Nocą podróżni

Zanim przyszła wiosna, trzeba było uporządkować miasto.

W szarym, porannym deszczu otwarto bramy; ci, którzy przeżyli, mogli wreszcie wyjść poza mury, pierwszy raz od czterech miesięcy. Tamtego dnia, na progu zimy, zamknięto w mieście trzydzieści tysięcy; nikt nie wiedział, ilu, po zarazie, wyjdzie żywych.

Spieszyłam się do miasta, żeby zobaczyć, czy stara, ślepa kobieta z domu na wzgórzu przeżyła zarazę; czy przeżyła któraś z jej wnuczek.
Nie liczyłam na wiele; ale po cichu miałam nadzieję, że może będą wiedziały; coś, cokolwiek, o moim bracie. Były w końcu – o ile wiedziałam – ostatnimi osobami, które odwiedził.

Tydzień wcześniej, zanim dotarłam do miasta; wieczór, gospoda; przede mną na stole gliniana miska, pełna klusek. Tłok, ludzie wchodzą i wychodzą. Przesuwam się, by zrobić miejsce przy stole. Nowy gość siada obok mnie: jasne włosy, wilgotny płaszcz parujący w gorącym wnętrzu. Młody, pewnie młodszy niż ja. Patrzy na mnie czujnymi, niebieskimi oczami.

Rozmawiamy, sama nie pamiętam o czym; jak zupełnie przypadkowe wydają się na początku te najważniejsze rozmowy. On, o dziwo, do miasta, jak ja; tak, szuka kogoś, ciotecznej siostry, był niedaleko, rodzina prosiła: może się zdoła dowiedzieć coś więcej. Tak, ponoć żyje, ponoć niektórzy przeżyli: rodzina jest prawie pewna. Uśmiecham się.

– Mój brat umarł – mówię – Wiem, na pewno.

Zdejmuję z szyi medalion, pokazuję mu portret, sama nie wiem, czemu. Kondolencje, szybkie i zdawkowe. Schyla głowę i ucieka wzrokiem od mojej twarzy; nie wie, co powiedzieć, za młody jest ewidentnie, żeby tak naprawdę zrozumieć. Kiwam głową; podziękowania, też szybkie i pełne zakłopotania: miejmy to już za sobą, jak najprędzej. Jego szczupłe dłonie, splecione, opierają się o krawędź stołu: wyobrażam sobie, że są ciepłe i silne, mimo pozornej delikatności. Dostaje jedzenie, ale zjada mało, pije tylko wodę. Częstuję go moim winem, odmawia.

Odmawia też przyjścia do mnie na noc, choć nie ma gdzie spać; ale przecież, mówi będzie spał w stajni. Zwierzęta nie do końca to lubią, pomyślę rano: w moim pokoiku nad stajnią słyszę, jak konie tupią i kręcą się niecierpliwie przez całą noc.

Rankiem, przy śniadaniu, siada obok mnie. Nie wygląda na kogoś, kto spał w stajni, ani, po prawdzie, na kogoś, kogo nie stać na wino w gospodzie: jestem pewna (a znam się na tym, dziesięć lat bycia przełożoną garderobianych jaśniepanny robi swoje), że wytłaczaną w kwiaty podszewkę jego płaszcza uszyto z czystego jedwabiu. Reszta stroju też jest z doskonałych materiałów, piękna w kroju, choć chyba zdjęta ze starszego brata: koszula ma idealnej długości rękawy, ale wisi luźno na jego zbyt szczupłych ramionach.

Ze śmiechem mówię, że przez całą noc płoszył moje konie. Tak, potwierdzam, mam powóz, swój własny: jaśniepanna jest hojna dla swoich, użyczy własnych rzeczy w razie czego.
Mój  rozmówca odwraca głowę z niesmakiem, kiedy wpadają podpici królewscy żołnierze. Łapię jego wzrok, uśmiecham się. Przez wrzask żołdaków, pijących zdrowie konsula – jedni za obecnego, inni za byłego, zaraz będzie bijatyka – z trudem słyszę, co do mnie mówi. Coś o podróży. Coś o wygodzie.
– Oczywiście – mówię – Oczywiście, dobrze, też uważam, że to dobry pomysł.

