Co to jest “Romans o Aleksandrze|

W ramach wstępu do wyzwania pozwalam sobie skopiować tu notkę z mojego drugiego bloga – odrobinę wprowadzenia dla niezorientowanych, innymi słowy.

 


 

Co to jest Romans o Aleksandrze
… i za co go kocham.

 

Aleksander bada dno morza; ilustracja z manuskryptu,
XV w.; British Library

 

Pozwólcie, że się powtórzę i powiem to, co już powiedziałam w paru miejscach: w ramach wyzwania czytelniczego na rok 2015 postanowiłam przeczytać 52 różne teksty ?Romansu o Aleksandrze? (lub wersje legendy Aleksandra Wielkiego, będące częścią innego dzieła, typu średniowieczna kronika, albo inne teksty o Aleksandrze, typu poematy?).

W zabawę zaczęłam się bawić na fejsbuku (ale będą też tutaj), po czym wypłynęła kwestia, czym jest tak w zasadzie Romans o Aleksandrze.

Jak zapewne wiedzą stali czytelnicy tego bloga, nader często, zanim zacznę o czymś pisać, zarzekam się tutaj, że nie jestem specjalistką i i się nie znam. No tutaj akurat nie mogę: właśnie wlazłam na swój ukochany temat naukowy. W związku z czym, oczywiście, mam problem: jak, do cholery, napisać tę notkę bez przypisów i bez co najmniej 40 000 znaków do dyspozycji. Znaczy, mam nadzieję, że mi wszyscy wybaczą, że upraszczam.

No to spróbujmy, byle krótko.

Wczesnym latem roku 323 p.n.e. w Babilonie, z bliżej nieznanych przyczyn, nad którymi debatują do dzisiaj historycy, umarł Aleksander syn Filipa, król Macedonii, faraon Egiptu i król królów. Którego, notabene, nikt jeszcze wtedy nie nazywał “Wielkim” (dzięki Wam, Rzymianie, za ten przydomek).

O historycznym Aleksandrze wiemy jednocześnie sporo i paradoksalnie – bardzo niewiele. Historycy nie mając w zasadzie z byt wiele materiału z czasów samego króla, badają jego sukcesy militarne, strategię, metodę na wygrywanie kolejnych bitew, spierają się o detale jego dojścia do władzy czy o specyfikę monarchii w Macedonii i przede wszystkim kłócą się o całościową ocenę działalności Aleksandra jako władcy (od absolutnego entuzjazmu W. Tarna po miażdżącą krytykę Briana Boswortha).

O niczym z tych rzeczy nie będziemy tutaj mówić. Bo też niespecjalnie akurat tu i teraz nas historyczny Aleksander interesuje.

Nasz – mój i Wasz, drodzy czytelnicy, którym się chce to czytać – Aleksander to Aleksander z mitu. Z legendy. Z opowieści, w której znajdziemy dziwaczne przemieszanie faktów i historii z najbarwniejszymi, najbardziej niezwykłymi fantazjami.

Olimpias i Nektanebo w postaci smoka;
Vincent de Beauvais, Miroir Histoire (Speculum Historiale),
Francja, ok. 1370-1380)

?

Powiedzmy sobie tak: w roku 323 p.n.e. umiera Aleksander. Na około III w. n.e. możemy datować najwcześniejszy wariant Romansu.  Gdzieś między tymi datami – wielu badaczy twierdzi, a ja się z nimi zgadzam, że raczej wcześniej niż później – ukształtowała się grupa legend, mitów i opowieści o niezwykłych czynach króla; luźno zahaczona o fakty historyczne, ale nader śmiało sobie z nimi poczynająca. Aleksander bywał w nich (przynajmniej nominalnie) synem Filipa i królem Macedonii, zdobywcą Persji, mężem Roksany, ale poza tym zdarzało mu się rozmawiać z Sokratesem, podpadać Szatanowi, sypiać z tabunami lokalnych księżniczek (w zależności od tego, kto akurat potrzebował potwierdzić swoje pochodzenie od Aleksandra), wędrować na koniec świata, gdzie rosną drzewa Słońca i Księżyca. Zdarzało mu się takoż zamykać orków Ludy Nieczyste za Czarną Bramą Wrotami Aleksandra na końcu świata (jak się zacznie Apokalipsa, to wylezą). Karmić złośliwe smoki baranem napchanym siarką (I kid you not, zajrzyjcie do linku na stronę 277). Lądować na wielorybie w przekonaniu, że to wyspa. Żenić się z czarodziejkami, być chrześcijaninem (katolikiem bądź prawosławnym) albo muzułmaninem, albo władcą Rzymu, latać w kosmos – no, przynajmniej dość wysoko w atmosferę, żeby mógł zobaczyć całą ziemię z góry, walczyć z potworami – albo, na przykład, obozować nad brzegami rzeki, która nie płynie w szabas, bo w szabas Bóg kazał odpoczywać. Wiecie, mogłabym tak wyliczać dalej.

Aleksander i jego maszyna latająca.
La Vraye Histoire du Bon Roy Alixandre
, XV w.
?

 Cały ten olbrzymi materiał na pewnym etapie z jednej strony zaczął być gromadzony, z drugiej – wybierano z niego kawałki, że się wyrażę, do bieżącego użytku, Tak rodziły się dwie ogromne grupy tekstów.

