Drugi dzień po pełni

Drugi dzień po pełni

W drugim dniu po wiosennej pełni, kiedy kwitła tarnina na wzgórzach, lord Mahrid krążył po kamiennych płytach podwórca; jego podkute buty budziły echa wśród ścian, w których czaił się jeszcze zimowy chłód. Dzień był szary, niebo wyblakłe, jakby wymyte długotrwałym deszczem; wiatr szarpał czarnew saty lorda. Nikt z gwardzistów ani żaden strażnik nie śmiał nawet podnieść wzroku, by nie napotkać spojrzenia swego pana. Dopiero kiedy lord odwrócił się do nich plecami w swojej nerwowej wędrówce – na ukos przez podwórzec, pod ścianą w kierunku spoglądającej ku morzu baszty Tropicieli, potem prosto wzdłuż muru biegnącego od jej stóp aż do bram samego zamku – Szemte, obserwujący go z małego okienka wartowni, powiedział cicho:
– Musi, tak mu było pisane.
Szemte służył u panów zamku dwadzieścia cztery lata, z czego większość jako prosty żołnierz; teraz jednak dowodził gwardią z zastępstwie kapitana, który leżał w wysokiej sali na piętrze zamku, lecząc wojenne rany; Szemte, jak zgodnie uznałaby większość gwardzistów, wiedział, co mówi.
Oparty o mur, zapatrzony w morze, lord Mahrid czekał w milczeniu. U podnóża twierdzy fale z hukiem załamywały się na kamiennym brzegu; krople wody osiadały na włosach pana zamku, znacząc je siwizną. Cisza; żadnych ludzkich głosów, tylko nieustanny krzyk morza i wiatr w nagich konarach wiosennych drzew.
Mahrid odwrócił się nagle od morza i szybkim krokiem ruszył w z powrotem, w kierunku bram swego zamku; mijając basztę Tropicieli, odwrócił wzrok od niskiego okienka przy samej ziemi, tak wąskiego, że nie przecisnęłaby się przez nie nawet drobna kobieca dłoń.

Pierwszego dnia poprzedniej wiosny nadeszły złe wieści: lord z Diraen ogłosił się namiestnikiem królowej, lordowie z południa wypowiedzieli posłuszeństwo koronie, póki królowa nie powróci z wygnania, pan z Aedien jako pierwszy ośmielił się zasugerować, że pani Ravetty nigdy nie powróci, chyba że ktoś ją przyzwie z Kraju Umarłych… gwardia lorda Diraena splądrowała Aedien i zamknęła jej lorda w żelaznej klatce na szczycie wieży, żeby umarł z głodu… a potem głód przyszedł i spadł na dziedziny Diraenich, a potem na cały kraj; tej samej wiosny, kiedy śnieg leżał na równinach dłużej niż kiedykolwiek za ludzkiej pamięci, do posiadłości lorda Mahrida przybył człowiek w szarej opończy; giermek wiózł przed nim chorągiew, jakiej nigdy tu jeszcze nie widziano.
– To sztandar namiestnika – orzekł Szemte, który był wtedy dziesiętnikiem łuczników -podobny do znaków królowej, ale bez korony nad wieńcem; nikt inny, jako żywo, tylko namiestnik lord Diraen przysłał nam swoich posłów.
Poseł lorda Diraena przyjechał i odjechał tej samej nocy, wietrznej i zimnej; marznący deszcz, zacinający jeźdźcowi prosto w twarz, nakładał chrzęszczącą zbroję na jego szatę i dumny sztandar namiestników.
Trzy dni później, kiedy słońce wychyliło się zza chmur pierwszy raz od tygodni – blade i słabe słońce zimy, choć wiosna powinna była przyjść miesiąc temu – przyjechało wojsko: mały oddział, kilkunastu żołnierzy w jaskrawych barwach Aedien i Tanariny; z nimi przybył ich pan, nowy lord Aedien, wysoki i jasnowłosy; ziemię i tytuł miał odziedziczyć po ojcu swej młodej żony.
– Lordowie z Diraen – zakrzyknął zapalczywie, kiedy wprowadzono go przed oblicze Mahrida – zabili mego czcigodnego ojca, uczynili sierotą moją małżonkę, panią Tamarę, a mnie wyzuli z włości, do których mam prawo; a jakby mało było im mojej ziemi, uzurpują sobie prawo do władania całą Ravettą! Tak jakby królowa wyznaczyła kogokolwiek z nich swym namiestnikiem, kiedy ruszała na wyprawę… a wszak wszyscy wiemy, że nie tak było i że to Audran z Daeshtiany, a nie lord Diraen, był najbliższy jej sercu!
Mahrid milczał, słuchając tej przemowy, ale siedząca u jego boku pani Alissa uśmiechnęła się promiennie – pochodziła z Daeshtiany, a lord Audran był młodszym bratem jej ojca. Ale Audran nie żył od piętnastu lat, jego królowa tułała się gdzieś po świecie… albo pod bezgwiednym niebem Kraju Umarłych… a tutaj, w paradnej sali twierdzy lorda Mahrida, młody książę Aedien i jego spowita w żałobną czerń małżonka prosili, by także Mahrid i ona włączyli się w wojnę, którą dotąd zdołali utrzymać z dala od swoich granic.
–    Czcigodny panie – lady Tamara odezwała się po raz pierwszy; jej drobna główka, dotąd pokornie schylona, uniosła się, by napotkać spojrzenie Alissy – jak słusznie rzekł mój mąż, tylko lord Audran Daeshtiani, gdyby żył, mógł zażądać dla siebie namiestnictwa Ravetty aż do dnia, kiedy krucjata się skończy; gdyby nie jego nieoczekiwana i przedwczesna śmierć, nie byłoby dzisiejszej wojny, ja nie byłabym sierotą, a moje dzieci – wygnańcami… i nigdy żaden z Diraenich nie ośmieliłby się wywyższać ponad godniejszych od siebie! Mój ojciec sprzeciwił się w Radzie wyborowi namiestnika, to prawda; i prawdą jest, że zapytał Diraena, skąd wie, że królowa wciąż żyje; mój pan jednak – Tamara skinęła na męża, a ten odwzajemnił jej spojrzenie – nie podziela tych wątpliwości; przeciwnie, wierzymy, że trzeba wybrać namiestnika, zwłaszcza teraz, kiedy spadło na nas to nieszczęście.
Alissa, patrząc na jej żałobne szaty, pomyślała o zgliszczach Aedien… o żelaznej klatce, skrzypiącej na wietrze… o wojnie, która jutro może stanąć u naszych bram.
–    Teraz – Tamara mówiła dalej, ale głośniej, już nie pokornym tonem błagalnicy – pozostała tylko jedna droga; namiestnikiem musi zostać ten, kogo wybrała królowa; a jako że lord Audran nie żyje, powinien zostać nim ktoś z krewnych… miał braci, prawda?.
Mój ojciec, pomyślała Alissa; jest już stary i niewiele mu sił pozostało… nie ma też synów, którzy by go zastąpili… ale mój ojciec namiestnikiem…
–    Jako że lord Ahrien z pewnością nie zgodzi się złamać ślubów kapłańskich, a o losie lorda Tharela nic nie wiadomo (ależ wiadomo, pomyślała Alissa, mój nieszczęsny stryj przebywa bezpiecznie w najwyższej kondygnacji wieży strażniczej, gdzie jego obłęd nikomu nie zagraża…), pozostał  jedynie lord Elmore, pan Daeshtiany, ojciec czcigodnej pani Alissy, obecnej lady z Mahrid. Mój pan udał się do niego osobiście, by go o tym zawiadomić…
Tylko dlaczego, pomyślała z gniewem Alissa, nikt nie zawiadomił mnie?
Ojciec, wróciła natrętna myśl, nie ma synów… ale jest Audran syn Ahriena, dziecko jego młodzieńczej miłości… godność odziedziczy najstarszy wnuk … Ahrien ma syna, a ja jeszcze nie…
–    Lord Elmore – teraz przemówił z powrotem książę Aedian – przyjął mnie życzliwie i zapewnił o poparciu dla naszej sprawy – ale przyjęcia godności lorda namiestnika… odmówił.
Alissa spojrzała na męża, widząc na jego twarzy zaskoczenie i zdumienie; zastanowiła się przez moment, czy on widzi przepełniający ją bezsilny gniew. Odmówił! Odmówił!
–    Co powiedział? – wykrztusiła z trudem; nie powinna była się odzywać, wiedziała, zbyt łatwo było dostrzec gotującą się w niej wściekłość – Dlaczego… odmówił?
–    Dostojna pani – lord Aedien zwrócił się teraz wprost do Alissy – Twój czcigodny ojciec rzekł, iż jest za stary, by nosić taki ciężar… że tron namiestnika na zamku postawiono dla Audrana, nie dla niego… i że może tylko wskazać nam kogoś, kto mógłby go zastąpić.
Tron namiestników dla Audrana, pomyślała Alissa, więc mój kuzyn, dziecko z nieprawego łoża, zasiądzie na tronie w stolicy, wszyscy będziemy mu służyć…
–    Panie? – lord Aedien zwrócił się teraz wprost do Mahrida; świece rzucały cienie na jego zmęczoną twarz, okoloną jasną brodą; cała jego świta trwała w milczeniu, nawet pani Tamara schyliła głowę, znów cicha i pokorna – Czy wedle woli swego teścia i ludu twej ziemi… jako następca lorda Audrana i lorda Elmore’a… przyjmiesz w imieniu królowej godność namiestnika Ravetty?
Dzika, triumfalna radość – nigdy nie zaznała czegoś takiego, nigdy, nigdy – zalała Alissę jak fala powodzi.
Mahrid siedział na tronie (zasiądziemy na godniejszych, mój panie, już wkrótce), wyprostowany, spokojny, książęca mitra na jego ciemnych kręconych włosach wydawała się teraz pani Alissie prostacka i nieważna…
–    Odmawiam – powiedział głośno i wyraźnie – Nie zgadzam się. Nie przyjmę godności lorda namiestnika Ravetty.


