2013 – dla Drakainy

Saturnalia 2013: dla Drakainy. Historią inspirowany prawie fanfik do pewnej mojej historii sekretnej.

* * * * * * * * *

DEKAMERON

Z rozświętowanej, radosnej stolicy przyjechałem – dwie granice, oficerowie kręcący głowami nad moją głupotą, stara kobieta pod kościołem żegnająca się, kiedy szedłem powoli w stronę bram miasta – żeby spełnić starą obietnicę. Wariat, wiem, wariat.

Po schodach szedłem powoli, powoli; szuba ciążyła mi na ramionach, buty miałem lepkie od błota, na czapie osiadł ciężki, mokry śnieg. Zanim dotarłem, przedzierałem się mozolnie przez puste ulice miasta; nikogo oczywiście w drodze nie spotkałem

Dzwonek i pokojówka w białym czepku i potem, w drzwiach, dziewczyna o przygaszonej, bladej twarzy. Patrzy na mnie z nadzieją, rozjaśniającą jej oczy; przez moment jest prawie piękna.

– To pan – mówi cicho, w jej głosie ja-cudzoziemiec słyszę obcy zaśpiew innej cudzoziemki, zagrzebany pod latami spędzonymi tu, na wygnaniu – Podobno ma pan o nim wiadomości… prawda to?

Uśmiecham się do niej, kiedy strząsam z czapy śnieg, kiedy oddaję w ręce pokojówki ciężką szubę.

– Tak, madame – mówię z całą pewnością, na jaką mnie stać – Tak, mam dla was wiadomości o nim. Dobre wieści, dobre wieści – mówię przez ściśnięte gardło.

Dziewczyna – niewysoka, szarooka, siwiejąca na skroniach mimo młodego wieku – prowadzi mnie przez amfiladę pokoi: wysokie sufity, pająki i cisza i duchy mebli pod bezkształtnymi pokrowcami, zarosłymi kurzem.

W ostatnim pokoju, w szarym zimowym zmierzchu, czeka na mnie stara kobieta, dla której zaryzykowałem tę podróż. Widzę ją siedzącą na szezlongu, gdy staję w otwartych drzwiach: wysoka, krucha, z koroną białych włosów upiętą wysoko nad niewidzącymi oczyma.

– To już ten pan przyszedł, dziecko? – pyta niepewnie- Niech wejdzie, niech wejdzie.

Kłaniam się, niewidziany, i podchodzę do szezlonga. Pani rozsiada się wśród spłowiałych kwiatów i wyciąga do mnie dłoń. Czuję, że powinienem uklęknąć i ucałować jej rękę. W nagłym przebłysku wspomnień widzę, jak bardzo ta dłoń – dłoń starej kobiety, pomarszczona, pokryta plamami – jest podobna do dłoni jej wnuka.

– Niech pan mówi, niech pan opowiada – prosi dziewczyna; weszła za mną i usiadła w kącie pod oknem, na fotelu; za nią, w zapadającej ciemności, majaczy inna blada twarz: jeszcze jedna dziewczyna, ciemnowłosa, szarooka jak tamta, ale bez cienia nadziei, bez cienia złudzeń w tych szarych oczach.

No to mówię, i opowiadam. Opowiadam im historię, na którą tak długo czekały.

Jest w tej historii wszystko, czego tylko można chcieć. Jest niewinna ofiara i syn zmarłego ojca, jest matka, która odeszła i nikt nie wie, gdzie dziś jest. Jest dziecko: samotne, niekochane, mały książę w wieży, w rękach bezwzględnych wrogów, dorastający w zimnych, pustych ścianach, bez bliskich i przyjaciół. Nad nim, jak sępy, trzech wielkich wrogów: król, kanclerz, czarnoksiężnik. Za nim, żeby go bronić – nikt.

– Nikt oprócz pana – mówi stara kobieta, a ja nie przeczę. Nie kryję łez: niech lepiej płyną teraz; choć przecież wiem już, wiem doskonale, że dziś wieczorem, w swoim pokoju, znów będę płakać.

I mówię dalej: opowiadam o chorobach („nieczęstych”), o planach ucieczki („przemyślanych”), o jego inteligencji, przemyślności, mądrości („niezwykłej, jak na wykształcenie, na jakie mu pozwolono”). Mówię głęboko w noc, aż w końcu stara kobieta kładzie mi dłoń na ręce.

– Niech pan wróci jutro – mówi do mnie – Niech pan przyjdzie, niech mi pan opowie więcej o moim chłopcu.

Wychodzę stamtąd i brnę przez śnieg do małego pokoiku, który wynająłem. Nikogo nie spotykam po drodze; kiedy słyszę na jednym z placów krzyki i gwar ludzkich głosów, skręcam w inną uliczkę.

I tak to jest, przez następne osiem dni: rano do nich, do tego samotnego mieszkania, w którym wegetuje po cichu wdowa po konsulu, matka dyktatora, babka mojego jedynego przyjaciela; wieczorem do domu, do łóżka, do flaszki grappy i wymiotów, kiedy już nie mogę pić. A rano znowu do nich, znowu do nich.

