Prolog projektu mitologicznego

No więc: jest tak. Od bardzo, bardzo dawna chciałam napisać powieść fantasy, wychodzącą od mitologicznych i literackich greckich (i chwilami rzymskich) wariantów opowieści o rodzie Atrydów, klątwie rodowej i takich tam. Stworzyć fantasy, wychodząc od greckiego sposobu myślenia i patrzenia na świat, bogów, wojnę, magię…

A potem Lierre miała sen o tej powieści, o której istnieniu nie wiedziała – ergo, specjalnie dla niej, draft prologu z roku 2009. Wymagającego, oczywiście, miliona przeróbek.

 

***************

 

PROLOG

 

 

Wydawało się, że ta ciężka, duszna noc nigdy się nie skończy.

 

Pałac był cichy; po szaleństwach wieczora i nocy, kiedy piskliwe dźwięki fletów i aulosu niosły się daleko po wzgórzach, królowa i jej dwór mieli zwyczaj sypiać długo. Było ciemno – do świtu nie mogło pozostać wiele czasu, ale noc, bezksiężycowa i upalna, ciągle jeszcze leżała nad twierdzą i otaczającymi ją pagórkami.

Hermiona nie mogła spać.

Od roku, kiedy skończyła siedem lat, sypiała we własnej komnacie. Egipska niewolnica spała na podłodze przed wejściem: w tym wieku królewnie nie wypadało już mieć niani. Na stole stał szklany talerz, dar przysłany jej przez narzeczonego.

To odpływając w sen, to budząc się na dobiegające z zewnątrz głosy cykad, Hermiona pół śniła, pół myślała o matce. Na wpół przebudzonej, wydawało się jej, że słyszy jej głos pod oknami, niecierpliwym szeptem coś tłumaczący, polecający, wydający rozkazy…
Zanim poszła spać, widziała, jak niewolnice matki przemykają się, chichocząc, z naręczami szat i glinianymi skrzynkami z biżuterią; od samego rana chłopcy ładowali na wozy skrzynie pełne dobytku. Stada much unosiły się nad karkami wołów, ich monotonne brzęczenie zlewało się w jeden ciągły dźwięk z wszechobecnym tss, tss, tss piewików. Żaden powiew wiatru nie zakołysał czarnymi cyprysami na pagórkach; powietrze wydawało się Hermionie ciężkie i naładowane, jak przed burzą.

Nie pytała matki, co się dzieje; nawet gdyby miała okazję ją zobaczyć, i tak by nie spytała. Matka nie lubiła pytań. Kiedy przychodziła do Hermiony – jasne włosy ułożone w kunsztowne loki, chiton lekki jak łabędzi puch na jej ramionach – zadawanie pytań należało do niej, nie do dziecka, nawet jeśli to dziecko było jej córką, jedyną córką, małą królową Sparty.

Ojciec odjechał dziesięć dni temu, w orszaku wojowników; popłynął do króla Cypru, rozmawiać o małżeństwie przyrodniego brata Hermiony, syna czarnowłosej niewolnicy, która sypiała w komnacie ojca, kiedy nie było matki. Matka została w domu: ktoś się musiał zająć gościem.

 

Teraz Hermiona, na wpół śpiąca, myślała o matce i o gościu i o opowieściach, jakie snuli jego towarzysze w megaronie. Matka pozwoliła jej usiąść i słuchać. Jeden z nich – mógł być trochę młodszy od jej ojca – powłóczył prawą nogą: to on niskim, zawodzącym głosem śpiewał opowieść o bogu-wilku, który zsyła na mężczyzn nagłą śmierć od zarazy i pełen pożądania ściga po lasach kobiety. Siedzący przy stole młodzi wojownicy jej ojca zaśmiewali się z jego pieśni o pannie morskiej, która, znudzona swoim śmiertelnym mężem, porzuciła go tuż po narodzinach ich syna – choć z czego się śmiali, Hermiona nie umiałaby powiedzieć. Ich wódz, ciemnowłosy i najmłodszy z nich wszystkich, śmiał się z nimi, ale nie patrzył na śpiewaka – jego ciemne oczy, Hermiona widziała, nie opuszczały twarzy jej matki; bezwiednie bawił się złotym pierścieniem, który nosił na lewej ręce.

 

Z otchłani snu wypłynęła twarz jej matki, jaśniejąca w ciemnej spiżarni, złote włosy na skroniach pociemniałe od potu. Hermiona siedziała wtedy schowana się za wielkimi pithosami pełnymi oliwy; za jednym z nich miała ukryty swój skarb, kolorowe muszelki i kawałki potłuczonego szklanego naczynia, których ostre krawędzie połyskiwały w słońcu. Najwidoczniej nie tylko ona uznała, że to dobre miejsce: kiedy wpełzła między pithosy, matka już tam była. Hermiona widziała tylko jej głowę i ręce: pochylona do przodu, matka opierała się dłońmi o olbrzymie naczynie. Ponad jej ramieniem, białym jak skrzydło łabędzia, unosiła się wykrzywiona w spazmie twarz potwora.

Hermiona chciała krzyknąć, kiedy dłoń potwora – ludzka dłoń o długich palcach, ozdobiona złotym pierścieniem – zacisnęła się na nagiej piersi matki. Potwór jęczał; jej matka była cicha, milcząca jak niebo przed burzą.

Matka spojrzała wtedy na nią – prosto na nią, tymi oczyma jak morze, zmiennymi i głębokimi – i położyła palec na ustach. Hermiona, schwycona przez jej wzrok, mogła tylko skinąć głową. Ciii. Milcz. Będę milczeć.

 

Leżąc pod cienkim płóciennym okryciem, myślała o matce i jej milczeniu, kiedy jej głos pod oknem– usłyszany, nie wyobrażony – wyrwał ją z półsnu.

– No chodź, już, chodź – szeptała matka ze śmiechem.

Hermiona wstała i podeszła do okna. Umilkło dawno już skrzypienie kół i wołania poganiaczy, wiozących wozy wyładowane skarbami. Nad Spartą leżała duszna noc bez gwiazd i księżyca, pełna tylko dźwięków cykad i urywanego, pełnego śmiechu szeptu jej matki:

– Aleksandrze, no już, chodźmy, chodźmy…

Jak bóg wyszedł do niej z pochodnią, tak jaskrawą w nocnych ciemnościach, że Hermiona zamknęła oczy, załzawione od nagłego światła. Takie pochodnie noszono na ślubach, pamiętała, z pochodnią przychodził do panny młodej bóg małżeństwa.

Mężczyzna z pochodnią podał jej matce rękę i poprowadził ją, okrytą ciemnym płaszczem, przez noc, w ciemność. Pochodnia znikła sprzed jej oczu; ciszę przerwał tętent końskich kopyt i urywany pół-krzyk, pół śmiech. Potem zapadła cisza.

 

Przez następne dni Hermiona płakała i krzyczała, szarpała swoje – długie ledwie do ramion – włosy, zanosiła się płaczem, błagając – za późno! – nieobecną matkę, żeby nie odjeżdżała bez niej. Tamtej nocy, słysząc ją pod oknem i widząc mężczyznę z pochodnią, przypomniała sobie palec na ustach matki, jak zaklęcie milczenia.

Kiedy ojciec wrócił, opowiedziała mu o pieśniach i o tym, że nie wie, czemu goście odjechali tak nagle. Nigdy, aż do dnia, kiedy jej nowy mąż zaciągnął ją za włosy do łóżka, nie powiedziała ani słowa o matce i potworze.

Advertisements