Różyczka urocza o złotych warkoczach

Bajka ‘napisana’ do zbioru dla rodzinnych dzieciaków, przetwarzająca grecki wariant baśni typu T-310 wg Aarne-Thompsona (znaczy się, Roszpunka w wersji greckiej w wersji mojej).

 

* * *

Było sobie kiedyś królestwo, a w nim – król i królowa. Mieli pałac na wzgórzu nad rzeką, stajnie, sześć pięknych koni i jednego ukochanego syna, Febusa.

Jechał sobie pewnego dnia książę Febus drogą wzdłuż rzeki. Spieszył się, by zdążyć do domu przed wieczorem; jego ojciec i matka na pewno już na niego czekali. Ulubiony koń księcia, Piorun, szedł wolno, zmęczony całodzienną jazdą.

– Pewnie chce ci się pić, biedaku – powiedział książę do konika. Spojrzał na wodę : była wczesna wiosna i rzeka płynęła szeroko rozlana i wzburzona; woda wydawała się spieniona i błotnista.

– To się nie uda – mruknął książę – Musimy pojechać dalej i poszukać jakiegoś strumyka, który wpada do tej rzeki.

Ujechali jeszcze trochę i rzeczywiście dojrzeli niewielki strumień. Książę zeskoczył z konia i podprowadził go w kierunku wody; Piorun jednak szedł niechętnie i najwyraźniej coś mu się nie podobało. W strumyku stał bowiem wielki, ciężki kocioł – a koń księcia nie miał najmniejszej ochoty się do niego zbliżać.

– A co to za dziwactwo? – pomyślał książę – Nie może być tak, że przez jakiś głupi kocioł biedny Piorun nie może się napić wody!

Rozeźlony, książę Febus z całych sił kopnął kocioł. Choć ten był duży i wydawał się mocno stać, przewrócił się i do wody wylał się z niego ciemny, pachnący ziemią i ziołami płyn.

Nagle nie wiadomo skąd wyskoczyła stara kobieta w potarganej, czarnej sukience i jak nie wrzaśnie na Febusa:

– Ty niedojdo! Ty paskudo! Sześć lat zbierałam składniki na ten napój magiczny, dwa tygodnie go warzyłam, a tyś o tak, kopnął w mój kocioł! Cała robota na nic! Nawet nie wiesz, jak bardzo, bardzo potrzebowałam tej mikstury!

– Ale… – zaczął książę Febus, jednak nie udało mu się skończyć.

– Ja ci dam „ale”! – krzyknęła wiedźma – Popamiętasz mnie jeszcze, ty wstrętny niszczycielu!

Zanurzyła dłonie w wodzie i zaczęła mruczeć coś do siebie. Nagle chlapnęła na Febusa wodą i wykrzyknęła:

– Jak ja pragnęłam mojej mikstury, tak i ty będziesz pragnął! Pamiętaj: Antusa Ksantusa Chrysomalusa będzie zawsze w twoich myślach i będziesz jej szukać, szukać, póki nie oszalejesz, bo nigdy jej nie znajdziesz!

Febusowi zakręciło się w głowie; zapomniał o domu, o rodzicach i królestwie; cały czas tylko dzwoniły mu w uszach tajemnicze, niezrozumiałe słowa: Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa, Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa, Antusa, Ksantusa, Chrysomalusa.

Potrząsnął głową. Wiedźma zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu i nikt nie mógł powiedzieć Febusowi, co oznaczają te dziwne słowa. Nie mógł się ich pozbyć i czuł, jak z każdą minutą chęć dowiedzenia się, o co chodzi i co to wszystko znaczy, staje się silniejsza.

Jak we śnie wsiadł na konia i ruszył przed siebie. I byłby się książę Febus zgubił i nigdy nie trafił do domu, gdyby wierny koń Piorun nie znał drogi i nie zaniósł swego pana do pałacu jego ojca i matki. Zdumieli się król i królowa na widok syna: książę patrzył na nich błędnym wzrokiem, jasne włosy miał potargane, a twarz pobladłą.

– Mamo? Tato? – zapytał – Czy wiecie, co znaczy Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa?