Z jednej strony mamy bowiem legendy o Aleksandrze, które pojawiają się wplecione w dzieła zasadniczo samego Aleksandra niekoniecznie dotyczące. O, na przykład pod koniec I w. n.e. Józef Flawiusz, opisując mityczne i historyczne (no, powiedzmy) dzieje Izraela wplótł w swoją narrację historię o tym, jak to Aleksander okazał się wybranym przez Boga dobrym królem dla narodu żydowskiego. Anegdoty, opowieści, umoralniające (albo i nie) historyjki o Aleksandrze – a każda z nich niekoniecznie prawdziwa – pojawiały się w mnóstwie dzieł o bardzo różnym charakterze (legendy o Aleksandrze, tak dla przykładu, mamy w Talmudzie; i w Koranie; i w Kronice Kadłubka, żeby wybrać trzy przykłady z tysięcy); zaczęło się w starożytności, ale bynajmniej na niej się nie skończyło.

Jednocześnie (a może trochę później) kształtowała się tradycja Romansu o Aleksandrze – prozatorskich (głównie) opowieści o dziejach młodego, dzielnego i szlachetnego króla, który jest wybrańcem bogów, podbija świat, szuka mądrości i w końcu zostaje otruty przez wrogów i opłakany przez wszystkich; przypisywano ten tekst historykowi z dworu Aleksandra, Kallistenesowi (niesłusznie z miliona powodów), stąd też jako pseudo-Kallistenesa określa się często jego autora. Zachowane trzeciowieczne wersje greckie stały się podstawą licznych przekładów. Z nich dla zachodniej kultury szczególne znaczenie miało dokonane w X wieku przez biskupa Leona z Neapolu tłumaczenie łacińskie: stało się ono bowiem podstawą licznych wersji lokalnych, powstałych w językach wernakularnych. Staroangielskie. Staro- (i nie tylko) francuskie. Rozliczne niemieckie, w rozmaitych wariantach języka. Czeskie. Polskie. Islandzką Sagę o Aleksandrze. Włoskie, rosyjskie, węgierskie, gdzie nie zajrzycie w Europie, znajdziecie warianty Romansu.

A to przecież tylko Zachód. Jednocześnie kształtuje się ogromna, może i większa tradycja orientalna Romansu. Przez przekłady syryjskie, a po nich arabskie, Romans rozprzestrzenia się po świecie orientalnym: i tam, gdzie Aleksander dotarł, i tam, gdzie go nigdy nie widziano. Mamy teksty arabskie. Armeńskie (bardzo ważny, bardzo szczegółowy!). Mamy wersję malajską, wersję mongolską, o indyjskich nie wspominając; mamy materiały z całego świata.

Mamy tekst, który żyje; nawet jeżeli dzisiaj już mało kto go czyta, to wzięte zeń motywy i wątki wędrują do dzisiaj – via tradycja ustna, via opowieści średniowieczne, via literatura awanturnicza i jarmarczna, która z nich czerpała – po literaturze i kulturze świata. Sam tekst też żyje: są takie tereny, na przykład w Afganistanie, gdzie Romans nadal krąży w lokalnej ustnej tradycji.

Aleksander i Blemmyae, ludzie z twarzami na piersi.
British Library (Royal Mss)

Tak, sporo z tych wersji to nie jest jakaś olśniewająco genialna literatura; wiele z nich to krótkie, nierozwinięte “streszczenia” tekstu. Głębi takiej na przykład opowieści o Tristanie i Izoldzie (niekoniecznie mam tu przy tym na myśli opracowanie Bédiera, raczej średniowieczne teksty w tej postaci, w jakiej przetrwały do dzisiaj) raczej nie osiąga. Nie zmienia to jednak faktu, że to są naprawdę, naprawdę fantastyczne historie, bardzo warte przypomnienia i przeczytania.

Ba, co tam fantastyczne! One nawet groźne mogą być! Sami popatrzcie:

Wszedłzy raz do apteczki, gdziem według starodawnego zwyczaju co dzień przed obiadem, a czasem i dwa razy chodził, gdym po wódce pierniczków cukrowych szukał, znalazłem w kącie historią o Aleksandrze Wielkim. Zadziwiony, że się mogła w języku polskim znaleźć insza jaka księga oprócz nabożnych, wziąłem ją i zaniósł do stancji z mocnym przedsięwzięciem, że ją będę czytał; jakoż tegoż samego dnia przeczytałem pół karty.
Dziwiły mnie niesłychane awantury, gdy się w morze spuszczał i na wózku gryfami zaprzężonym bujał po powietrzu; przecież przyznać się muszę, iż srogi gwałt czynić obie musiałem, żeby zaczętego dzieła dokończyć. Jużem był doszedł rozdziału dwudziestego, a przeto znajdowałem się na połowie heroicznej pracy mojej, gdy wszedłszy do mnie pewien często goszczący w domu naszym zakonnik a wziąwszy mi z rąk książkę, skoro kilka periodów przeczytał, zgromił mnie straszliwie, iżem śmiał czytać książkę pogańską i framasońską. Przestraszony takimi słowy, odniosłem księgę do apteczki, a matka, informowana o jej złości, kazała ją spalić.

(Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki, jakby kto pytał).

PS. Notki o kolejnych wersjach czytanych przeze mnie w ramach wyzwania będzie można znaleźć na blogu z grafomanią.

P. PS. Ja już kiedyś o Aleksandrze pisałam.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s