–    Nie jestem Audranem – to były pierwsze słowa, jakie do niej wypowiedział, przy kolacji tego samego dnia, kiedy lord i lady Aedien spali już głębokim snem w gościnnych komnatach – …a daję ci głowę, że tylko on jeden mógłby teraz utrzymać w ryzach lordów. Gdyby żył twój stryj… to prawda, gdyby żył, nie byłoby wojny. Może nawet, gdyby nie ta wojna,  mógłbym się zgodzić. Ale nie teraz. Nie w takiej sytuacji, nie po masakrze Aedien, nie przeciw Diraenim… Tu trzeba przywódcy z niekwestionowanym autorytetem, a ja… nie jestem kimś takim. Nie jestem… nikim znaczącym – w sali jadalnej, w której zasiedli naprzeciw siebie jak wrogowie, płonęły woskowe świece i ogień w kominku; twarz Mahrida wydawała się zmęczona i bezbarwna, jakby długa zima i ciemność pozbawiły go sił i woli życia – Zrozum: nasza dziedzina jest mała i uboga… gdzie nam równać się z Diraen… nawet z Daeshtianą?
–    Lord Daeshtiany dał ci swoją córkę – to były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała do niego, gorzkie i pełne chłodu; jasne włosy Alissy zakrywał teraz welon, założyła długą ciemną suknię z grubej wełny; wiedziała, że nie lubił jej w tym stroju – I wskazał cię jako swego następcę…
–    … bo nie miał wyboru – przerwał jej ostro – a sam chciał uniknąć tego ciężaru; słyszałaś sama.
–    Słyszę tylko – odrzekła, wstając od stołu; mimo ciężkiego stroju i gniewu, jaki ją przepełniał, jej zgrabna postać poruszała się z tym samym wdziękiem, który go zachwycił przed trzema laty, kiedy ją poznał na dworze jej ojca… który sprawił, że Arlene Cathiya, poprzednia lady Mahrid, przebywała teraz w klasztorze w głębokiej pustyni -… że jesteś niewdzięczny i gardzisz moim ojcem, podważasz jego ocenę sytuacji, odrzucasz błogosławieństwo, którym cię obdarzył – wybrał ciebie, bo miał wybór, ma przecież młodego Audrana! – a ty, jak głupiec, nie chcesz przyjąć godności, która uczyniłaby z ciebie lorda namiestnika, a z twojego syna – króla!
–    Czyś ty oszalała?! – chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwała mu, patrząc na niego z takim uporem, że zamilkł; choć niewysoka, teraz wydawała się patrzeć na niego z góry.
–    Pani Ravetty nie wróci z krucjaty – powiedziała cicho – a mój stryj Audran nie żyje. Jeżeli pozostali lordowie opowiedzą się za nami, pobijemy Diraenich, a ty zostaniesz namiestnikiem. A kiedy minie dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat… kiedy dorośnie nasz syn… ludzie zrozumieją, że krucjata się nie skończy i że ziemi trzeba króla… a kto nim zostanie, jak nie namiestnik… lub syn namiestnika?
–    Nie mamy syna – powiedział cicho i zrozumiała, że jest bliska zwycięstwa.
–    Będziemy mieć – odparła – Będziemy. Już wkrótce. Chyba że nadal będziesz pogardzał moim ojcem i mną, tak jak dzisiaj… i będziesz myślał tylko o sobie, nie o mnie i naszych dzieciach.  Wtedy… – urwała, pozwalając mu domyślić się konsekwencji jego uporu, a potem dokończyła, cicho i niezłomnie – wtedy nie będę mogła pozostać twoją żoną.
–    Odmawiam – powiedział z cichym uporem; ukrył twarz w dłoniach, a ona usłyszała w jego głosie to samo pragnienie, które ją spalało – Odmawiam.
Przyjął godność lorda namiestnika o poranku następnego dnia.

W dwunastą noc wiosny wypadła pełnia; Szemte pełnił wartę przed wejściem do twierdzy. Było ciemno i mróz leżał na ziemi, kiedy od strony wschodu usłyszał stukot końskich kopyt. Kiedy jeździec podjechał bliżej, Szemte rozpoznał w nim tego, kogo oczekiwali.
–    Witaj, panie – powiedział, kłaniając się uniżenie, choć wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, który właśnie zeskoczył z konia, nosił znoszone podróżne szaty, a jego włosy były zbyt długie i potargane przez wiatr. Miał jakieś czterdzieści lat i wszyscy tu wiedzieli, kim musi być – Proszę za mną; chłopcy zajmą się twym koniem, panie.
Szemte szedł przodem, unosząc wysoko latarnię; przybysz kroczył za nim, tak pewnie, jakby znał twierdzę Mahrida na wylot, choć nigdy wcześniej – Szemte dałby głowę! – nie widział jej na oczy.
Następnego ranka przyprowadzono obcego przed lorda namiestnika.
–    Gabriel Lowry – obwieścił Lord Szambelan, książę Aedien – strateg i wojownik.
–    Towarzysz walki i przyjaciel mojego stryja Audrana – wyszeptała Alissa do Lady Strażniczki Tamary, a potem, nie mogąc się oprzeć pokusie, dodała – … przy tym jego kochanek i podobno jedyna miłość jego życia… Nie rozstawali się, Audran pisał o nim w swoich pamiętnikach, setki razy…
Urwała, kiedy nowo przybyły przemówił, spokojnie, nie podnosząc głosu.
–    Wybacz, panie – jego oczy, przypomniał sobie Alissa, jeśli wierzyć Audranowi, jego oczy były jak morze, zmienne i przejrzyste, od jasnego błękitu do szarości i srebra… Audran, egzaltowany i skłonny do patosu, lubił przesadzać, pomyślała, przypominając sobie słowa swego ojca; nie ma nic niezwykłego w tych zmęczonych szarych oczach – ale to nie do końca prawda. To znaczy to prawda: byłem wojownikiem i strategiem. Kiedyś. Dawno. Ja ju nawet nie nazywam się Gabriel Lowry. Jestem Daesh Sean… i jestem klucznikiem w zakonie świętego Morhena, siedem mil od Diraen. A wobec tego nie wiem, co tu robię.
Zamilkł; na środku sali jego szczupła postać w burym zakonnym stroju wydawała się samotna i obca.
–    Panie – Alissa zrozumiała, że musi się odezwać – Czy wiesz, kim jestem?
Podniósł wzrok i spojrzał wprost na nią.
–    Alissa Daeshtiana adin Elmore, lady Mahrid – odpowiedział, a Alissa zastanowiła się, w którym ze słów właśnie wypowiedzianych kryła się pogarda, jaką wyraźnie w nich usłyszała.
–    Bratanica Audrana Daeshtiani – dodała.
–    Tak – potwierdził spokojnie – bratanica lorda Audrana.
–    Czy był godny zostać namiestnikiem Ravetty? – spytała, patrząc wprost na niego; tak jakby reszta zgromadzonych w sali dworzan i dostojników zniknęła, rozpłynęła się wśród cieni wysokich ścian – Czy ty, Gabriel Lowry… Daesh Sean, poparłbyś wybór Audrana z Daeshtiany… gdyby żył… na lorda namiestnika?
–    Moja pani – skłonił przed nią głowę i zrozumiała w tym momencie, że przegrała – tylko Esmit adin Morrian, lady Ravetta miałaby coś do powiedzenia w tej sprawie, nie uważasz?
Nic nie powiedziała; imię królowej – jak dawno nikt tu nie wypowiadał jej imienia! – skutecznie wszystkich uciszyło.
–    Bracie Seanie – mój mąż, pomyślała Alissa, jedyny, który zdoła go tu zatrzymać, jeżeli zechce… a Bóg jeden wie, jak bardzo go potrzebujemy – Czy składałeś kiedyś przysięgę na wierność?
–    Owszem – w jego chłodnym głosie była rezerwa – kiedy zostałem rezydentem w klasztorze…
–    A wcześniej? – Mahrid przerwał mu ostro – Nikomu nie przysięgałeś?
–    Przysięgałem lady Esmit… – urwał i Alissa zrozumiała, że tym razem to on przegrał.
–    Przysięgałeś królowej? – Mahrid zapytał cicho – i tylko jej?
–    Przysięgałem służyć pani Ravetty i jej wodzom – odparł równie cicho.
–    Więc przysięgałeś lordowi Daeshtiany?
–    Przysięgałem – powiedział po chwili, schylając głowę – ślubowałem mu swoje życie.
–    A ja, mój panie – Mahrid podniósł głos o ton wyżej – jestem jego następcą, z wyboru lorda Elmore’a, obecnego lorda Daeshtiany; moja pani, lady Alissa, jest jedyną dziedziczką rodu.
–    Oprócz młodego Audrana – przerwał mu człowiek, który stał na środku sali i który teraz był z powrotem Gabrielem Lowrym, tym, który spadał na swych wrogów jak uderzenie miecza – bratanka pana Elmore’a…
–    …nieprawego syna lorda Ahriena, zakonnika – dokończył Mahrid- nie mającego w związku z tym praw do dziedziczenia godności rodu…
–    … chyba że lord zwierzchnik postanowi inaczej – przerwał mu Lowry.
W ciszy, jaka zapadła w sali, wyraźnie zabrzmiał głos lady Tamary:
–    Nie postanowił – powiedziała głośno – W przytomności mojej i mego męża jako świadków lord Elmore uczynił swą następczynią panią Alissę i przeniósł wszystkie prawa zwierzchnika rodu na jej małżonka, lorda Mahrida. Jeżeli przywiązujesz jakąś wagę do swych przysiąg, bracie – nawet nie próbowała ukrywać pogardy – to jesteś mu winien wierność i  lojalność jako swemu panu.
Człowiek stojący przed nimi, któremu znów kazano nosić imię i strój wojownika, schylił głowę; nikt oprócz lady Alissy nie zauważył ognia, jaki zapłonął w jego srebrnych oczach.
Wściekaj się, pomyślała, miotaj się i szalej z gniewu; ja wiem od kogoś, kto cię kochał, że wtedy zawsze walczyłeś najlepiej. Zwróciłeś swój gniew przeciwko nam, ale to nam on w ostateczności posłuży. Audran za wiele o tobie napisał… o twojej niezłomnej lojalności, o wierności, której nie można kupić… o tym, że twoja wierność bywa silniejsza od ciebie. Będziesz nam więc wierny, Gabrielu… nic na to nie poradzisz.