Król i królowa tylko pokręcili głowami.

Przez trzy dni książę Febus nie jadł i nie spał, tylko wypytywał dworzan i doradców, generałów i kucharzy. Nikt nie wiedział, co znaczą tajemnicze słowa. W końcu książę Febus wsiadł na konia i pojechał do niewielkiej wioski, gdzie mieszkał jego dawny nauczyciel.

Stary mistrz przyjął swojego ucznia z uśmiechem, usadził w ogrodzie i zapytał, co go sprowadza.

– W czasach szkolnych nie paliłeś się do nauki – spytał – Rozumiem, że tym razem chodzi o coś naprawdę ważnego?

– Mistrzu – powiedział Febus – Czy wiesz, co znaczy Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa?

Mistrz pokiwał głową, pomyślał przez chwilę, a potem pokuśtykał do swego domu; wyszedł po chwili, niosąc jakąś grubą księgę. Przeglądał ją przez chwilę, a potem spojrzał na Febusa i powiedział:

– Już wiem! Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa to imię. Imię dziewczyny, wypowiedziane w języku, w jakim mówiono tu dawno temu. Znaczy ono „Różyczka urocza o złotych warkoczach” – i to kogoś takiego, mój książę, szukasz!

– A gdzie jej szukać? – zapytał szybko Febus, już-już łudząc się nadzieją, że zaraz się dowie i że będzie mógł wyruszyć na poszukiwanie tajemniczej nieznajomej.

– A tego nie wiem, chłopcze – odparł nauczyciel – Sam będziesz musiał ją odnaleźć.

Cóż było robić? Osiodłał książę ulubionego konika i ruszył w daleką podróż, by znaleźć Różyczkę. Nie dosypiał i nie dojadał, nie myślał o domu ani o rodzicach: jeździł tylko od wioski do wioski, od domu do domu i wszystkich po kolei pytał, czy wiedzą, gdzie mieszka Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa. Na próżno jednak się dopytywał, na próżno szukał: nikt nigdy nie słyszał o tajemniczej dziewczynie i nie znał jej dziwnego imienia.

 

 

Książę Febus dowiedziałby się od razu, gdzie szukać Różyczki, gdyby tylko zapytał wiedźmę znad rzeki – no chyba, że wiedźma nie zechciałaby odpowiedzieć na jego pytanie. Ona akurat wiedziała dokładnie, gdzie mieszka Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa – dziewczyna mieszkała bowiem w zaklętym domu jej siostry, Mormo.

Było to tak: wiele lat wcześniej czarownica Mormo podsłuchała rozmowę dwóch wron i dowiedziała się, że w mieście za dwiema górami jest królowa, która, choć bardzo tego pragnie, nie może mieć dzieci. Mormo natychmiast zabrała swoje magiczne maści i napoje, wsiadła na dzikiego niedźwiedzia, którego używała zamiast rumaka, i pojechała za góry, do domu królowej.

– Mogę ci pomóc – powiedziała przymilnie, kiedy tylko znalazła się przed obliczem władczyni; wcześniej stanęła przed magicznym zwierciadłem i tak długo czarowała, aż przyjęła postać miłej, siwowłosej babuleńki – Napijesz się mojej mikstury i raz-dwa urodzisz śliczną córeczkę, z włosami jak słońce a oczyma jak niebo w letni dzień.

– Och, dziękuję! – zawołała królowa – jak ja ci się odwdzięczę?!

– Nic się nie martw, nic się nie martw, moja droga – zaćwierkała wiedźma – Jak będę czegoś potrzebować, to się przypomnę, nic się nie przejmuj.

I rzeczywiście: nie minął rok, a królowa urodziła małą dziewczynkę o złotych włosach i błękitnych oczach, którą nazwała Różyczka. Wszyscy mieszkańcy pokochali swoją królewnę – zwłaszcza że kiedy dziewczynka podrosła, okazała się nie tylko śliczna, ale także miła i pogodna, pełna życzliwości dla wszystkich dookoła, tak ludzi, jak zwierząt. I byłaby pewnie Różyczka została w przyszłości ukochaną królową swojej ziemi, gdyby nie to, co zdarzyło się w jej szóste urodziny.

