wczoraj kazałabym ją za to wychłostać – Mikala jest z siostrą Klarą i nic się jej nie stało.
Dopiero teraz zobaczyłam, że w kącie siedzi siostra Klara w szarej szacie, siostra Sylwia w potarganej sukni i Mikala uśmiechająca się do mnie jak idiotka.
–    Usiądź koło mnie – powiedział fałszywy medyk, oszust, uzurpator – Tam masz swoje dawne krzesło.
Było zupełnie gdzie indziej niż być powinno, wciśnięte w kąt, a powinno stać na środku przy tronach mojego ojca i matki, krzesło dziedziczki króla, przyszłej królowej…
A potem nagle zrobiło się jeszcze ciszej, bo dwu strażników przyprowadziło moją matkę.
Moja matka nie miała korony ani swojej królewskiej szaty – ubrali ją w taką samą szarą suknię, jaką miała wariatka – ale i tak wyglądała na królową sto razy bardziej niż oni wszyscy w tej sali. Stała na środku, między tymi dwoma niby-żołnierzami, z podniesioną głową.
–    Będziecie mnie sądzić? – zapytała; pomyślałam, że wolałabym umrzeć niż słyszeć, jak mówi tym tonem do mnie – Bezstronni sędziowie, tak? Mój syn i córka, niech mi Bóg wybaczy, że was obojga nie udusiłam własnymi rękami. Gdzie są moje dzieci?
–    Tu jestem! – zawołałam głośno i wychyliłam się zza pleców prawdziwego Gilberta – tu jestem, nie ośmielili mi się nic zrobić…
Moja matka przestała zwracać na mnie uwagę kiedy tylko zorientowała się, że jestem bezpieczna; ze swojego miejsca nie mogłam nic zobaczyć, ale siostra Sylwia musiała szturchnąć Mikalę, żeby się w końcu odezwała, bo usłyszałam w końcu jej głos, burczący, że nic jej nie jest.
–    Arinno adin Morley, jesteś oskarżona o zamordowanie męża, co jest karane śmiercią, o królobójstwo, co jest karane śmiercią, o dzieciobójstwo, co jest karane śmiercią; powinnaś umrzeć trzy razy – powiedział uzurpator i nawet wtedy nie mogłam uwierzyć, że mówi to poważnie; nikt nie może oskarżać w ten sposób mojej matki-królowej! – Mamy wszelkie prawa żądać twojego życia, lady Sela i ja. Mógłbym cię zabić własnymi rękami…
–    Nie, nie mógłbyś – powiedziała zimno, z pogardą, moja matka – Nie mógłbyś, Nathanie, zbyt wielkim jesteś tchórzem. Oskarżyłeś mojego męża, że nie zabił twego ojca w równej walce, a co ty zrobiłeś? Kłamałeś i oszukiwałeś, nie ośmieliłeś się nawet wejść do zamku pod własnym imieniem, udawałeś syna sklepikarza….
–    Musiałem wiedzieć, co się stało z moją siostrą, poznać ją, dowiedzieć się, co się stało….
–    Cicho bądź! – syknęła moja matka i uzurpator zamilkł, jak smagnięty biczem – Kazałeś kobiecie toczyć za siebie wojnę; nawet swojej siostrze, jedynej sojuszniczce, nie powiedziałeś, kim jesteś, patrzyłeś tylko, jak po tobie rozpacza i powoli zakochuje się w twojej fałszywej osobie… tak, Selo, to widać… i gdyby nie podstęp, bo zaatakowałeś go znienacka, o świcie, mój mąż by cię pokonał i to ty teraz leżałbyś tam, martwy, a wtedy ja nawet nie pozwoliłabym cię pogrzebać… Był bezbronny, prawda? Wyszedł na mury, a ty już tam byłeś…
–    Wyszedł na mury zobaczyć, czy już cały lud zbuntował się przeciw niemu! – krzyknęła dziewczyna z blizną na policzku – Król, który musi zamykać się w zamku, za murami i podwójnym kordonem straży! Królowa, która nie była od dziesięciu lat  na grobie własnej matki, bo się boi zejść do Dolnego Miasta! Nawet ziemia jest przeciw tobie, pani Arinno: zapytaj ludzi o głód, o zarazę sprzed trzech lat… i  poczekaj, co ci powiedzą.