Dni, które nadeszły, były nareszcie ciepłe i pogodne; powoli, nieśmiało, na wzgórzach pojawiała się zieleń. Zaczęły przychodzić lepsze wieści: lordowie południa zgodzili się wysłuchać poselstwa od lorda namiestnika; panowie z Aldharu i Godrian przyłączyli się do sił Mahrida; przybywali najemnicy, niektórzy aż z Cesarstwa, zza gór; oddano ich pod komendą Gabriela Lowry’ego, co zresztą stało się pretekstem do kolejnego sporu.
–    Nie – była to niezmienna odpowiedź na wszystko, co usiłował mu ofiarować lord Mahrid od dnia, w którym Lowry, w ceremonialnych białych szatach, ukląkł, by złożyć swoją przysięgę na wierność. “Nie” dla propozycji zamieszkania w zamku; mieszkał w namiocie i spał na gołej ziemi. “Nie” dla wspólnych posiłków z księciem i jego sztabem. “Nie” dla nowego ubrania, “nie” dla żołdu, jaki miano mu wypłacić (“Możecie mi dać te pieniądze”, powiedział, “ale tego samego dnia utopię je w fosie”), “nie” dla nieśmiałej propozycji przydzielenia mu sługi lub adiutanta… i wreszcie, w dniu, w którym przybyło sześćdziesięciu wojowników z nadmorskich rubieży Imperium, kolejne “nie”.
–    Nie zgadzam się – powiedział spokojnie; wiosenny wiatr zburzył jego ciemne włosy, założone za uszy; przy potężnym lordzie Mahridzie wyglądał na niższego, niż był w rzeczywistości – Nie przyjmuję.
–    Zwariowałeś! – Mahrid, jak zauważyła Alissa, był już mocno wyprowadzony z równowagi kolejnymi kaprysami swego stratega – Przecież nie możesz im wydawać rozkazów jako Gabriel Lowry, Ravettyńczyk! Nie chcesz stopnia oficerskiego, twoja rzecz – ale pozwól mi przynajmniej nadać ci tytuł! Dam ci kawałek ziemi i tytuł lorda wasala… będziesz dla nich przynajmniej lordem Lowrym! Do diaska, to są najemnicy, starzy żołnierze, wdrożeni do dyscypliny! Wyśmieją cię, kiedy przed nimi staniesz!
–    Nie sądzę – odparł spokojnie; stali na tarasie wieży, obserwując, jak grupa najemników pnie się powoli po stromym zboczu do górnej bramy twierdzy – Myślę, że się mylisz, mój panie.
Jeszcze jedno “nie”: Gabriel nigdy nie zwracał się do niego inaczej niż “mój panie”, i to mimo wielokrotnych nalegań Lorda Namiestnika; nawet kiedy byli tylko sam na sam, bez dworzan i służby; nawet w koszarach; nawet w bitwie.
Mahrid wzruszył ramionami; obserwował, jak grupa wojowników wchodzi przez bramę; ich giermkowie wieźli broń i uzbrojenie – nikt nie mógł wkroczyć zbrojnie do twierdzy Lorda Namiestnika (co nie znaczy, że Gabriel Lowry nie wchodził i nie wychodził kilka razy dziennie, zawsze ze swym krótkim mieczem u pasa). Lowry podszedł ku nim – jego szczupła postać w znoszonej czarnej tunice i długim płaszczu odcinała się ostro od bladego nieba; słońce już niemal zaszło.
Podszedł do nich, powiedział coś w języku, którego Mahrid nigdy nie słyszał, tamci odpowiedzieli, a potem jeden z nich zadał jakieś pytanie. Gabriel tylko się uśmiechnął.
–    Dalien Gabriel – Mahrid miał coraz częściej słyszeć to imię; zazwyczaj, tak jak Lowry to przewidział, wystarczało. Sławy, jaka go otaczała, mógł pozazdrościć każdy z wodzów Ravetty; dla niego nie byłą niczym innym, jak tylko jeszcze jednym narzędziem.
Strategiem był świetnym, teraz Mahrid już w to nie wątpił; ich armia, liczebnie słabsza od wojsk Diraenich, coraz częściej zwyciężała w drobnych potyczkach… a jeszcze częściej zabierała armii przeciwnika aprowizację, fundusze, dodatkowe zasoby, wysyłane lądem przez przełęcze na wzgórzach. Tyle – pomyślał ponuro Mahrid – że gdyby doszło do walnej bitwy…
–    Nie potrzebujemy bitwy – powiedział Lowry wprost w oczy wszystkim dowódcom Mahrida, zebranym na naradzie sztabowej – dlatego nie ma co się przejmować myśleniem, jak by ją wygrać. Nie chcemy bitwy z Diraenimi.
Zamilkł, czekając, aż książę uciszy zgiełk, wywołany jego nagłym oświadczeniem; Mahrid uniósł dłoń, rzucając jednocześnie spojrzenie na swego najbliższego doradcę – Lowry siedział na niewygodnym drewnianym krześle, nogi w wysokich skórzanych butach wyciągnął przed siebie. Wydawał się niemal drzemać, podczas gdy dookoła wrzało zamieszanie, jakie sam przed chwilą starannie wywołał.
–    Nie chcemy bitwy – powiedział, nie otwierając oczu, kiedy zapadła cisza – Ośmielam się twierdzić, że wszyscy zebrani w tej sali raczyli zapomnieć, o co się bijemy. A my – wszelkie pozory braku uwagi znikły, teraz był skupiony całkowicie na tym, co mówił – nie toczymy wojny o sukcesję z rodem Diraenich. Nie mam zamiaru mieć nic wspólnego z taką wojną.
Książę Aedien zerwał się z miejsca, gotów protestować, najwyraźniej nie wierząc własnym uszom.
–    Całkowicie się zgadzam – wtrącił Mahrid szybko – Później podzieli się pan swoimi obiekcjami, lordzie Aedien. Mów dalej, Gabrielu.
–    Chodzi nam o to – Lowry mówił teraz wolno, całkowicie przykuwając uwagę słuchaczy – żeby wszystkie rody Ravetty uznały dwa fakty: po pierwsze, konieczność powołania namiestnika. Co do tego nie ma, o ile wiem, różnicy między Diraenimi a nami. Po drugie, konieczność uznania za namiestnika królowej lorda Mahrida i nikogo innego. W tej sprawie musimy przekonać naszych oponentów… tylko nie rozumiem, po co robić to zbrojnie, skoro bitwy z nimi nie wygramy. Owszem, jak dotąd – kontynuował, a w nisko sklepionej, kamiennej sali, gdzie ściany były obwieszone starą bronią i gdzie przy długim stole, wokół którego snuł się dym z paleniska, zasiedli wojownicy i doradcy, oczekujący każdego jego słowa – walczyliśmy; w wyniku tego, jak sądzę, Diraeni uznali nas za niebezpiecznych przeciwników i nabrali szacunku, którego przedtem, wybacz, panie, nie mieli, bo i mieć nie mogli, nic o nas nie wiedząc. Pora kończyć wojnę, mój panie.
–    I co?! – wyrwał się książę lord Aedien – Co zamierzasz robić dalej?
–    Znaleźć mediatora – powiedział spokojnie Lowry – Kogoś, kto przekona Diraenich, a zwłaszcza lorda Sundiera, który ogłosił się namiestnikiem, że nie ma racji.
–    Po prostu przekona?! – głos Aediena ociekał jadem.
–    Po prostu przekona… na przykład przeprowadzając próbę korony – powiedział Lowry spokojnie.
W sali, pełnej ludzi, zapadła absolutna cisza.
– Mój panie? – wśród tego milczenia niebieskie oczy Gabriela spojrzały wprost w twarz Mahrida – Chyba nikt nie zaprzeczy, że możesz przejść tę próbę, prawda?