W dniu, w którym kończyła sześć lat, Różyczka zerwała się wcześnie rano, żeby wybiec do ogrodu i obejrzeć wschód słońca. Nikt nie widział, jak wymknęła się z zamku – po raz ostatni, bo nigdy już do niego nie wróciła.

Kiedy Różyczka czekała w ogrodzie, aż słońce wzejdzie i rozświetli świat dookoła, zobaczyła nagle bardzo dziwny widok: drogą przy zamku jechała kobieta na kudłatym czarnym niedźwiedziu. Kiedy tylko zobaczyła Różyczkę, zawołała do niej:

– Dziecko! Hej, dziewczynko! Widzę, że stoisz tuż obok fontanny! Podaj mi, proszę, trochę wody, bo bardzo chce mi się pić!

Różyczka wiedziała, że nie powinna rozmawiać z nieznajomymi, ale zrobiło się jej żal podróżniczki. Sięgnęła po stojący przy fontannie kubek, napełniła go wodą i podeszła, lekko przestraszona, do kobiety i niedźwiedzia.

– Proszę bardzo, pij na zdrowie – powiedziała, podając kobiecie kubek.

Mormo – bo to oczywiście ona była podróżniczką na dziwnym rumaku – wymamrotała pod nosem zaklęcie.

– Dobre z ciebie dziecko, dziękuję – powiedziała i pocałowała dziewczynkę w czoło.

Odtąd Różyczka zapomniała o zamku i o matce i o swoim mieście: na rozkaz Mormo wsiadła wraz z nią na niedźwiedzia i pojechała do jej domu w ciemnej, cienistej dolinie.

Mormo nadała jej nowe imię – Antusa-Ksantusa-Chrysomalusa – i nakazała jej zamieszkać na najwyższym piętrze wysokiej wieży. Nie wiodły do niej ani jedne drzwi: pokój Różyczki miał tylko jedno okno, z którego rozciągał się widok na całą dolinę.

Różyczka-Antusa opiekowała się domem Mormo, gotowała jej posiłki i siekała składniki do magicznych eliksirów. Jej ulubionym jednak zajęciem było przędzenie i tkanie: nici, jakie uprzędła, były gładkie i mocne, a zrobione z nich tkaniny zachwycały delikatnością i pięknem. Niewiele rozrywek miała w wieży Antusa: mogła rozmawiać z magicznymi przedmiotami, których pełno było na półkach, tkać swoje cudowne gobeliny albo tęsknym spojrzeniem wpatrywać się w świat za oknem i rozmyślać: jak to wszystko wygląda tam, na dole?

Do górskiej doliny, w której mieszkała, niełatwo było trafić. Febus nigdy by nie znalazł drogi, gdyby nie poszedł za lisem, którego zauważył w drodze. Gdy zauważył, że zwierzę znika między kamieniami i głazami, które wydawały się tworzyć nieprzeniknioną ścianę, zsiadł z konia i poszedł za nim, prowadząc Pioruna ze sobą. Ku swemu zdumieniu zobaczył, że między kamieniami prowadzi ścieżka, schodząca w dół i znikająca w ciemnej, głębokiej dolinie.

– Zaczekaj tu, przyjacielu – powiedział Febus do Pioruna i pieszo ruszył w dalszą drogę. Z daleka już widział wieżę z szarego kamienia – ale poza nią, nie było w tym miejscu żadnych śladów ludzkiej obecności. Książę zastanawiał się, cóż to za dziwne miejsce, kiedy usłyszał za sobą kroki jakiegoś stworzenia.

Szybko wskoczył między kamienie i krzewy i tam się ukrył. Ledwie chwilę potem zza zakrętu na ścieżce wynurzył się niedźwiedź, a na nim – kobieta z potarganymi czarnymi włosami, w podartej, poszarzałej sukni. Dziwna para podjechała pod samą wieżę, a wtedy kobieta zawołała:

– Moja Antuso! Moja Ksantuso-Chrysomaluso, jestem już w domu!