Moja matka obrzuciła wzrokiem jej mocne ramiona, jej dłonie w szramach i bliznę szpecącą jej policzek; poczułam, jak pod tym spojrzeniem Estielle Dorregay staje się jeszcze brzydsza i bardziej pospolita.
–    A to kto, czyżby kandydatka na królową? – spytała uzurpatora – W takim wypadku  radziłabym wybrać Selę, ta jest przynajmniej szlachetnie urodzona, a królowie Ravetty sypiali już w przeszłości z siostrami…
–    To ci nie pomoże – powiedział Nathan i chociaż nienawidzę go jak nikogo na świecie, w tym momencie był naprawdę jak król – Kocham Selę, bo jest moją siostrą; twoje podłe sugestie nic nie znaczą. Lady Estielle i jej, jak raczyła to ująć Litis, banda obdartusów, pobili wasze wojska, i to trzykrotnie, o ile pamiętam: regularne wojska, moja pani. Lud was nienawidzi; władaliście kawałkiem ziemi, który nazywacie Ravettą, chociaż nawet stolica Ravetty należy teraz do cesarstwa – sama oddałaś ją cesarzowi za obietnicę bezkarności, prawda? Mniejsza z tym zresztą: morderca mojego ojca nie żyje, moja siostra i ja odzyskaliśmy tron i odzyskamy wszystko inne, co powinno do nas należeć. Moja siostra Lara wróci do nas, nauczy Ravettyńczyków z powrotem posługiwać się magią…
–    Tak, lud cię będzie za to kochał – rzuciła moja matka – nie ma rzeczy, której nienawidzą bardziej niż czarownicy, a teraz będą mieli króla–czarownika i stado innych czarowników w mieście… nie mówiąc już o tym, jak zamierzasz ją zabrać z rąk cesarza? Bo że ci ją odda po dobroci, na to nie licz.
–    Będziesz się miała okazję dowiedzieć – powiedział cicho – Zamierzam cię oddać pod cesarski sąd.
Wokół wybuchł nagle hałas i krzyki, jakieś dziecko, pewnie Mikala, beczało, moja matka stała nieporuszona, a potem Nathan wstał, podniósł dłoń, zapadła cisza, a on powtórzył:
–    Arinna adin Morley pójdzie pod cesarski sąd.
–    Nie – powiedział czyjś głos, nagle, w absolutnej ciszy: prawdziwy medyk-Gilbert, ten rudy, też wstał i patrzyli teraz na siebie z Nathanem, nie odrywając oczu od siebie nawzajem – Wybacz, mój książę, jestem ostatnim, który chciałby ci o tym przypominać, ale przyrzekałeś co innego.
–    Gilbert, na bogów, ona jest moją matką – powiedział Nathan, zwracając się do niego jakby byli w tej sali sami – Nie mogę tego zrobić.
–    A wiesz co się stanie z tobą, jeśli tego nie zrobisz? – zapytał go medyk – Nathanie, przysiągłeś wymierzyć sprawiedliwość, wezwałeś bóstwa swojej ziemi na pomoc, przysiągłeś, pamiętasz, ślubowałeś swoje życie… Nie możesz się wycofać z tej przysięgi, chyba że chcesz nieszczęścia dla siebie, dla Seli…
–    …dla ciebie – dokończył Nathan z goryczą – bo zabrałem cię tam ze sobą i zrobiłem częścią swojej sprawy, swojej wojny… a teraz ty zapłacisz, jeżeli ja…
–    Zabójca mojego ojca umrze z mojej ręki, przysięgałeś – powtórzył Gilbert.
–    Gilbert, na bogów, myślałem, że to Riggren osobiście zabił mojego ojca!
–    To niczego nie zmienia – powiedział medyk cicho; położył dłoń na ramieniu Nathana – Wybacz mi, proszę, mój drogi, nie mamy wyjścia. Nie mamy wyjścia.