–    To obłęd – powiedziała ostro Alissa – Mam nadzieję, że się nie zgodziłeś.
Leżała w łożu we własnej sypialni; ciąża, choć był to dopiero początek, nie pozwalała jej już uczestniczyć w życiu twierdzy tak jak kiedyś. Była jesień; dziecko miało przyjść na świat wczesną wiosną.
–    Jak miałem się nie zgodzić? – zapytał cicho – skoro to podważyłoby moje prawa do tronu w obliczu wszystkich moich stronników? Wciągnął mnie w pułapkę.
–    I owszem – powiedziała cicho – ale wiesz, czym jest próba korony.
–    Ty też nie wierzysz, że walczę o to, co mi się należy?- spytał cierpko.
–    Ja wiem tylko – odparła- że koronę Ravetty może założyć jedynie prawowity król lub wyznaczony przezeń namiestnik… a każdy inny, kto się ośmieli, spłonie pod jej dotknięciem. Może to legenda – uciszyła go machnięciem ręki; rękaw jej jedwabnej koszuli odsłonił przedramię aż po łokieć i Mahrid z tęsknotą pomyślał o chwili, kiedy dziecko przyjdzie już na świat, a Alissa wróci do jego sypialni – … a może wcale nie. Nie chcę, żebyś ryzykował.
–    Nie mogę nie zaryzykować – powiedział, wpatrując się w jej bladą, zmęczoną twarz; ostatnio dużo spała, ale i tak jej oczy były ciągle podkrążone, a usta niemal sine – Zresztą, to jeszcze daleka przyszłość. Korona jest w stolicy… a stolica w rękach Diraenich. Wpierw muszę ich przekonać, że to nie podstęp.
Coś w jego głosie upewniło ją, że to nie koniec przykrych informacji.
–    Potrzebuję mediatora, zrozum – wyszeptał – Najlepszego, jakiego znajdę. A ona… Wysoko urodzona dama… córka lorda… zna większość z naszych wrogów osobiście, Sundier ją szanuje, przyjaźniła się z królową, nikt nie zaneguje jej bezstronności… zrozum, to nie mógł być nikt inny.
Zanim jeszcze jej powiedział, zrozumiała, o kim mówi.

W dzień przed zimowym przesileniem, w noc po nowiu, lady Alissa wyszła ze swej komnaty, by powitać dostojną mediatorkę, która była kiedyś panią tego miejsca.
Alissa sądziła, że wie, czego się spodziewać i może dlatego widok Arlene Cathiyi tak bardzo wyprowadził ją z równowagi. Szesnaście lat minęło od dnia, kiedy lady Esmit wyruszyła na swoją krucjatę, biorąc ze sobą królewską gwardię, a zostawiając insygnia koronacyjne w zamkowej kaplicy. Piętnaście – od kiedy Audran Daeshtiani zabił się, spadając z konia na polowaniu w lasach swej posiadłości. Czternaście, od kiedy Gabriel Lowry został rezydentem-klucznikiem w klasztorze w Diraen. Trzynaście, od kiedy Arlene Cathiya, młodziutka doradczyni królowej, pozostawiona wbrew swej woli w kraju, porzuciła dwór, by poślubić prowincjonalnego księcia z dalekich zachodnich rubieży, lorda Mahrida. Prawie cztery, od kiedy ją odesłał, by wziąć za żonę Alissę. Arlene Cathiya miała trzydzieści osiem lat, o czternaście więcej niż Alissa; mieszkała w klasztorze w głębokiej pustyni; nigdy nie dała Mahridowi dziecka; odesłał ją. Kobieta, która weszła do paradnej sali zamku, nie mogła nią być.
A weszła wolnym krokiem, jak królowa; zamiast oczekiwanego zakonnego stroju miała na sobie jedwabną suknię w kolorze ciemnego fioletu – królewska szata, pomyślała z oburzeniem Alissa, cóż za bezczelność! – długie czarne włosy rozpuszczone, podtrzymane tylko wąską srebrną opaską, tak podobną do korony królów, że obojgu – Mahridowi i Alissie- na moment zaparło dech w piersiach.
–    Witam, wasza wielmożność – skłoniła lekko głowę przed Mahridem, który patrzył w nią jak w obraz – Pozwoliłam sobie, jako że mam pełnić rolę mediatora, przybyć w twe progi, panie, w odpowiednim stroju… nie wolno ci zapomnieć, iż pod nieobecność jej wysokości to ja reprezentuję lady Ravettę. Jutro spotkam się z waszą wielmożnością, by omówić plany. A teraz zechcesz mi wybaczyć, panie…
Odwróciła się, by wyjść i wtedy wszedł Gabriel, z twarzą umorusaną kurzem, przez jego lewy policzek przebiegała paskudna szrama, koszulę miał całą we krwi.
–  Mój panie – powiedział – przepraszam za to wtargnięcie. Nie, nic się nie stało, ten hałas na podwórzu… to tylko nadgorliwość podczas ćwiczeń. Powinniśmy mieć pożytek z tych nowych rektutów. Lady mediatorko, mam nadzieję, że pani pobyt tu będzie… pożyteczny.
To były pierwsze słowa, jakie wypowiedział do niej od dwunastu lat.
– Mój panie – schyliła głowę; słowa same ułożyły się w gładkie frazy, przygotowane na tę okoliczność – mam szczerą nadzieję osiągnąć tak wiele, jak tylko zdołam, dla dobra Ravetty i królowej.
–    Doradca królowej, pomyślała Alissa, i człowiek, który razem z moim stryjem wygrał dla tejże królowej wojnę, teraz razem, po naszej stronie… czemu mam takie paskudne przeczucia?
–    Wybacz, pani – Gabriel uniósł jej dłoń do ust, ucałował końce palców – Na pewno chcesz odpocząć. Zobaczymy się przy kolacji. Edri, Kirdiana.
–    Edri, Dalien – rzuciła za nim, a odwracając się do Mahrida – i tylko Mahrida, pomyślała kwaśno Alissa – odrzekła:
–    Do zobaczenia jutro rano, czcigodny lordzie. Mam nadzieję ustalić jutro datę mego wyjazdu do stolicy. Im szybciej zyskamy koronę, tym szybciej przystąpisz do prób i tym szybciej, jako nowy namiestnik, przywrócisz pokój… bo nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdybyś ich nie przeszedł.
–    Sługa odprowadzi cię do twych komnat, pani – Alissa odezwała się uprzejmie, jak dobra gospodyni.
–    Nie trzeba – zielone oczy Arlene Cathiyi spojrzały na nią po raz pierwszy i ostatni tego dnia – znam ten zamek.
Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

W komnacie, którą dano jej na nocleg, rozpoznała gobeliny, przywiezione z domu, ale nim zdążyła je obejrzeć (nie płakać, powiedziała sobie cicho, nie wolno), ktoś zapukał do jej drzwi, a kiedy nie zareagowała, pewna, że to ktoś ze służby, ten ktoś po prostu wszedł do środka i w tym samym momencie Arlene Cathiya podbiegła do niego (teraz też nie wolno płakać, upomniała samą siebie).
–    Siadaj – rozkazała – i zdejmij koszulę. Już. Bez dyskusji.
–    No przestań- próbował się bronić, ale bez przekonania.
–    To ty przestań – odparowała – jak cię znam, od tygodnia chodzisz z połamanymi żebrami.
–    To akurat nie ja jeździłem konno z połamanymi żebrami – zaprotestował.
–    Wiem, pamiętam – wyszeptała, a potem, siląc się na uśmiech z oczyma we łzach, dodała –
Ale znając was obu, równie dobrze to mogłeś być ty.

Przypomniał sobie nagle dzień, w którym pierwszy raz jechali Drogą Południową, siedemnaście lat temu. Wojna dopiero się zaczynała, dzień był wietrzny i pogodny, Audran miał głowę obwiązaną chustą po tym, jak urządził awanturę w jakimś zajeździe kilka dni wcześniej.  Zatrzymali się po drodze, żeby napić się wody, on sam rozmarzył się, jak cudownie byłoby zjeść coś ciepłego… a wtedy Audran zapytał go, jaka jest najbliższa osada.
–    Cathi – odparł wtedy Gabriel, przypominając sobie kiepską mapę, jaką widział jeszcze w stolicy.
–    No to jedziemy – jego książę zerwał się z werwą, której źródeł Gabriel nigdy nie mógł odgadnąć; szczupły i jasnowłosy jak wszyscy Daeshtiani, Audran łatwo dałby się wziąć za miejskiego paniczyka… i część swoich wojennych sukcesów, pomyślał Gabriel, zawdzięczał właśnie temu, że zazwyczaj skandalicznie go nie doceniano – Mamy tam znajomego.
–    Mamy? – zapytał zgryźliwie Gabriel; nie chciało mu się wstawać i natychmiast ruszać z powrotem w drogę.
–    Ja mam – stwierdził beztrosko książę – więc bądź łaskaw się ruszyć. Poznasz moją nauczycielkę.