Zamachała rękami i nagle zamieniła się w czarną wronę. Zakrakała wrona i wniosła się w górę, a wtedy okienko na szczycie otworzyło się i wyjrzała przez nie najpiękniejsza dziewczyna, jaką Febus widział w swoim życiu. Jej długie warkocze lśniły jak słońce w pogodny dzień, a uśmiech rozświetlał jej błękitne oczy i piękną twarz.

– Okno już otwarte, droga ciociu! – zawołała dziewczyna.

Febus przyglądał się jej, ukryty między głazami; zrozumiał nagle, że znalazł to, czego szukał, ale też pojął, że nie będzie mógł odejść z tej doliny bez Różyczki; zachwycił się nią bowiem od pierwszego wejrzenia.

 

Ukryty w lesie, poczekał, aż czarownica, znowu w postaci wrony, wyfrunie przez okno, wywoła z lasu niedźwiedzia i pojedzie gdzieś daleko, po czym stanął pod wieżą i zawołał:

– Moja Antuso! Moja Ksantuso-Chrysomaluso, przychodzę w gości!

Otwarło się okienko w wysokiej wieży i wychyliła się przez nie prześliczna dziewczyna.

– A kim ty jesteś? – zapytała, widząc nieznajomego.

– Twoim… twoim kuzynem – skłamał Febus.

– A nieprawda – powiedziała dziewczyna – Bo ja żadnych kuzynów nie mam; nawet nie wiem, co to takiego. Ciocię mam tylko na świecie i nikogo poza nią. Zmykaj stąd, kłamczuchu, i nie zawracaj mi głowy.

I już-już miała zamknąć okno, kiedy Febus zawołał:

– Nie uciekaj! Proszę! Pół świata zjechałem, żeby cię poznać! Skłamałem i za to przepraszam, ale teraz proszę, porozmawiaj ze mną!

Różyczce nudziło się samej w wieży, a do tej pory nie znała nikogo poza wiedźmą Mormo; miała wielką ochotę porozmawiać z tajemniczym przybyszem. Wychyliła się z okna i zapytała:

– No dobrze. To kim jesteś naprawdę i co tu robisz?

Febus i Różyczka spędzili cały dzień na rozmowie i opowieściach o świecie poza doliną. Kiedy książę usłyszał kroki niedźwiedzia Mormo, schował się wśród skał. Spędził tam noc, a rankiem, kiedy czarownica odjechała, zawołał do Różyczki:

– Jesteś tam? Co robisz?

Różyczka wychyliła się z okna; w obu rękach trzymała srebrne sznury.

– Łap! – zawołała i wyrzuciła sznury przez okno. Dopiero wtedy Febus dostrzegł, że to nie sznury, a sznurowa drabinka, starannie upleciona z błyszczących srebrnych nitek.

– Wymyśliłam to wieczorem! – powiedziała z dumą Różyczka – i robiłam przez całą noc, specjalnie dla ciebie!

Po drabinie wszedł książę Febus do wnętrza, rozsiadł się w fotelu; rozmawiając z Różyczką, rozglądał się z zaciekawieniem po pełnej magicznym przedmiotów wieży. Rozmawiali długo… i od słowa do słowa, Różyczka zdecydowała się uciec od Mormo.

– Moja ciotka wyjechała na trzy dni – wyjaśniła – Musimy uciec już dziś, ale wcześniej…

Różyczka zerwała się ze swego miejsca i podeszła do oliwnej lampki, stojącej na stoliku.

– Lampo, lampeczko – powiedziała – Obiecaj mi, proszę, że nie powiesz Mormo, jak i z kim uciekłam!

Zabłysnęła lampka jasnym światłem.

– Nie zdradzę cię wiedźmie! – odpowiedziała.

Jeden po drugim obeszła Różyczka wszystkie sprzęty, prosząc je o pomoc, a one obiecały, że nic nie powiedzą Mormo. Następnie Różyczka włożyła do torby swoje nici, igły i nożyce, a po chwili dorzuciła jeszcze szczotkę, grzebień i lusterko.

– Chodźmy – powiedziała do Febusa i jako pierwsza zaczęła schodzić po chybotliwej sznurowej drabinie.