Od tej pory jedziemy razem, on, moja pokojówka, ja. Niewielka torba podróżna, w której są wszystkie jego rzeczy, z łatwością mieści się między moimi pudłami i pakunkami.
– Mój mąż i ja, i nasza służąca – mówię bez zastanowienia w pierwszej gospodzie, w jakiej nocujemy – Będziemy spali w jednej izbie, jedno łóżko dla nas, drugie dla dziewczyny. Zapłacimy – mówię, piorunując go wzrokiem, kiedy sięga po pieniądze, naiwniak – zapłacimy rano, jak będziemy wyjeżdżać. Bagaże wnieść na górę, tylko szybko. Ja i panna teraz zjemy zupę, a mężowi dajcie mięsa i chleba. I wino.
Siadamy, jemy (my obie więcej, on mniej), pijemy (my wino, on nic), idziemy spać. W izbie jedno łóżko małżeńskie, jedno pokojówki. Mój towarzysz rozbiera się po ciemku – jasna plama nagiej skóry na tle zasłoniętych okien, zanim nie naciągnie, niezgrabnie (przez większość życia, myślę, ktoś mu pomagał się ubierać), długiej koszuli. Odchylam kołdrę, robię mu miejsce i kiedy się kładzie, dotykam jego dłoni. Myślałam, że będzie silna i ciepła; jest mocna, ale  zimna, zimna jak lód.
Zimno ci? – pytam niepotrzebnie.
– Opowiem ci coś – szepce.
Pochylam się nad nim i całuję w usta, czując chłód jego warg, chłód bijący od jego jasnej skóry. Jest za chudy jak na swój wzrost, najwyraźniej jest mu bardzo zimno i chyba nie do końca mu się spodobałam.
– Opowiedz – mówię z westchnieniem i odwracam się na plecy.
Zaczyna, a ja go słucham, póki nie usnę, z głową na twardej, wypchanej chyba sianem, nie pierzem, poduszce: słucham zawikłanej, skomplikowanej, ewidentnie i rozkosznie nieprawdziwej opowieści o jakimś jego przyjacielu. Ten przyjaciel miał nauczyciela. Który nie był jego nauczycielem, nie do końca, nie tylko. Który złamał mu serce.
Ta historia ma w tak oczywisty sposób być o nim samym, a on tak bardzo nieporadnie stara się to ukryć, że nie mam nawet serca mu powiedzieć, że przecież widzę dokładnie, o kim mówi.
– Mój przyjaciel nikomu nie ufał, wiesz? Nie bardzo mógł. Miał wrogów.
Ach, myślę sobie. To taka historia. Miałeś wrogów, dziecko, myślę sobie, jakież to romantyczne. Jakież oczywiste.
To było po wojnie – szepcze mi do ucha – wiesz, mój przyjaciel był krewnym dyktatora, i jak go pokonali….
Przestałam wtedy słuchać, już wiedząc, co będzie; usnęłam, ukołysana bajką o politycznych intrygach, morderczych krewnych i rodzinnych nieszczęściach.