–    Cóż – Gabriel syknął, kiedy dłonie Cathyi przesunęły się po świeżych siniakach na klatce piersiowej – nie tego się wtedy spodziewałem.
Arlene uśmiechnęła się:
–    Ale ja naprawdę byłam jego nauczycielką. Odwiedził dwór mojego ojca, kiedy podróżował po kraju, jeszcze zanim Esmit została królową; uczyłam go kirdijskiego; miałam… jakieś piętnaście lat, on… może siedemnaście. Siedział u nas wtedy dobre trzy miesiące…
–    Niech zgadnę. Kochałaś się w nim? – zapytał ze śmiechem.
–    Zwariowałeś? – odpowiedziała szybko – Kochać się w Audranie, mając po sąsiedzku lorda Kirdiyi i jego trzech synów? Omal nie wyszłam na najstarszego z nich, i to z miłości! Ale fakt, Audrana uwielbiałam… świetnie się razem bawiliśmy.
Nie chciał pytać, ile prawdy było w tym zaprzeczeniu.
–    Podobno spędziliście tydzień na pustyni?
–    Tak, a mój ojciec miał o niczym nie wiedzieć – zachichotała – bo wyjechał na polowanie dzień przed naszą wyprawą, a wracał dzień po naszym powrocie… i gdyby nie skorpion…
–    Jaki skorpion?
–    Nie mówił ci? – zapytała ze zdumieniem – otóż, jego wysokość lord Audran z Daeshtiany usiadł był sobie na skorpionie, co się marnie dla niego skończyło: dostał gorączki, nie mówiąc o tym, jak spuchł… i gdzie… a kiedy mój ojciec wrócił i to zobaczył… oj, wtedy skończyło się marnie dla mnie.
–    Cóż – Gabriel sięgnął po swoją koszulę i mimo protestów Cathiyi naciągnął ją z powrotem – ja słyszałem, że to pewna szlachetnie urodzona młoda dama skręciła sobie nogę, włażąc lekkomyślnie na skały…
–    A to swoją drogą – zgodziła się Cathiya podejrzanie pokornie.
–    Nie wierzę w to – Gabriel Lowry ze zdumieniem usłyszał własny głos, wypowiadający słowa, które od piętnastu lat nie chciały mu przejść przez gardło – Nie wierzę, że się zabił na polowaniu. Był doskonałym jeźdźcem… znakomicie znał ten teren… a poza tym, jak można się zabić, spadając z konia na miękką trawę na polanie? A tam go znaleźli…
Tam go znaleźli, pomyślał, ludzie jego brata, lorda Elmore’a, który powinien być panem Daeshtiany, gdyby nie decyzja jego upartego ojca. Pojechałem tam następnego dnia i nie znalazłem nic, tylko kilka śladów krwi na ziemi i zgniecioną trawę w miejscu, w którym leżało ciało. Pamiętam, jak tam siedziałem, myśląc o Esmit, samotnej w dalekim Cesarstwie, na wyprawie podjętej wbrew woli, w imię honoru jej ojca, który poprzysiągł wesprzeć tę przeklętą krucjatę. O Arlene Cathiyi na królewskim zamku, samotnej z misją zleconą jej przez królową, z dala od przyjaciół. O Audranie, który przeżył wojnę nawet nie draśnięty, by teraz umrzeć w idiotycznym, pechowym wypadku.
Przywieźli go, z rozbitą głową i osłoniętą twarzą i pochowali następnego dnia, a choć pani Alissa o tym nie wie, to właśnie wtedy po raz pierwszy ją zobaczyłem – zarozumiałą małą dziewczynkę, jedyną już wkrótce dziedziczkę Daeshtiany, skoro tylko Ahrien znalazł w klasztorze, obłąkany Tharel w wysokiej wieży zamku… a Audran, lord zwierzchnik, nie żył.
Jeździł konno jak wariat; znał teren na tyle dobrze, by zapomnieć o ostrożności; pod miękką trawą kryły się ostre odłamki granitu. Mógł źle spaść; mógł rozbić głowę; nie było nikogo, kto by mu pomógł, zawsze jeździł sam.
Tego dnia, pomyślał Gabriel i to był zawsze ostatni argument, ja miałem z nim jechać na polowanie i byłbym pojechał… gdyby lord Elmore, starszy brat lorda zwierzchnika, ten, który sam powinien być lordem zwierzchnikiem, nie posłał mnie do sąsiedniej posiadłości po odbiór starego długu, którego nie było.
Teraz, pomyślał trzeźwo, Arlene Cathiya uzna mnie za wariata.
–    Przynieśli mi wiadomość nocą – powiedziała – Pani Doradco, powiedzieli, zapewne zechcesz wiedzieć, lord Audran Daeshtiani umarł wczorajszego wieczora. Nie mogłam płakać. Nie płakałam po nim aż do dnia, kiedy Mahrid mnie odesłał. Wtedy wszyscy – on, Esmit, ty – stanęliście przed moimi oczyma… i przypomniałam sobie, że umiem płakać. Zrobiłam się straszną beksą od tego czasu… Zapytałam wtedy, w nocy, jak umarł- spojrzała mu teraz prosto w oczy – i nigdy nie uwierzyłam w odpowiedź, jaką mi dali.
Podeszła do niego i objęła go, wtulając mu twarz w ramię.
–    Wiesz, że opisał was jako kochanków? – zapytała, jej ton na wpół napastliwy, na wpół wypytujący.
–    Wiesz, że jesteś piętnastą osobą, która mi to mówi? – odparował.
–    To nie wiedziałeś? Trzeba ci to było mówić?
–    A może to nie twoja sprawa?
–    Daj spokój, nie czytałeś jego pamiętników?
–    Nie czytałem – powiedział i w jego głosie było zmęczenie, które ją zaskoczyło, zmęczenie i ból – Ale wiem, aż za dobrze, co tam można znaleźć: Gabriel to, Gabriel tamto, ja z Gabrielem, nie wygralibyśmy bez Gabriela… sama wiesz, aż za dobrze, ile w tym prawdy… i jak bardzo pomyli się ktoś, kto mnie według tego oceni…
–    Ja cię tak oceniam – powiedziała Arlene Cathiya cicho.

Dopiero następnego ranka lady Alissa dowiedziała się, że nie będzie obecna przy śniadaniu z panią Cathiyą.
Zepsuło jej to humor, a kiedy zobaczyła czcigodną mediatorkę na korytarzu, zdenerwowała się jeszcze bardziej; Arlene Cathiya miała głęboko wyciętą ciemną suknię i naszyjnik z ametystu (reprezentuje królową, akurat, pomyślała ponuro Alissa), włosy upięła wysoko, odsłaniając szyję; z pewnością nie wyglądała na pobożną mniszkę.
– Ona nie jest mniszką! – oświeciła Alissę lady Tamara, która przyszła ją odwiedzić tego samego dnia – Skądże znowu, przecież była mężatką, a nie wdową! Lord Namiestnik odesłał ją do klasztoru, więc tam zamieszkała, jako rezydentka… oczywiście raczej nie może wyjść za mąż, ani nawet wrócić do czynnego życia, co by ludzie powiedzieli, żona oddalona przez męża… ale nie jest mniszką, absolutnie nie!
Skoro nie może wrócić do czynnego życia, przemknęło przez głowę Alissie, to jakim cudem spełni swoje zadanie jako mediatorka? I po co, tak naprawdę, jej mąż ją sprowadził?

Arlene Cathiya została jeszcze trzy dni; przez wszystkie te dni była nienagannie uprzejma i niezwykle poważna… i za każdym razem zakładała nową suknię, zawsze fioletową lub czarną, w barwach królowej, zawsze bardzo piękną i zawsze z głębokim dekoltem.
Jak będę wyglądać, kiedy urodzi się dziecko? – myślała wtedy Alissa – Co się ze mną stanie? I czy on… czy Mahrid nadal będzie sądził, że jestem… piękna? Przecież nie mógłby odesłać matki swego pierworodnego?
Przecież odesłał Doradcę królowej, szeptał głos w jej umyśle.
Przez całe te trzy dni Arlene Cathiya nie odezwała się do Alissy ani słowem. Alissa widziała ją raz, wczesnym rankiem, na placyku przed wartownią. Słońce musiało wzejść ledwie przed chwilą, gdzieniegdzie snuła się jeszcze mgła; mediatorka, w męskim stroju, pojedynkowała się na miecze z kimś, w kim lady Mahrid dopiero po chwili rozpoznała Gabriela Lowry’ego. Nie wiedziała, czemu widok zażyłości, w jakiej ci dwoje pozostają, napełnił ją aż takim lękiem.
Czwartego dnia lady mediatorka wyruszyła powozem do stolicy; powróciła konno po miesiącu, w czasie którego Mahrid mówił tylko o niej. Powróciła bez korony, za to ze zgodą Diraenich na podjęcie próby… ale w stolicy, pod ich strażą.
–    Nie jedź – powiedziała Alissa – Nie możesz jechać, to pułapka. Musisz zostać w domu, może znaleźć jakiś inny sposób…
–    Bzdura! – uciął ostro; nigdy tak do niej nie mówił – Nie ma innego sposobu, dobrze wiesz; wszyscy czekają, jak się skończy próba; jeśli ją przejdę…
–    Jeżeli umrzesz – przerwała mu – ja zostanę sama…
–    Jeżeli umrę – patrzył na nią długo i zimno – twój ojciec jest kłamcą.

Wyjechał do stolicy pięć dni później, dzień po tym, jak Alissa zobaczyła ich razem. Był wieczór, Święto Duchów, służba wystawiła w kuchni olbrzymie stoły pełne jedzenia, na podwórcu twierdzy kramarze rozłożyli swoje towary, wieczorem wszędzie zapłonęły oliwne lampki; dziecko miało się urodzić za dwa miesiące. Wyszła ze swej sypialni, by choć na chwilę przyłączyć się do zabawy… i w ciemnym wąskim korytarzu, przylegającym do jej pokoi, zobaczyła znikającą parę; kobietą była bez wątpienia Arlene Cathiya; mężczyzna nosił aksamitny płaszcz jej męża i jego czarną maskę drapieżnego ptaka.
Tak szybko, jak pozwalały jej opuchnięte nogi, poszła za nimi; zatrzymała się przed drzwiami sypialni męża; zastukała raz, potem drugi. Nikt nie otwierał. Nacisnęła rzeźbioną klamkę z ciemnego metalu; klamka zachowała jeszcze cień ciepła ludzkiej dłoni, ale drzwi były zamknięte na klucz i nikt nie odpowiadał na pukanie.
–    Szemte – zwróciła się do gwardzisty, stojącego na straży – kto jest w środku?
–    Mój pan – odpowiedział tamten spokojnie.
–    Chcę wejść – zażądała.
–    Nie wolno – odparł żołnierz flegmatycznie – pan zakazał.
Wracając do siebie, z oczyma przysłoniętymi wściekłością i upokorzeniem, przy samych drzwiach swej sypialni spotkała Gabriela. Pozdrowił ją, jak zawsze uprzejmie, a ona jak zawsze wyczuła w jego uprzejmości cień niechęci i lekceważenia.
–    Nie bawisz się, panie? – zapytała ironicznie – dziś wszyscy piją i szaleją… w Święto Duchów, jak mówią, można nawet zapomnieć o przysiędze małżeńskiej…
–    Nie mam o czym zapominać – powiedział spokojnie.
–    No tak – przerwała mu – twój kochanek nie będzie spał przy tobie dziś w nocy…  tak jak mój mąż przy mnie…
–    Zamilcz, pani – syknął.
–    Albo co? – spytała zuchwale – Nie ośmielisz się mnie uderzyć; nie teraz, kiedy mam urodzić dziecko twojego pana, do którego należysz.
–    Mój pan nie żyje – powiedział, narzucając sobie spokój – Moja pani i królowa błądzi pod obcymi gwiazdami; moi przyjaciele poukrywali się po wsiach lub pozamykali w klasztorach…
–    Jak pani Cathiya? – głos Alissy był piskliwy, na granicy histerii – Tyle że ona się tam nie zamknęła, jej mąż ją tam odesłał, bo była złą żoną…
–    Bacz, pani – przerwał jej – byś sama wkrótce nie znalazła się na jej miejscu.
Ukłonił się jej, głęboko i szyderczo, i odszedł w swoją stronę; słyszała, jak gwiżdże jakąś obcą melodię.
Nie wiedziała – nie była pewna – co się z nią dzieje; może to dziecko, mające przyjść na świat,  paniczny strach o nie i ciągła myśl o przyszłości pełnej ciemnych chmur tak na nią wpływały? Lowry nie powinien był tego usłyszeć. Ona sama nie powinna się tak unosić.
Arlene Cathiya nie powinna ani chwili dłużej pozostać w tym domu. Ani chwili dłużej.