Ani ona, ani Febus nie pomyśleli, że kiedy rozmawiali ze sprzętami z domu Mormo, zapomnieli o rynnie, którą z dachu ściekała woda. Rynna czuła się bardzo, ale to bardzo urażona z tego powodu…

Febus i Różyczka zeszli z wieży, przemierzyli dolinę i nad rzeczką znaleźli czekającego Pioruna. Wskoczyli razem na konika i pognali hen, przed siebie.

Los chciał jednak, że wiedźma Mormo wróciła do domu szybciej, niż planowała. Jakże się rozgniewała, kiedy nie zastała w wieży swojej Antusy!

– Gdzie ona jest?! – wrzasnęła – Ej, kubki, łyżki, firanki, dzbanuszki! Gadać mi tu zaraz, bo was porozbijam na podłodze albo powyrzucam przez okno!

Ale sprzęty, które obiecały Różyczce, że jej nie zdradzą, milczały, choć Mormo wściekała się i groziła. Rozeźlona czarownica wychyliła się z okna – a wtedy nagle rynna rozdarła się jak hałaśliwe ptaszysko.

– Ja! Ja! Ja wiem, gdzie ona poszła – i z kim! Ja! Ja!

Gdy tylko Mormo usłyszała, co się stało, zmieniła się w wronę, sfrunęła z wieży i zastanowiła się przez chwilę, jak najlepiej zorganizować pościg. Szybciej by było, gdyby poleciała, ale Mormo umiała zamieniać się w wronę tylko na bardzo krótki czas. Zawołała więc swego niedźwiedzia (który nie wyglądał na specjalnie zadowolonego) i krzycząc „Pędź! Pędź!” wskoczyła na jego grzbiet, by rzucić się w pogoń za uciekinierami.

 

Niedźwiedź czarownicy pędził dużo szybciej niż koń Febusa i Różyczki: wkrótce czarownica zobaczyła uciekinierów.

– Mam was! – zawołała – Zaraz was dopadnę, a mój niedźwiedź rozszarpie cię na strzępy, złodzieju!

– Ale… – zaprotestował niedźwiedź, Mormo jednak nie obchodziło, co miał do powiedzenia.

– Szybko, Febusie! – krzyknęła wtedy Różyczka – wyjmij z mojej torby grzebień i rzuć go za siebie!

Rzucił książę grzebień i patrzy, a tu z grzebienia góra wyrasta, stroma i kamienista, i zagradza drogę czarownicy, a on i Różyczka na wiernym Piorunie pędzą dalej.
Z trudem bo z trudem, ale wspięła się w końcu Mormo na górę, a potem z niej zjechała – i jak nie pogna w pogoń za zbiegami! Już ich zobaczyła, już pędzi za nimi i dogania!

– Febusie, prędko! – zawołała Różyczka – Podaj mi szczotkę!

Wzięła Różyczka szczotkę i rzuciła za siebie. Spojrzał Febus i oczom nie wierzy: ze szczotki las wyrasta, gęsty i nieprzebyty, pełen ciernistych zarośli, i zagradza drogę czarownicy. Zaplątała się Mormo w gałęzie głogów i pędy jeżyn, a Febus i Różyczka na wiernym Piorunie pędzą dalej.

Z trudem i złością wyplątała się w końcu Mormo z kłujących gałęzi, pokłutego kolcami niedźwiedzia za ucho wyciągnęła – i jak się nie zerwie, jak nie popędzi za uciekinierami!

Zobaczył ją Febus, gnającą na rozwścieczonym niedźwiedziu i wystraszył się; a Różyczka sięgnęła po torbę i wyjęła z niej lusterko. Zamachnęła się i rzuciła je za siebie. Patrzy Febus, a tu z lusterka rzeka wypływa, burzliwa i szeroka, spieniona od deszczu – a mostu nie widać…

– Wskakuj do wody, no już! – krzyknęła Mormo do niedźwiedzia.

– Ani mi się śni! Mam cię dość! – warknął niedźwiedź, zrzucił wiedźmę ze swego grzbietu i pocwałował w kierunku najbliższego lasu. Sama została Mormo na brzegu, patrząc na odjeżdżającą Różyczkę.