Przez pierwsze dni budzę w nich grozę i litość i trwogę: opowiadam o jego nieszczęściach, o tym, jak cierpiał („ale nie fizycznie, oczywiście”), jak chorował („ale niezbyt ciężko, zapewniam”), jak tęsknił za bliskimi, których go pozbawiono. Stara kobieta płacze; dziewczyna, też zapłakana, ociera jej łzy. Ta druga dziewczyna milczy; patrzy na mnie i wiem, wiem, co myśli.

A potem, oczywiście, przychodzi ten dzień, kiedy muszę zamienić te bolesne historie na te chwalebne: opowiedzieć im o tym, jak podjął decyzję („niezłomną”), jak zaplanował („błyskotliwie”) ucieczkę, jak się wymknął („heroicznie”) strażom wroga.

– Jest wolny – mówię do starej kobiety ściskającej moje dłonie, do młodej dziewczyny o siwych skroniach, wpatrującej się we mnie jak w święty obraz – Jest wolny, moje panie; oczywiście, musi się ukrywać, nie wiem, jak długo. Wrogowie nie śpią, rozumiecie panie. Nie zobaczycie go prędko – ale zobaczycie.

Ta druga, ciemnowłosa dziewczyna patrzy mi prosto w oczy i muszę robić wszystko, żeby nie spuścić oczu pod jej spojrzeniem.

To jest ten dzień, kiedy się z nimi żegnam: jako jedyny w tym mieście mam glejt, który pozwoli mi wyjechać. Całuję ręce staruszki; przyjmuję od jej wnuczki gemmę z portretem dyktatora. Wychodzę, ścigany wzrokiem tej drugiej dziewczyny.

Ja wiem: wiem, nie mam wątpliwości, że ona wie. Wie dokładnie, że kłamałem. Że te choroby nie były „rzadkie”, te cierpienia „tylko w duszy”, te plany „skuteczne”. Że ta ucieczka – to po pierwsze – nie była udana.

Że jej wnuka, ich kuzyna nie ma już w wieży, to akurat prawda. Sama myśl o tym powoduje, że mam ochotę krzyczeć.

Szarooka dziewczyna wie o wszystkim, jestem pewien. Ja sam nie chcę myśleć o tamtych dniach. W dzień często udaje mi się zapomnieć; kiedy przychodzi wieczór, kładę się i widzę przed sobą jego twarz w sinych plamach, jego pękające wargi i krew na ustach.

Dali mi glejt, bo poprosiłem. Pojechałem, bo stara kobieta, zanim jeszcze zamknięto miasto, pisała list za listem za listem. Pojechałem, żeby jej opowiedzieć, jak heroicznie jej wnuk uciekł z więzienia: niech ma, w ostatnich tygodniach życia, jakąś – jakąkolwiek – pociechę.

Ona się nigdy nie dowie, oczywiście; to miasto umiera. Zamknięto bramy; uszczelniono granice; nikt nie ucieknie z miasta ogarniętego zarazą. Te kobiety umrą, niedługo, i wolałbym, żeby umarły chociaż trochę szczęśliwe.

Nikt nie przeżyje. Oprócz mnie. Ja mam mój glejt i zaklęcie od króla-czarnoksiężnika; choroba mi niestraszna. Jutro stąd wyjadę i przestanę, przestanę myśleć o tych kobietach.

Ja naprawdę nie mogłem nic zrobić.

Nie mogłem nic zrobić; to, że po nieudanej ucieczce nie pozwolą mu żyć, było oczywiste; kiedy – to była tylko kwestia czasu. Nie mogłem nic zrobić: to mnie dali to coś, co mu miałem wlać do polewki.

Szarooka dziewczyna stoi przy bramie, kiedy opuszczam miasto. Śledzi mnie wzrokiem bez słowa. Udaję, że jej nie widzę. Jeszcze chwila, a zacznę wrzeszczeć.

Wyjadę. Zapomnę na zawsze – mam to obiecane, od króla, czarnoksiężnika i kanclerza. Nie będę już nocą widział sinych warg mojego księcia, krwi płynącej mu z ust, nie będę słyszał, jak błaga mnie, swojego mordercę, o pomoc. Jak mnie prosi, ostatkiem sił, “Powiedz moim, proszę; powiedz moim”.

I nie będę, na pewno nie będę myślał o tym, że jego matka chrzestna była czarodziejką. Że nie wiadomo, gdzie jest. Że zabroniono zaglądać do grobowca i że ponoć, gdzieś w pobliżu, widziano w trzy dni po jego śmierci jakąś szarooką, ciemnowłosą dziewczynę.

Kęty, listopad 2013

Advertisements

2 thoughts on “2013 – dla Drakainy

  1. Och.
    Trochę tak, trochę taki miałam plan. Ale nie śmiałam myśleć, że się uda. Dziękuję.
    Ten tekst miał być dłuższy, miał mieć bardzo wyraźnie widoczną (opisy! długie!) zimę i szarość i miało być oczywiste, że narrator jest eks-nauczycielem bohatera, ale tak jest chyba lepiej.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s