–    Jak widzisz moje szanse? – spytał Mahrid; Arlene Cathiya, siedząca naprzeciw niego w jego sypialni, nie odpowiedziała.
Tyle lat, pomyślała, zastanawiałam się, co ci powiem, kiedy cię zobaczę, mój drogi,  a teraz nic, ani słowa. Ani słowa… ani jednej łzy dla Mahrida, Lorda Namiestnika, ani wspomnienia tego, co chyba kiedyś było… a może wcale nie?
–    Mój  panie – przybrała oficjalny, ceremonialny ton – królowa zadecydowała; korona zadecyduje; nie ja.
Nie spojrzała na niego, wychodząc, utopiła spojrzenie w tkaninach na ścianach, obcych, innych niż te, które pamiętała.
Stanął jej nagle przed oczyma dzień jej odjazdu z twierdzy Mahrida przed laty – tamten jasny letni dzień, kiedy o świcie słońce zatopiło cały zamek w złocistej mgle; jej rzeczy leżały już spakowane w głębokie kufry, które miano odesłać w ślad za nią. Wyjeżdżała rano; tej nocy nie kładła się ani na chwilę. Wschód słońca zastał ją przy oknie, zapatrzoną w morze (już nie zobaczę morza, pomyślała, dla mnie jest już tylko pustynia). Zmusiła się, by odejść od okna; na zaścielonym łożu leżało jeszcze kilka rzeczy, które musiała zabrać.
Miecz, który dostała od Audrana – pokonał ją w pojedynku i tego samego wieczora przyszedł do jej komnaty.
–    Nie powinienem był wygrać. Miałaś za ciężką broń. – powiedział – Spróbuj tego.
Dał jej ten miecz, zrobiony z całą pewnością dla młodego chłopaka. Wygrałam następny pojedynek, pomyślała; ciekawam, ilu z tu obecnych wojowników, poza Gabrielem, pojedynkowało się z Audranem Daeshtianim… widziało go pokonanym? Długa po kostki szata z fioletowego jedwabiu – to miała być ślubna suknia Esmit, pomyślała, tymczasem będę ją nosić ja, w wiecznej żałobie… Kilka ksiąg, przepisanych specjalnie dla niej – kosztowny pożegnalny dar Mahrida; i jeszcze drewniana szkatułka, wręczona jej przez męża z nerwowym pośpiechem – lordowie Daeshtiany posyłają ci dar, powiedział, na dobrą drogę.
Żebym nie rzuciła klątwy na małżeństwo ich córeczki, pomyślała, żebym nie żądała zemsty. mieli mnie przecież za czarownicę. Powinnam była rzucić tę szkatułę w ogień, nie otwierając jej … i rzuciłabym, gdybym się nie domyślała, czym kupiono moją życzliwość.
W środku była jeszcze jedna księga, niezbyt gruba i oprawiona w nową skórę. Nie otwarłam jej wtedy, pomyślała, nawet nie zajrzałam, dopiero później, w klasztorze, w czasie długich bezczynnych godzin – na próżno prosiłam siostry o jakąś pracę, choćby brudną i codzienną, obawiały się obarczyć obowiązkami panią Cathi, lady Doradcę królowej… dopiero wtedy.
Swój dziennik, ten który czytali wszyscy jego krewni, napisał po ravettyńsku… ale był jeszcze jeden tom, napisany jego charakterem pisma, linijki tekstu w nieznanym języku między ravettyńskimi wierszami dla wszystkich kolejnych miłości. Przedzierając się przez kolejne oczy jak gwiazdy i noc zachodzącą nad kochankami, przez róże więdnące na darmo i miłość, co będzie trwać na wieki, pomyślała w końcu, któregoś dnia, jak zupełnie to do niego niepodobne – i to był klucz, którego szukała, wskazówka mówiąca “nic nie jest prawdziwe”… ani jedno słowo w tych fatalnych wierszydłach… może, pomyślała, niewiele więcej w dzienniku, bo kiedy czytała o sobie, nie mogła przestać się dziwić, jak mógł znać ją tak długo i mylić się tak bardzo… A potem pomyślała, może ja też go wcale nie znałam, nikt go nie znał, prawda o nim jest ukryta głęboko w stronach zamkniętych obcym językiem… zapisanych, pomyślała, w końcu to zapisał i ktoś musi mieć klucz, ale kto? Gabriel, oczywista odpowiedź, nikt inny. Gabriel: zawsze zapominała, że ravettyński nie był jego ojczystym językiem.
Następnego dnia zapytała siostrę Ridę – ciemnowłosą i szarooką dziewczynę z górskiej wioski – czy mówi po szadelijsku. Rida ledwie znała litery, ale kiedy popatrzyła na tekst, powiedziała od razu, że to nie szadelijski, chociaż znaki te same i tej nocy Arlene położyła się spać, przekonując samą siebie, że próbowała i obudziła się w środku nocy z twarzą mokrą od łez, trzydziestoczteroletnia samotna kobieta, której przyśniło się, że miała znowu dwadzieścia lat i tańczyła na balu z księciem… a potem, zanim jeszcze zapaliła lampę, wiedziała.
–    Drugi klucz to ja, prawda? – powiedziała do człowieka, który nie żył od lat.
Na następne dwa dni siostra Rida otrzymała nowe obowiązki: zamiast prząść, dostała do ręki trzcinkę i pergamin; mozolnie i starannie wypisywała na karcie szadelijskie znaki. Ten dzień (noc, pomyślała, była noc i już nie byłam lady Mahrid, tylko znów Arlene Cathiyą, rozwiązywałam zagadki i śmiałam się z radości, że znów to potrafię), był jej chwilą triumfu; otwarła tom na trzeciej stronie, tam gdzie kończył się poemat o pieskach lady M., położyła sobie na kolanach kartę zabazgraną przez siostrę Ridę i zaczęła czytać, głośno, powoli… szadelijskie litery, którymi zapisał słowa w kirdijskim, języku, którego nauczył się od niej. Minęły tygodnie, nim nabrała wprawy… miesiące, zanim dowiedziała się wszystkiego, czego chciała. Jednego nie mogła zrobić: pozwalali jej chodzić po ogrodzie klasztoru i raz na miesiąc jechać z jedną z sióstr na targ do Amieth, siedem mil, ale nie mogła – nie mogła – wysyłać posłańców, przekazywać wiadomości. Do nikogo… a już na pewno nie do innego klasztoru, siedem mil od innego miasta… Gabriel Lowry był sługą w klasztorze, pomyślała, siedem mil od Diraen, które kiedyś zdobył.
Tamtego dnia, kiedy opuszczała zamek Mahrida – na zawsze, jak sądziła – włożyła po prostu miecz, szatę i księgi do ostatniego z kufrów, wezwała służących, by zanieśli jej skrzynie do powozu i wyszła z komnaty bez słowa. Nie widziała Mahrida – ponoć wyjechał poprzedniego dnia, poczynić przygotowania do oświadczyn, ale kim wobec tego był ciemny cień w oknie wieży? Złota mgiełka świtu znikła, na niebo wtoczyło się jaskrawe letnie słońce. W ten jasny, skwarny, letni dzień porzucała swój dom, by wyjechać w rodzinne strony, do klasztoru… na pustynię.
Trzy i pół roku później przysłał po nią swoich ludzi.
Nasz pan potrzebuje najlepszego mediatora, Ravetta potrzebuje namiestnika, lud potrzebuje pokoju… któregokolwiek z tych argumentów używali, odpowiadała pokornie:
–    Nie, to nie ja, nie jestem godna… – aż do dnia, kiedy któryś z nich powiedział:
–    Dalien Gabriel powiedział, że nikt oprócz ciebie, pani…
Tego samego dnia, w tej samej chwili, zgodziła się pojechać.

Była późna jesień i wiatr targał bezlistnymi gałęziami, kiedy wyjeżdżali do stolicy: Lord Pretendent Mahrid w czarnym płaszczu, ze srebrną mitrą książęcą na skroniach, w otoczeniu swej gwardii i swych dowódców, z Gabrielem Lowrym u boku, lady mediatorka Arlene Cathiya konno, w męskim stroju i z mieczem, Lord Szambelan Aedien i Lady Strażniczka Tamara w paradnym powozie… a lady Alissa, z trudem stojąca na nogach (czuła się bardzo źle, udręczona i chora, dziecko męczyło ją bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczała) mogła jedynie pożegnać małżonka przed czekającą go śmiertelną próbą i przed podróżą w towarzystwie kobiety, której ona, Alissa, bała się jak nikogo innego.
Dni mijały ciemne i złe, bez słonecznego świata i bez wieści… aż w końcu, w dzień po nowiu księżyca, dwadzieścia jeden dni po ich odjeździe, wczesnym rankiem przybył posłaniec ze stolicy.