– Antuso, Antuso! – zawołała – Jeszcze ty do mnie wrócisz! On zapomni o tobie i zostawi cię samą! Zobaczysz! Raz pocałuje matkę i zapomni o tobie!

Ale dziewczyna nie słuchała i wkrótce ona, Febus i koń Piorun zniknęli po drugiej stronie rzeki.

Mormo poszła więc do domu swojej siostry, bo wiedziała, że ma ona cudowny magiczny przedmiot: zaklęte zwierciadło, które wie wszystko. Zapytała zwierciadło o dom księcia, z którym uciekła jej wychowanka, i dowiedziała się, jak on się nazywa i gdzie mieszkają jego rodzice. Już następnego dnia była pod pałacem i czekała, aż królowa, matka Febusa, wyjdzie do ogrodu, żeby jak zwykle zdrzemnąć się pod morwowym drzewem. Skoro królowa zasnęła, Mormo rzuciła na nią zaklęcie: kiedy tylko królowa pocałuje swego syna, ten zapomni o wszystkim, co dotąd kochał.

Tymczasem Febus i Różyczka dotarli do ogrodu, który rozciągał się wokół pałacu jego rodziców, i zatrzymali pod ogromnym, kwitnącym drzewem brzoskwini.

– Zaczekaj tu, kochana – powiedział książę – Odpocznij sobie, a ja szybko pojadę powiedzieć rodzicom o naszym przyjeździe.

Różyczka była bardzo zmęczona, z chęcią więc wyciągnęła się na miękkiej trawie w cieniu drzewa i ani się obejrzała, jak zasnęła.

Febus tymczasem dojechał szybko do pałacu rodziców. Król, jego ojciec, przebywał z wizytą w sąsiednim państwie – w domu była tylko królowa. Ucieszyła się ogromnie na widok jedynego syna; mocno go przytuliła i pocałowała w czoło na powitanie.

Kiedy tylko matka go pocałowała, książę Febus zapomniał o wszystkim, co kochał. Obojętna mu nagle byli ukochani rodzice; nawet się nie zastanowił, czy po długiej podróży konik Piorun nie potrzebuje czasem odpoczynku w stajni i świeżego siana na kolację; no i kompletnie zapomniał, że pod drzewem brzoskwini zostawił czekającą na niego Różyczkę.

 

Różyczkę obudził wieczorny chłód: przespała całe popołudnie pod brzoskwinią! Zmartwiona, gdzie też podziewa się Febus, chwilę jeszcze poczekała, a potem sama ruszyła na jego poszukiwanie.

Była noc, a ona została sama w miejscu, którego nie znała. Z daleka zobaczyła światło i poszła w jego kierunku; przez okno ujrzała swojego księcia i z uśmiechem pobiegła w jego kierunku. Zapukała w okno i Febus otworzył, patrząc na nią ze zdumieniem.

– Kochany, to ja! – zawołała Różyczka – Czekałam na ciebie tak długo, a ty nie przychodziłeś! Postanowiłam cię poszukać i w końcu…

– Przepraszam cię – przerwał jej Febus ze zdumieniem – Ale kim właściwie jesteś? Ja cię nie znam…

W pierwszej chwili Różyczce zachciało się płakać. Chwilę potem jednak zamiast smutku poczuła złość.

– Co ty sobie wyobrażasz?! – zawołała – Jak to mnie nie znasz?!

– No nie znam! – powiedział książę, zmieszany i zdenerwowany – W życiu cię na oczy nie widziałem!

Coś tu jest nie tak, pomyślała Różyczka. On nie udaje, on mnie naprawdę nie zna, a przecież razem uciekliśmy od Mormo… a Mormo przecież zapowiedziała jej, że zostanie sama, że Febus ją opuści…

To jakieś czary, zdecydowała dziewczyna. Nie ma innego wyjścia, to muszą być czary, i to zapewne czary Mormo.

No to zobaczymy, pomyślała Różyczka. Zobaczymy, czyje czary będą silniejsze.