–    Nathanie – Sela podeszła do niego, objęła go – nawet cię nie poznała, póki nie stanąłeś przed nią w koronie naszego ojca, z głową mordercy… Oddała mnie niewolnikowi za żonę; nie jest naszą matką. Nigdy nią nie była, nigdy…
Nathan milczał, oczy miał zamknięte; nie wiedziałam, o co tu właściwie chodzi, ale czułam się dziwnie, strasznie, coś groźnego i złego wisiało w powietrzu… aż w końcu uniósł głowę i wyszeptał:
–    Gilbert, wyjdź. Wyjdź stąd, natychmiast, i bez dyskusji. Sela, ty też wyjdź; i ty, Estielle. Wszyscy wyjść. I niech ktoś zabierze te dzieci.
Zabrali nas ci sami strażnicy, którzy wcześniej przyprowadzili moją matkę. Wychodząc, rzuciłam na nią ostatnie spojrzenie: stała wyprostowana, spokojna, wyglądała jak prawdziwa królowa. Nigdy więcej jej nie widziałam.
Następnego dnia wpakowali mnie i Mikalę z siostrą Sylwią do powozu; otoczyło nas dwudziestu strażników i ruszyliśmy w drogę: zabierali nas do stolicy, do cesarza. Spuścili zasłony w oknach, ale i tak widziałam ciała mojej matki i ojca, leżące przed bramami Dolnego Miasta, na pokaz pospólstwu. Mikala buczała coś do siebie i ciągnęła nosem: pomyślałam, że teraz ona jest moją całą rodziną i że jej nienawidzę… a potem pomyślałam, że cesarz jest kuzynem mojej matki i on teraz będzie moim opiekunem.
Na dworze przyjęli nas dobrze: po długiej podróży, po czterech dniach na morzu (Mikala ciągle wymiotowała w swojej kajucie) i tygodniu jazdy niewygodnym powozem przesiadłyśmy się w końcu do karety i zajechały do cesarskiej stolicy. Jadałyśmy śniadanie z żoną cesarza raz w tygodniu. Dostałam swój pokój i nowe czarne szaty (byłam teraz w żałobie po obojgu rodzicach; nie mogłam nawet tańczyć), dali mi nową guwernantkę i nauczyciela muzyki i etykiety, a ja znowu zachowywałam się jak prawdziwa księżniczka, ale cały czas myślałam tylko o tym, że kiedyś w końcu cesarz pośle po Nathana i Selę i Gilberta i tę dziewczynę z blizną i każe ich wszystkich powiesić albo uciąć im głowy, a ja będę na to patrzeć i się śmiać. Czekałam długo. W końcu któregoś dnia się doczekałam.
O tym, że przyjeżdżają, dowiedziałam się od lady Marity, która lubiła słodycze, a ja zawsze trochę miałam u siebie czekoladki i maleńkie orzechowe ciasteczka; lady przyszła się ze mną zobaczyć, żeby odwiedzić biedną sierotę, pożreć wszystkie moje słodycze i podzielić się najnowszymi plotkami. Gdzieś między opowieścią o kolejnej dworce w ciąży i pogłoskami o wojnie powiedziała:
–    Będzie cesarski sąd. Pojutrze.
–    Kogo będą sądzić, pani? – zapytałam, czując, że wiem i nie potrzebuję, żeby stara gruba baba mi to mówiła.
–    No, ciebie to powinno interesować – powiedziała z gębą wypchaną ciastkiem – Ten samozwańczy książę z twojego kraju… jego wysokość wojował z nim dwa lata, w końcu zwyciężył… jego wysokość przecież zawsze zwycięża… teraz ich przywiozą do stolicy pod sąd.
Gdyby to było takie proste, pomyślałam, nie wieźliby ich na sąd, byliby już martwi, wszyscy czworo.
Głupia baba się myliła, wiedziałam to od razu, Virdhen mi zresztą powiedział. Tego wieczora po rozmowie z lady Maritą wymknęłam się do jego sypialni; oczywiście udało mi się dowiedzieć wszystkiego, czego chciałam. Virdhen może nawet zostanie cesarzem… jeżeli jego starszy brat będzie dalej narażał się ojcu za każdym razem, kiedy tylko pojawia się w stolicy.