Tego samego dnia po południu lady Alissa, żona Lorda Namiestnika Ravetty, Wybrańca i Reprezentanta Królowej, rozpoczęła przygotowania do uroczystej uczty ku czci swego męża. Droga do stolicy trwała tydzień; jeśli Mahrid się pospieszy, zdąży, zanim urodzi się dziecko. Będziemy mieć syna, pomyślała, wychowamy go w stolicy, na zamku królów, w komnatach, w których kiedyś zamieszka… albo będziemy mieć córkę, to nic nie zmienia, Esmit nie była nawet najstarszym dzieckiem Morriana, córka też może być królową. Byle tylko mój mąż już powrócił, odesłał swoich doradców do stolicy, odesłał Aediena do jego posiadłości… odesłał Lowry’ego do klasztoru… odesłał Arlene Cathiyę z powrotem na pustynię.

Mahrid był już w drodze – wciąż nie mógł w pełni uświadomić sobie, co się stało tamtego dnia w kaplicy pałacu, niewielu było świadków – jego ludzie, lady mediatorka, Sundier Diraeni w otoczeniu braci i dworu. Wąska srebrna obręcz, którą Arlene Cathiya (Arlene, moja żona, pomyślał nagle) zdjęła z ołtarza – patrzył na jej wargi, poruszające się w bezgłośnej modlitwie – światło świec i kolorowe cienie witraży na podłodze…
Podeszła do niego, w królewskich szatach, w srebrnej obręczy na włosach, ze srebrną obręczą w ręku.
–    Lordzie Mahridzie, następco i dziedzicu lordów Deashtiany, czy przyjmiesz koronę Ravetty?
–    W imieniu królowej, jako jej namiestnik, przyjmuję – odpowiedział wyuczonymi, setki razy powtórzonymi słowami.
I chłód, kiedy korona królów Ravetty dotknęła jego skroni.
A potem… kiedy wstał, oni wszyscy – wszyscy, z Diraenim na czele! – uklękli przed nim, jak przed prawowitym zastępcą królowej… jak przed władcą, pomyślał nagle, jak przed królem.

Wysłał Arlene Cathiyę przodem, by poinformowała panią Alissę – być może już matkę mojego syna, pomyślał – o szczegółach ceremonii, jaką mieli go powitać. Swoją gwardię, pomyślał, w zasadzie też mógłbym odesłać, nikt w tym kraju nie poniesie teraz na mnie ręki, nie po próbie korony, jaką przeszedłem. Wysłał ich przodem, z setnikiem Szemte jako dowódcą, zostawiając przy sobie tylko kilku strażników i Gabriela.
Lowry milczał, od kiedy wyjechali ze stolicy; jego szczupła, pociągła twarz, otoczona długimi włosami, nie ujawniała ani śladu uczuć, które nim targały… musiały nim targać, pomyślał Mahrid, przecież wygraliśmy, przyjąłem koronę namiestników w imieniu jego królowej…
Może to wspomnienia zamykają mu usta, usprawiedliwił go w myślach, kiedy ostatnio wjeżdżali do stolicy z Audranem Daeshtianim – obaj w królewskich szatach, na osobiste życzenie Lady Ravetty – był młody i cały świat otwierał się przed nim, a teraz jest starzejącym się najemnikiem, byłym strategiem, byłym rezydentem klasztoru…
Moim zaufanym doradcą, powiedział sam do siebie Mahrid; nigdy nie będzie dla mnie niczym mniej.
Szturchnął konia ostrogą, by zbliżyć się do Lowry’ego; zrównali się chwilę potem.
– O czym myślisz? – spytał Mahrid;
– O tobie, panie… i o koronie Ravetty – odpowiedział Gabriel cicho – O koronie królów.

Mahrid chciał być w domu jak najwcześniej, ale burza zmieniła jego plany. Zatrzymali się na nocleg w gospodzie, gdzie przyjęto ich jak króla i jego świtę. Już niedługo, przekonywał sam siebie Mahrid, niedługo będę w domu i będzie tam moja żona i może już mój syn… a na razie niech moi ludzie odpoczną, zasłużyli na to.
Niski głos śpiewaka wyrwał Mahrida z zamyślenia. Westchnął, stwierdzając, że się nie pomylił: opowieść była, w założeniu przynajmniej, mrożąca krew w żyłach. I opowiadała o czarownikach, niestety. I, niestety, Mahrid słyszał ją już kiedyś i zdecydowanie nie miał ochoty słyszeć ponownie. Jego wysokość nie przepadał, jak wiedzieli wszyscy jego dworzanie, ani za poezją, ani za opowieściami o magii.
Zszedł na dół, do ciemnej sali, gdzie jego świta siedziała, jedząc i pijąc ciemne piwo; wśród nich siedział obcy mężczyzna w szarym stroju śpiewaka, a to oznaczało, że za chwilę usłyszą opowieść. Zasłużyli na to, pomyślał Mahrid, na mięso i piwo i na jakąś mrożącą krew w żyłach bzdurę o czarownikach, której będą słuchali z zapartym tchem. Większość pieśni śpiewanych w karczmach była o czarach, choć nikt w ziemi Ravetty od lat nie widział na oczy czarownika. Oczywiście, szeptano, były pogłoski… nie o kim innym, jak o Gabrielu Lowrym mówiono, że urodził się z darem magii, Mahrid przypomniał sobie z rozbawieniem. Czary albo łóżko księcia Audrana, pomyślał – jak inaczej mógłby syn wieśniaczki, dowódca pomniejszej bandy zbuntowanych chłopów, zostać strategiem królowej i odnosić te wszystkie niemal niemożliwe zwycięstwa? Oczywiście, nikt nigdy nie rzucił mu w twarz otwartego oskarżenia, choć wielu chętnie widziałoby go skazanego i wygnanego zimą w góry, jak to czyniono z oskarżonymi o czary…
Wyślizgnął się na zewnątrz i otoczyło go rześkie po burzy nocne powietrze. Ciągle jeszcze padał deszcz. Z wnętrza gospody dochodził gwar i urywki pieśni, zbliżającej się właśnie do kolejnej krwawej kulminacji. Mahrid zauważył, że nie był jedynym, który uciekł przed śpiewakiem i jego historią: setnik jego wojsk siedział na gołej ziemi pod daszkiem, gliniany kufel u jego stóp.
–    Witaj, Szemte – powiedział lord namiestnik – Cóż to, nie słuchasz opowieści?
–    A nie – odparł gwardzista – ja tam nie lubię tych historii o czarach i czarownikach. W mojej wsi mieliśmy takie, dwie wiedźmy. Mówią, że ich musi być dwóch, prawda to?
–    Nieprawda – powiedział Mahrid – Nie ma czegoś takiego, jak czary. Przynajmniej nie w tym kraju.
–    A ludzie mówią, że trza mieć kogoś, kto rzuca czary i kogoś, kto bierze z ziemi albo skądś tam siłę do czarowania. Nie da się jednego i drugiego – kontynuował Szemte.
Faktycznie, przypomniał sobie Mahrid, było coś takiego w tej historii, którą słyszał i której teraz słuchali jego żołnierze, jakaś krwawa historia o niegodziwcu, który uwiódł niewinną dziewczynę, żeby posłużyć się jej magią…
–    I podobno – odezwał się głos za nimi, cicho i bez przeprosin wtrącając się w ich rozmowę – kiedy się spotkają takie dwie osoby, tej więzi, kiedy raz powstanie, nie sposób zerwać, nie można zapomnieć… to więcej niż więzy krwi, więcej niż miłość, więcej niż sama śmierć…
–    Zaskakujesz mnie, Gabrielu – powiedział z uśmiechem Mahrid, odwracając się do nowoprzybyłego – Ty opowiadający o magii? Powtarzający do tego jakieś sentymentalne bzdury z opowieści, dobre dla żołnierzy na popasie? No nie wierzę!
–    Ludzie tak mówią – odparł Lowry, robiąc krok ich stronę, w krąg światła bijącego od lampy nad drzwiami gospody; miał mokre włosy, a krople deszczu spływały mu po twarzy – Ja tam nie wiem, czy to prawda… ale ty, panie, jeszcze dwa miesiące temu nie wierzyłeś w próbę korony.
–    Próba korony to co innego – powiedział Mahrid sztywno – To nie jakaś tam magia, tylko prastary rytuał…. znak związku królów i ziemi. No dobrze, niech ci będzie – dodał w końcu, ze śmiechem – Nie do końca wierzyłem. Ale ją przeszedłem, prawda? Jestem namiestnikiem.
–    Tak – odpowiedział Lowry, a Mahrid przypomniał sobie dotyk korony na swoich skroniach… i srebrną opaskę na głowie Arlene Cathyi, tak boleśnie podobną do korony, że przez moment jego dawna żona sama wydawała się królową – Tak, panie, przeszedłeś próbę i jesteś namiestnikiem.
Chwilę milczeli, a potem Mahrid rzucił znienacka:
–    Zastanawiam się, czy lady już urodziła… i jak poradzi sobie w tym stanie z obowiązkami. Będzie zapewne potrzebowała pomocy…
–    Lady Cathiya na pewno już dotarła do zamku – powiedział spokojnie Lowry.