I tak jedziemy, ja i pokojówka i on, i co noc w zajeździe słucham kolejnego kawałka jego snów o potędze. Kim on to nie jest w tych fantazjach! Ten przyjaciel, jego alter ego, ma królów, kanclerzy i czarodziejów za wrogów; za dziadka – dawnego konsula, za ojca – obalonego dyktatora; za matkę księżniczkę-brankę, a wróżkę za chrzestną.
– Wiesz – zaczyna jak zawsze; półleży na wznak, oparty na poduszce; ja leżę obok, w mojej za cienkiej koszuli z koronkami i przyglądam się, jak mdłe światło pełni prawie-obrysowuje jego idealny profil – to wszystko było tak: mówiono, że jego matka była czarodziejką…
Aha, myślę sobie, chłopiec czytywał gazety: młoda dyktatorowa, czarne msze i magia na dworze obalonego lata temu tyrana, jakież to było modne trzy sezony temu.
– … ale tak nie było, oczywiście, nie – mówi, a ja po raz pierwszy, nagle, słyszę u niego ślad obcego akcentu – To przecież nie matka była czarownicą. To za chrzestną mu dali nimfę.
– Nimfę.. – mruczę, półsenna, i owijam się mocniej kocem; w gospodzie jest chłodno, a jego ciało jest, jak zawsze, zimne, zimne.
– Tak, nimfę, ale nie taką zwykłą, nie jakąś tam oreadę; nimfa wody podziemnej była jego chrzestną matką.
Urywa, jakby czekał na moją reakcję; przebudzona, staram się wymyślić, co powiedzieć. Z zakamarków pamięci wydobywam – jest noc, środek nocy w obcym miejscu, jadę dowiedzieć się, jak umarł mój brat, jestem taka strasznie sama w łóżku z tym ślicznym, niespełna rozumu małym kłamczuchem – jakąś legendę sprzed lat, coś o herosie, kąpieli w styksach, wodzie podziemnej, życiu po śmierci.
– Twój przyjaciel by nie umarł – usiłuję powiedzieć coś mądrzejszego, ale tak bardzo, bardzo mi się nie chce – Znaczy, nie umarłby, gdyby był umierający, bo jego matka chrzestna…
– Tak, właśnie – mówi cicho i nagle wyciąga rękę, żeby pogładzić mnie po włosach – Prawie tak, właśnie tak. Nie umarł.

Mój mały kłamca, mój towarzysz łoża i podróży, ma swoje narowy i swoje sekrety. Nie lubi żołnierzy króla – odwraca od nich twarz, schyla głowę, kiedy nas mijają. Niewiele je i pije. W portrecik dyktatora (zamaskowany jako obraz ze świętym Damazym w przydrożnej kapliczce) wpatruje się z takim nabożeństwem, że nagle nie mam już wątpliwości, że wierzy w te bajki, które mi opowiada.

Jedziemy, jedziemy. Nocami doszliśmy do historii o przyjacielu i złamanym sercu. Wcześniej wysłuchałam o nieznanej rodzinie, o skazanym ojcu i odebranym dziecku i oderwanej od męża żonie-brance, o chrzestnej matce nigdy nie spotkanej, o tym, jak tęsknił („Nie ja, mój przyjaciel. Ja, powiedziałem?”) za niepoznanymi. O samotności. O mnóstwie, mnóstwie strasznej samotności.
– Mój przyjaciel miał nauczyciela, wiesz? Ale nie tylko nauczyciela: byli przyjaciółmi, naprawdę i z całego serca. Nigdy nie miałem…. nie miał…. innego.
Wiem, co będzie dalej, i nie wiem, czy chcę tego słuchać. Mój brat był guwernerem w królewskim pałacu; wiem dokładnie, czym się mogą skończyć takie przyjaźnie.

Zastanawiam się czasem, kim jest; są takie dni, że mogłabym nawet uwierzyć w tę jego bajkę o synu dyktatora.
Mój brat był guwernerem na dworze u króla; uczył dzieci doradców, nie królewskich synów, i nie wiedział za wiele o sekretach władzy. Że tam, na dworze, trzymali żonę i dziecko tyrana, wiedziano powszechnie; wdowę-daleką krewną wziął na dwór nasz władca i szybko oddał innemu za żonę. Nawet bym wzięła mojego małego kłamcę za tamto dziecko, ale jak, jak, skoro to wszystko tak bardzo nie ma sensu. Jak by uciekł? Po co jechałby do miasta?