–    No więc zawarliśmy coś w rodzaju rozejmu – powiedział, bardzo z siebie zadowolony; to on dowodził kampanią przeciwko buntownikom w Ravetty, a ja zrobiłam wszystko, żeby traktował tę wojnę jak swoją osobistą sprawę.
–    Rozejmu? – zapytałam – Jak to, mój panie? Zawarliście rozejm z tymi czarownikami?
–    Spokojnie, moja mała! – zaśmiał się – Tu, w cesarstwie, nie boimy się czarów, pamiętasz? Czarownicy nam służą, Litis… a poza tym rozejm był najbardziej strategicznym wyjściem. Musieli się zgodzić na sąd…
–    Kto stanie przed sądem? – zapytałam swoim najmilszym i najgłupszym tonem.
–    Nathan Diraeni i jego siostra, za matkobójstwo – odpowiedział, po czym dodał, obejmując mnie – Nie mają żadnych szans wygrać, Litis. Dostaniesz z powrotem swoje królestwo, twoją głupią siostrę pośle się do klasztoru… Będziesz królową, moja słodka, powinnaś być królową, już widzę koronę na twojej ślicznej główce…
–    Więc zmusiłeś ich, żeby stawili się pod sąd? – kontynuowałam.
–    Tak – odparł i nie mógł się powstrzymać, żeby mi nie opowiedzieć – Było oblężenie, rozumiesz; otoczyliśmy ich w górskiej twierdzy, nie mieli wyjścia, nie mieli zapasów i po dwu tygodniach…
–    Jak się nazywała ta twierdza, którą zdobył mój bohater? – spytałam, gładząc go po włosach.
–    Diraen?… tak, Diraen – odpowiedział i powinnam już była zacząć mieć podejrzenia: w Diraen można się bronić miesiącami, latami, tak mówił mój ojciec; mają tam własne źródła wody i zgromadzone zaopatrzenie na co najmniej pół roku. Ród Nathana pochodził z Diraen; w rodowych archiwach musiały być opisane wszystkie sekrety twierdzy. Musiałby być głupcem, żeby poddać się po dwu tygodniach.
Cóż, wtedy wzięłam go za głupca.
Przybyli po dwu dniach. Zobaczyłam ich przez okno: w pierwszej chwili nie poznałam Nathana – śmiertelnie chudy, z ciemnymi sińcami pod oczyma, potrzebował pomocy medyka-Gilberta (tego poznałam od razu po jego rudych lokach), żeby wysiąść z powozu. Sela-wariatka szła obok niego: już nie wyglądała na wariatkę, miała długie jasne włosy i fioletową jedwabną pelerynę z kapturem.
Widok Nathana mnie zwiódł: uwierzyłam w głupie przechwałki Virdhena i pomyślałam, że może rzeczywiście zastał ich nieprzygotowanych i wziął twierdzę głodem. Potem mi powiedzieli, że nie jadł i nie spał, bo widział moją matkę – swoją matkę – wszędzie w zamku i nie mógł się od niej uwolnić. Kiedy mi to powiedzieli, było już za późno.
Mieli stanąć przed sądem następnego dnia; tej nocy zrobiłam co mogłam, żeby przekonać mojego niemądrego księcia do poparcia przed ojcem naszej sprawy.
– Przestań się przejmować, złotko – powiedział mi w końcu, machając ręką ze znudzeniem – mamy zwycięstwo w kieszeni, nie rozumiesz? Ech, wy kobiety, zawsze w strachu…
Normalnie nie wpuszczono by mnie na cesarski sąd, ale w tej sprawie byłam stroną: to ja oskarżałam zabójców mojej matki, złodziei mojego dziedzictwa. Miałam zasiąść przy lordzie Tanairinim, cesarskim oskarżycielu. Nie wiedzieliśmy – ja nie wiedziałam – kto będzie bronić oskarżonych.
Tego dnia obudziłam się o świcie, ubrałam w swoją żałobną suknię i zeszłam do sali tronowej, a ona już tam była. Siedziała w wysokim krześle, zawinięta w czarny ciężki płaszcz, z gołą głową; miała jasne włosy, jak Nathan i Sela. Po raz pierwszy widziałam na oczy wiedźmę, Larę Diraenę, najstarszą z rodzeństwa.