– Czy możesz przynajmniej – zapytała – pozwolić mi przenocować gdzieś w pokojach dla służących? Nie mam gdzie się podziać ani co ze sobą zrobić…

Książę się zgodził i wezwał pokojówkę, która zaprowadziła Różyczkę do pokoju, w którym spała ona sama i dwie inne dziewczyny. Od słowa do słowa, Różyczka dowiedziała się od nich, że pomocnica, która umie tkać, szyć i haftować, bardzo by się im przydała, zwłaszcza że zbliżają się urodziny króla i roboty jest aż za dużo…

Usiadła więc rano Różyczka do pracy z nowymi towarzyszkami. Zaskoczyła je wszystkie tym, jak dużo umiała i jak szybko szła jej praca. Nie tylko one zauważyły: następnego dnia zarządzająca przygotowaniami do urodzin króla ochmistrzyni kazała jej zająć się ozdobieniem obrusa na królewski stół. Różyczka uśmiechnęła się, kiedy usłyszała polecenie – już miała plan, co takiego wyhaftuje na obrusie…

 

Przyszedł w końcu dzień urodzin władcy. Od świtu wielkiej sali jadalnej rozstawiano kosze kwiatów i szykowano stoły. Ten królewski właśnie przykryto nowym, haftowanym obrusem i zaczęto rozstawiać talerze, kiedy do sali wszedł książę Febus.

Od dnia swego powrotu Febus był nieswój. Męczyło go, że nie wszystko pamiętał i miał poczucie, że wśród rzeczy, których nie może sobie przypomnieć, jest coś bardzo, bardzo ważnego. Przestał wyjeżdżać, prawie nie widywał się z rodzicami, nie zaglądał do stajni, gdzie czekał na niego ulubiony koń. Po kolejnej nieprzespanej nocy, nie wiedząc, czym mógłby się zająć, postanowił przynajmniej zobaczyć, jak przebiegają przygotowania do uroczystości.

Wszedł, zapytał strażnika, czy wszystko w porządku, policzył krzesła, obejrzał zastawę na stole i już miał iść, kiedy jego uwagę zwrócił nowy obrus, nakrywający stół. Na co dzień książę raczej by nie przyjrzał się szczegółom, ale… na tym obrusie…. – Febus schylił się i przesunął zasłaniający kawałek haftu talerz – na tym obrusie, zamiast jakichś kwiatków albo innych ozdób, najwyraźniej ktoś wyhaftował… konia!
To mój koń, przypomniał sobie nagle. Mój ulubiony koń, mój przyjaciel. Nazywa się…. Febus zmarszczył brwi… zaraz, jak on się….ach! Przecież! Nazywa się Piorun.

Książę jeszcze raz przyjrzał się Piorunowi i zobaczył, że za koniem wije się wyhaftowana błękitną nicią rzeka, a przy rzece stoi…

– Chatka! – zawołał z triumfem Febus. Pamiętał, jechali kiedyś z Piorunem, było gorąco i zobaczyli nad wodą chatkę, a w tej chatce…

Służący przygotowujący ucztę patrzyli z wielkim zdumieniem, jak książę szedł coraz szybciej wzdłuż stołu, przesuwał talerze, odstawiał na bok wazy i widelce… Oto on, Febus, a obok jakaś stara kobieta. Oto dom jego nauczyciela na wsi. Oto dolina, las i wieża, a w wieży, wysoko w oknie….

– Różyczka – powiedział Febus cicho – Moja Różyczka, moja ukochana. Co ja narobiłem?! Różyczko! Różyczko!!

Febus wypadł z komnaty i popędził, jak najszybciej, do części zamku, w której mieściły się pokoje służących. Otwierał drzwi za drzwiami, zaglądał do środka i z okrzykiem „Różyczko!” biegł dalej. Chciało mu się płakać na myśl, że ją odrzucił i zranił, że odeszła i już jej nigdy nie zobaczy.

– Różyczko! – zawołał jeszcze raz na cały głos, tracąc nadzieję – i wtedy ją zobaczył.

Stała przy schodach, uśmiechnięta.

– A więc jednak mnie pamiętasz? – powiedziała.

Na nic się zdały zaklęcia Mormo – czary Różyczki i jej miłość okazały się silniejsze i Różyczka z Febusem żyli razem długo i szczęśliwie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s