Mój mały kłamca coraz częściej opowiada mi o swoim – przyjaciela – przyjacielu. Mówi dużo, zmyśla na bieżąco, miesza fakty. Zastanawiam się tylko, i robi mi się zimno, kiedy o tym myślę – zastanawiam się, po co opowiada mi o kimś, kto tak bardzo przypomina mojego brata.

Mój brat był guwernerem na dworze u króla. Kochał – ze wzajemnością, mówił; jak brata, mówił innym razem – chłopaka, który był, albo nie był, synem tyrana. Uczył go, albo nie; był, albo nie był, jego powiernikiem. Stał, albo nie, u jego śmiertelnego łoża, kiedy tamten umierał na odziedziczoną po ojcu nieuleczalną chorobę.
Co wiem na pewno: pojechał do zamkniętego miasta, do babki chłopca, matki dyktatora, by ją pożegnać od zmarłego wnuka. Wrócił złamany; wkrótce potem umarł.

Były plotki, oczywiście.
– Oczywiście – mówi; jest ciemno, noc bez księżyca i bez ognia w izbie; we trójkę, z pokojówką, kulimy się dla ciepła w jednym łóżku – Oczywiście, plotkowano o morderstwie. To samo przecież było z jego ojcem, prawda? Nie doczekał sądu, mówili, powalony śmiertelną chorobą; albo otruty; albo wyprowadzony cichcem nocą, wywieziony gdzieś w świat przez zwolenników lub wrogów; albo podmieniony, nigdy w ręce króla sąsiadów i jego armii nie trafił. Umarł. Nie umarł. Zamordowany, na chorobę, uciekł. Znasz te plotki, prawda? Kiedy mój przyjaciel umierał….

Kiedy mój brat umierał, nie było mnie przy nim. Wrócił z miasta, pojechał do swego pana, oddał czarownikowi talizman chroniący przed zarazą. Wysłał do domu wiadomość „Przyjeżdżam”. Potem kolejną, „Przyjeżdżam w tym miesiącu”. Nie dojechał. Z dworu przyszedł list, że nie żyje. Jego służący przywiózł rzeczy: ubrania i książki i pusty medalion na długim łańcuszku. Matka płakała, ja bez słowa poszłam do jaśnie panienki i zapytałam, czy mi pozwoli jechać.

Pojechałam do miasta, żeby zobaczyć, czy ktoś wie coś, cokolwiek, o moim bracie i o tym, co się tu stało. Na dwór, wiedziałam, nie pojadę: tam nikt mi nigdy nic nie powie, zresztą lepiej nie pytać. Ale w mieście… Może przeżyła ta stara kobieta z domu na wzgórzu, może ona albo jej wnuczka będą mogły mi coś, cokolwiek powiedzieć.

Uciekły mi myśli i przestałam go słuchać. Jak zawsze jego historia docierała do mnie w strzępach i fragmentach. Mówił coś o sobie, jak zawsze.