Mogłam się w zasadzie domyślić: nikt inny nie zechciałby bronić tej dwójki czarowników i morderców.
Nathan i Sela siedzieli naprzeciw cesarza, u boku swojej siostry. Mnie wskazano miejsce przy oskarżycielu.
Pozwolili mi być przy mowie, jaką wygłaszał lord Tanairini: opisywał szczęśliwe życie mojej matki i ojca, powodzenie kraju i ich oddanie dla cesarza, ich wzajemną miłość i serdeczną opiekę, jaką darzyli dzieci… wskazał na mnie i moją siostrę, siedzące obok (nawet Mikali pozwolili przyjść na proces, chociaż była już nowicjuszką w klasztorze).
Kiedy skończył, kazano nam wyjść; rzuciłam ostatnie znaczące spojrzenie na Virdhena i wyszłam, a Mikala za mną, omal nie wpadając na drzwi.
Poleciłam przysłać sobie obiad do swoich komnat i czekałam, aż cesarz ogłosi wyrok i wezwą nas, byśmy były przy jego odczytaniu.
Przyszli po mnie pod wieczór, kiedy słońce już zachodziło, niebo było czerwone i dziwaczne; nie wierzę w znaki, ale czułam dziwny niepokój, idąc za dworzaninem do sali tronowej.
Cesarz siedział na tronie, Virdhen obok niego; patrzył na mnie cielęcymi oczyma, kiedy wchodziłam. Kapłani wszystkich ważnych świątyń zasiadali przed ogniem. Cała trójka Diraenich stała pod oknem, rozmawiając; Nathan wyglądał, co zauważyłam z satysfakcją, na ciężko chorego. Medyk-Gilbert trzymał Selę za rękę. Pomyślałam, że teraz dostaną za swoje: Virdhen ich pobił, musieli pójść pod sąd i przegrali, przegrali, bo co innego mogło znaczyć spojrzenie, które rzucił mi mój książę?
–    Pani Litis – powiedział ochmistrz i weszłam do sali tronowej. Ku swojemu zdumieniu zobaczyłam Mikalę stojącą przed cesarzem, ze schyloną głową przyjmującą jakieś instrukcje.
–    Księżniczko, zapewne ucieszy cię wieść, że sprawa została zakończona – powiedział cesarz, przerywając rozmowę z Mikalą – Wyrok zapadł. Ziemia Ravetty nareszcie zazna wyczekiwanego pokoju.
Zamilkł na chwilę, a potem powiedział:
–    Powtórzę to, co powiedziałem przed chwilą: lord Nathan Diraeni i lady Sela Diraena zostają niniejszym oczyszczeni z piętna matkobójstwa. Niech nikt nigdy więcej nie ma ich za winnych, w obliczu bogów czy ludzi. Uznaję powody, dla których dopuścili się tego czynu. Nie uznaję jednakże pretensji Nathana Diraeni do tronu Ravetty: książę i księżniczka mieli prawo pomścić swego ojca, ale nie uzurpować sobie władzę, która należy do córek nieżyjącej lady Arinny, lady Mikali i lady Litis. W sprawie sukcesji: lady Litis jest starszą córką zmarłej królowej i powinna odziedziczyć tron. Jednak mój syn, książę Vettoin – tu wskazał na Verdhina – wyznał mi wczoraj, iż pragnie poślubić panią Litis i uczynić ją księżną Vettoin, na co wyrażamy naszą cesarską zgodę. W takim wypadku sprawiedliwym się wydaje, by księżną Ravetty uczynić młodszą córkę, lady Mikalę, zwłaszcza że wyraziła ona wolę rozwiązania sprawy pretensji rodu Diraenich.
–    Jak to? – wykrztusiłam przez ściśnięte gardło, myśląc, że śnię; i ten idiota, ten dureń Verdhin, mój kochanek, który miał być użyteczny, a wszystko popsuł! – Co to wszystko znaczy?