–    Przybyli wysłannicy, pani – powiedział jej ochmistrz dworu, zanim jeszcze zamknął za sobą drzwi do jej komnaty – Lady Cathiya nalega, byś przyjęła ją i jej świtę natychmiast.
–    Nie przyjmę lady Cathiyi – odpowiedziała Alissa ostro.
–    Twój pan kazał, byś udzieliła jej wszelkiej pomocy – odparł ochmistrz – Każę ją wprowadzić.
Arlene Cathiya weszła do sypialni lady Alissy jeszcze zanim ochmistrz wymienił wszystkie jej tytuły; ona zyskała na tym najwięcej, pomyślała nagle Alissa, znów jest wielką damą, nie będzie musiała wracać do klasztoru…
Może nawet powróci gdzie indziej, powiedział ten paskudny głos w jej głowie.
–    Witam, pani. Zarządź, proszę, natychmiast przygotowania do ceremonii – oświadczyła – Lord Namiestnik będzie tu jutro rano.
–    Wiem, co mam robić- odparła Alissa; sięgnęła po leżący obok niej wełniany pled, by okryć sobie nogi; było jej zimno, jak zawsze ostatnio.
–    Nie sądzę – przy skulonej na sofie lady Mahrid Arlene Cathiya wydawała się wyższa… i piękniejsza, pomyślała Alissa, teraz to ona jest piękniejsza niż ja – Nie masz pojęcia, co zrobić, prawda, dziecko? Każę przysłać instrukcje twemu ochmistrzowi; nie trzeba, byś w tym stanie trudziła się choćby wychodzeniem z sypialni… pani.
Wyszła, nie zaszczycając Alissy lady Mahrid ani jednym spojrzeniem.

Tego wieczora przybył lord Elmore ze swoją gwardią, a lady Mahrid wezwała dwu spośród gwardzistów swego ojca do siebie. Nikt prócz nich nie miał dowiedzieć się o tej wizycie.

Wjazd Lorda Namiestnika Mahrida do jego własnej twierdzy powitało bicie dzwonów, lecz kiedy znalazł się już na dziedzińcu, wszędzie panowało zamieszanie, chaos i lęk. Trup gwardzisty w barwach Daeshtianich wisiał na murach baszty Tropicieli, cały we krwi.
–    Lord Elmore prosi o audiencję, panie – to były pierwsze słowa, jakie usłyszał, gdy on i Gabriel przekroczyli progi domu.
–    Jak się miewa moja żona? – spytał Mahrid, czując, jak zimny niepokój ogarnia go na myśl o Alissie… i dziecku.
–    Nic jej nie jest, panie – odpowiedział ochmistrz, unikając wzroku lorda.

Mahrid przyjął swego teścia w naprędce uprzątniętej jadalni – w jego sali tronowej wciąż trwały przygotowania do uroczystej ceremonii.
Elmore, lord Daeshtiany, wyglądał jak starzec; Audran miałby czterdzieści jeden lat, pomyślał Gabriel, a ten jest jeszcze piętnaście lat starszy…
Jak wyglądałby dziś mój jasnowłosy książę, wróciła natrętna myśl; po tych piętnastu latach,  gdyby został na dworze, gdyby Esmit nie zmuszono do wyjazdu na tę przeklętą krucjatę, gdybyśmy byli dziś, razem, on i ja, ludźmi królowej…
Lordowie Daeshtiany: siwy Elmore, podtrzymywany przez wnuka (Jaki on jest podobny do stryja, pomyślał Gabriel, nie na darmo dali mu po nim imię) i Ahrien w szarym habicie skłonili głowy przed Lordem Namiestnikiem… a potem, ku zdumieniu Mahrida, to Ahrien, nie lord Elmore, przemówił.
– Musisz wydać wyrok, panie – powiedział cicho – był zamach na reprezentantkę królowej.
Gabriel, bez słowa, zerwał się ze swego miejsca.
Kiedy prowadzili przed jego oblicze gwardzistę w zakrwawionej odzieży, Mahrid zauważył, jak jego doradca przeciska przez tłum do wyjścia.

–    Nic mi nie jest – Arlene Cathiya machnęła ręką; chciała usiąść, ale książę kazał jej leżeć – Nie takich jak oni pokonywałam w swoim życiu.
–    Na ostrzu była trucizna – powiedział cicho Mahrid.
–    Żadna trucizna! – Cathiya prychnęła lekceważąco – Mogła wywołać co najwyżej lekką niedyspozycję. Powtarzam: chcieli mnie raczej przestraszyć niż zabić. A ten gwardzista… miał pecha, że na mnie trafił. A teraz wybacz, panie… chciałabym odpocząć.

Ledwie tylko drzwi zamknęły się za lordem namiestnikiem, Arlene kazała wpuścić do swojej sypialni człowieka, który czekał w sąsiedniej komnacie.
–    Naprawdę nic ci nie jest? – Gabriel siedział na skraju jej łoża; wygląda, pomyślała, na śmiertelnie przerażonego, choć na razie chyba tylko dwie osoby, ja i Ahrien, zdajemy sobie sprawę z politycznych konsekwencji tego, co sie stało.
–    Nic – odparła – Nic, naprawdę. Żaden z nich nie był zbyt dobrym szermierzem.
–    Jesteś ranna – powiedział z uporem.
–    Widocznie zbyt dużo zapomniałam z lekcji, które dawaliście mi ty i Audran – odparowała.
Przez chwilę milczeli oboje; promień zimowego słońca wędrował po kamiennej podłodze;
–    Arlene? – zapytał cicho – Co to znaczy? To, co się stało? Co będzie dalej?
–    Nałożyłam mu koronę – wyszeptała – Uczyniłam go namiestnikiem. Jestem… zastępczynią królowej; ten zamach…
–    … to królobójstwo – dokończył Gabriel – a za to idzie się na śmierć.
–    Pośle ją na śmierć? – zapytał, kiedy Cathiya nie odpowiadała.
Wyciągnęła rękę i łagodnie odsunęła kosmyk włosów z jego czoła.
–    Nie ma wyjścia – powiedziała cicho, z zawziętością w głosie – Tak jak z próbą korony… sam siebie wpędził w pułapkę. Musi zostać namiestnikiem… i musi skazać tę kobietę.
–    Będzie dobrym namiestnikiem? – zapytał.
–    Nie tak dobrym, jak byłby Audran… ale tak, tak sądzę- odparła.
Nie tak dobrym, jak Audran… nie tak dobrym, jak ty, pomyślał, patrząc na srebrną obręcz, leżącą na stoliku przy jej łożu.
Jakby słysząc jego myśli, Arlene Cathiya szepnęła:
–    Nie tak dobrym, jak byłbyś ty.
– Więc pani Daeshtiany umrze? – zapytał.
Uśmiechnęła się, ironicznie… i okrutnie, pomyślał, pamiętam ten uśmiech.
– Z rąk swoich… jak Audran – szepnęła.
Milczeli oboje; słychać było tylko wiatr w konarach drzew za oknem. Gabriel myślał o namiestniku w koronie królów na głowie, o nieobecnej królowej i o tym, że zawsze – prędzej czy później – namiestnicy zaczynają zastanawiać się nad tym, o ile lepiej mieć na głowie koronę władcy. Spojrzał na nią i przypomniał sobie tę srebną obręcz, leżącą na jej czarnych włosach.
– Wierzyłaś, że przejdzie tę próbę? – zapytał; w napięciu, jakie usłyszała w jego głosie, kryło się zupełnie inne pytanie, pytanie, którego nie ośmieliłby się zadać głośno.
– Och, mój drogi – powiedziała Arlene Cathiya z pobłażliwą ironią, odpowiadając na to niezadane pytanie – ja nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. I myślę, że akurat ty wiesz, dlaczego.

Dopóki nie urodziła, zamknięto ją w komnatach; tej samej nocy, kiedy przyszły na świat bliźniaki, oddano je mamce, a ją przeniesiono do baszty Tropicieli, do piwnicznych pomieszczeń z niskim, wąskim okienkiem.
Esmit, jej córeczkę, dano na wychowanie Siostrom Strażniczkom; lady Cathiya jako opiekunka małej miała wyruszyć z nią do stolicy; jej syn Audran miał być wojownikiem; lord Mahrid zabierał ze sobą Gabriela Lowry, by mu powierzyć chłopaka, kiedy tylko podrośnie.
Mijały dni wczesnej wiosny, zmieniał się księżyc i zakwitały pierwsze kwiaty, a pergaminowa karta na stole lorda wciąż czekała na jego podpis. I codziennie, od rana do nocy, Lord Namiestnik krążył po kamiennych płytach podwórca, szukając w sobie sił, by ją podpisać. W drugim dniu po wiosennej pełni, kiedy kwitła tarnina na wzgórzach, przeszedł przez podwórzec i niemal biegiem wpadł do sali tronowej, wołając o pióro i atrament.
Miała umrzeć w hańbie, postanowił, ale bez cierpień, powieszona, a nie na torturach. On sam wyjechał do stolicy tego samego dnia, nie czekając na wykonanie wyroku, który podpisał. Świetny był orszak Lorda Namiestnika: gwardia rodowa i wojska Lorda Szambelana w wesołych aediańskich barwach, wysłannicy rodu Diraenich, duchowni i służba, damy w kosztownych sukniach i trębacze, obity aksamitem powóz, w którym jechała lady Tharsa, mamka książęcych dzieci; eskortował ją niewielki oddział gwardii królewskiej, dowodzony przez wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu, szarookiego i ciemnowłosego; lady Tharsie dotrzymywała towarzystwa kobieta w czerni, ze srebrną opaską na głowie. Wiatr wiejący od morza targał królewskimi sztandarami. Kiedy odjeżdżali, w huku bębnów, grzmocie dzwonów, ryku trąb, żadne z nich nie obejrzało się ku samotnej wieży Tropicieli; na podwórcu kilku cieśli stukało młotkami, wznosząc jakąś drewnianą budowlę.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s