Zanim przyszła wiosna, trzeba było uporządkować miasto po zarazie. Zamknięto w nim trzydzieści tysięcy; niewielu wyszło żywych.
U bram miasta rozstałam się z moim towarzyszem. Nie dopytałam, gdzie konkretnie szedł ani co chciał dalej robić. Pożegnaliśmy się w siąpiącej mżawce; patrzyłam, jak oddala się i znika mi z oczu jego szczupła sylwetka w ciemnym, za dużym płaszczu. Poprzedniej nocy nie dałam mu się wygadać – zmęczona i rozczarowana, że przez deszcz i błoto jedziemy tak wolno, odwróciłam się na bok, ignorując jego słowa.
Dotarłam do miasta dzień po otwarciu bram. Wielu z tych, co przeżyli, już wyjechało. Powóz toczył się powoli przez puste ulice miasta.
Starej kobiety już nie było.
– Wyjechała – mówi ciemnowłosa dziewczyna, która otwarła mi drzwi  – Wczoraj ją panienka wywiozła, pewnie gdzieś na wyspy, tam ma ponoć majątek. Mnie tu zostawili, żebym popakowała i uporządkowała. A pani… pani kogoś szuka?
Nie wiem, czego szukam. myślę. Chcę tylko wiedzieć, co się stało z moim bratem, który był wesoły i pogodny i głośno się śmiał, zanim nie stanął na jego drodze tamten chłopak z miniatury i coś, nie wiem co, się stało.
Dziewczyna krząta się po salonie, szura miotłą po drewnianej podłodze. Jej strój zlewa się w moich oczach w jednolitą plamę szarości: długa sukienka, fartuszek, czepek na włosach pozbawionych koloru przez sączące się zza okna blade światło deszczowego dnia; jej pozbawiona uśmiechu twarz wydaje mi się nienaturalnie blada
Stoję bez słowa, patrząc, jak zamiata, przerywając tylko po to, by wskazać dwóm służącym komodę, na którą mają narzucić pokrowiec. Na komodzie – dopiero teraz go dostrzegam – stoi oprawiony w kosztowną ramkę portrecik; dziewczyna bierze go do ręki, robi krok w stronę pudła stojącego obok mnie, z którego wyglądają inne ramki i obrazki. Kładzie go na wierzchu; z portretu patrzy na mnie młodzieńcza, urodziwa twarz: błękitne oczy, jasne włosy; dopiero po chwili dociera do mnie, że znam tego człowieka.
– Krewny naszej pani – mówi dziewczyna, widząc, jak się wpatruję w obrazek – Jej jedyny wnuk.

Bez odpowiedzi, z mętlikiem w głowie wychodzę z tamtego domu. Usiłuję jakoś ułożyć sobie i pojąć to, co zobaczyłam, co usłyszałam. Mój jasnowłosy towarzysz i jego zmyślenia; jego portret w tamtym domu; historie, które mi opowiadał, o swoim przyjacielu i jego nauczycielu i o tych wszystkich rzeczach, których puszczałam mimo uszu. Coś o cierpieniu. Coś o śmierci. Coś o truciznie z rąk jedynej osoby, której się ufało.
Pada deszcz; nieważne. Siadam na wąskim murku przed domem i próbuję zrozumieć.
Widzę, jak z bramy wytacza się powóz, pewnie wywożący resztę dobytku z tego domu. Zanim przyspieszy, przez okienko widzę w nim bladą twarz tamtej dziewczyny. Chyba nie jest sama w powozie.

Nawet się nie dziwię, kiedy spotykam ich w oberży pod miastem. Nie ma tłoku, więc w pierwszej chwili podnoszę ze zdumieniem wzrok, kiedy kobiecy głos pyta mnie, czy mogą się przysiąść.
Ona jest zdenerwowana, rozgląda się ciągle dookoła; on zaczyna mówić, zanim jeszcze zdąży usiąść. Wyjaśnienia. Tłumaczenia. Przeprosiny.
– No chodź już, chodź – popędza go dziewczyna – Zaraz nas ktoś zobaczy, co ci w ogóle do głowy przyszło, żeby przyjeżdżać do miasta, wysłałam cię prosto do portu…
Mój eks-towarzysz podróży patrzy na mnie.
– Posłuchaj – mówi – Ja… wiem, wiedziałem, jak tylko poczułem ten smak. To było oczywiste, prawda? Ale chciałem ci powiedzieć, ja sam, od kiedy tylko zobaczyłem ten portret u ciebie na szyi, chciałem ci powiedzieć: ja… rozumiem. Wiesz? Rozumiem dlaczego: nie miał wyjścia; i wybaczam, i tak mi strasznie przykro.
Nic nie mówię. Nie wiem, gdzie jestem, po co tego słucham i co, tak naprawdę, słyszę. Kto do mnie mówi? Świat, jaki znałam, rozsypuje mi się przed oczami.
– Sam ci to chciałem powiedzieć – mówi chłopak. – A ona… – pokazuje na dziewczynę, której twarz, nawet w ciepłym blasku ognia, pozostaje blada jak księżyc – Ona pójdzie i powie to twojemu bratu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s