–    Lady Mikala poślubi księcia Nathana – powiedziała Lara Diraeni, patrząc mi wprost w oczy – w ten sposób życzenia obu stron zostaną spełnione, przekleństwo zdjęte z ziemi Ravetty i pokój w cesarstwie umocniony…
Patrzyłam na nich wszystkich, na tę salę pełną moich wrogów: na wiedźmę, której sztuczki zmieniły wyrok sądu; na cesarza, który był kuzynem mojej matki, a który ją zdradził, tak jak wszyscy; na Verdhina, który przysięgał, że chce mi pomóc, a swoją kretyńską ofertą małżeństwa odebrał mi szansę na zemstę; na tę podłą, wstrętną zdrajczynię, która tak bardzo chciała być królową, że zgodziła się poślubić mordercę swoich rodziców; na Gilberta, syna handlarza, w książęcych szatach, ściskającego rękę Seli; na Nathana, który teraz był niewinny – nawet jego dzicy bogowie nie mogli go już prześladować, skoro wyrok cesarza – i wiedźmy, pomyślałam z nienawiścią – uczynił go niewinnym. Przed moimi oczami narastała gęsta biała mgła.
–    Litis – usłyszałam głos Mikali– Ja wiem, że jak to zrobię, nie będę już słyszeć tych głosów i nic mi się nie będzie śnić…
Co poniekąd okazało się prawdą: wróciła z nim do Ravetty i umarła na gorączkę pół roku później, nigdy tak naprawdę nie będąc dla niego żoną, bo przecież zawsze miał tę swoją panią Dorregay.
Chwiejąc się na nogach, wyszłam z sali tronowej, ignorując Verdhina  i jego próby zatrzymania mnie. Dobrze ci tak, pomyślałam i była to ostatnia myśl, jaką mu poświęciłam, ojciec cię ukarze za złamanie etykiety…
Wspięłam się po schodach do swojej komnaty; idąc, myślałam już tylko o Nathanie Diraenim, który umarł i wrócił z kraju umarłych, żeby nas prześladować, żeby zniszczyć moją rodzinę i moje królestwo, odebrać mi wszystko, co do mnie należało. Teraz moja kolej, pomyślałam. Teraz ty będziesz po stronie żywych… a ja wrócę, żeby cię zniszczyć, książę Diraeni.
Srebrnym sztyletem, który należał do mojej matki, przecięłam sobie żyły w nadgarstku lewej ręki.
Było zimno. Zimno. Z tego zimna, z zimnej drogi przede mną wyszła kobieta, jasna i wysoka; myślałam, że to moja matka, ale potem mgła się rozwiała i zobaczyłam przed sobą Larę Diraenę, wiedźmę.
–    Księżniczko – zapytała mnie cicho, z ironią, w chwili, kiedy umierałam – Gdzie jest mag, który wyprowadzi cię z powrotem do kraju żywych… jak ja mojego brata?
Jej głos ścigał mnie, kiedy przechodziłam na stronę umarłych.

Jestem teraz cieniem cieni w ich domu. Patrzyłam na śmierć mojej głupiej, obłąkanej siostry i na łzy Seli-morderczyni nad Mikalą-zdrajcą. Patrzyłam, jak cienie ustępują spod oczu Nathana, jak deszcz pada z powrotem na ziemię Ravetty, jak ludzie księcia burzą mury dzielące Górne i Dolne Miasto; widziałam przyjazd Lary–wiedźmy do Diraen, kiedy w końcu cesarz umarł a brat Verdhina został jego następcą.
Ale widzę też, że Sela nie ma dzieci, a Nathan nie ożenił się ze swoją panią Estielle. Widzę, że morderca mojej matki ciągle nie ma nic prócz tytułu księcia małżonka nieżyjącej Mikali i kawałka ziemi, który można objechać w cztery dni. Widzę, że nowy cesarz ma generałów chętnych do wojny; widzę, że ludzie ciągle boją się czarowników i kiedy Lara Diraena idzie ulicami miasta, odwracają twarze od jej spojrzenia i spluwają ukradkiem przez ramię.
Widzę to wszystko i ciągle mam nadzieję, że jeszcze kiedyś przyjdzie mój dzień.

(jakoś w 2002, chyba, napisane)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s