2012 – dla Ysabell

Disclaimer: Postacie należą do swoich autorów, zdecydowanie nie są moje, nie czerpię i nie zamierzam czerpać korzyści finansowych z tego pisania, zresztą jak niby. Raczej ogólnego użytku (PG). Z dedykacją dla Ysabell, bo końcówka.

Przedstawienie Hamleta we wsi Greater London

W podwójnym świąteczno-noworocznym numerze „The Daily Mole” między innymi:

  • po Inwazji: co zmieniło wejście nowych postaci do naszego świata – analiza.

  • trzydzieści dwa przepisy na sushi z zawiasowca;

  • To Szatan zamordował mi narzeczoną” – Don Lorenzo de Medina o kulisach wstrząsającej zbrodni i kazirodztwa w andaluzyjskim klasztorze;

  • znany pisarz Landen Parke-Laine o „Hamlecie” w reż. Damiena Cockburna.

Idea wystawiania, w naszym świecie, klasyki angielskiego dramatu musi, oczywiście, zyskać aprobatę każdego recenzenta ziemskiego pochodzenia: po Inwazji Filmowej i kolonizacji naszego świata przez nowych władców zdecydowana dominacja klingońskiej opery i performance’u opartego na poezji Daleków cieszy koneserów, ale alienuje przeciętnego, oczekującego od teatru godziwej rozrywki widza. Chwała więc Teatrowi Pod Kulą Nadziemską za tę ambitną próbę ożywienia ukochanego przez publiczność arcydzieła i udostępnienia go widzom ponownie, w przystępnej i szeroko rozreklamowanej formie.

Przy całej mojej sympatii dla tej inicjatywy muszę jednak, jako recenzent, zgłosić kilka zastrzeżeń. Dotyczą one przede wszystkim formuły: nie jestem do końca pewien, czy przepisanie Hamleta na w pełni improwizowaną commedia dell’arte nie jest jednak zabiegiem troszkę zbyt radykalnym. Owszem, zastąpienie nudnawych nieco przemów Fortynbrasa wstrząsającym w swej zwięzłości, wielokrotnie powtarzanym EXTERMINATE znakomicie oddaje militarystyczne i tyrańskie zapędy nowego władcy Danii, ale niestety, nie zawsze pomysły reżysera i odtwórców głównych ról są równie szczęśliwe. Szczególnie in minus wyróżnia się, niestety, odtwórca roli tytułowej [UWAGA DO RED.: PANNO SKEETER, ZGUBIŁEM PROGRAM, PROSZĘ W KOREKCIE UZUPEŁNIĆ NAZWISKA AKTORÓW]. Rozumiem, że teatr to nie kino i że aparycja aktorów nie powinna mieć znaczącego wpływu na obsadę, ale bez przesady: jajogłowy facecik po pięćdziesiątce, który na dodatek przerywa „być albo nie być” uwagami o bezsensowności i niepraktyczności hamletyzowania, a do Klaudiusza notorycznie przemawia prozą – nazywając go Napoleonem zamiast królem i obwiniając go na dodatek o zabójstwo jakiegoś detektywa gdzieś w Alpach, zamiast o otrucie ojca – to nie jest chyba najlepszy pomysł. Gertruda z kolei przesadza w drugą stronę: rozwiane włosy, kwestie zastąpione niejasnymi wykrzyknieniami o Czarnym Panu (no dobrze, ta, że I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje nie jest jeszcze, w kontekście fabuły Hamleta, najgorsza)… poza tym, niechże ktoś jej powie, że pora zmienić styl: Lato Miłości skończyło się lata temu!

Dość, po prawdzie, nieludzkie wydaje mi się powierzenie ról Rosencrantza i Guildensterna jednemu aktorowi, którego zmusza to do ciągłej, kilkakrotnej przemiany na scenie. Owszem, postacie są zdecydowanie odmienne: łagodny i neurotyczny Rosencrantz w fartuchu laboratoryjnym i okularach kontrastuje z potężnie zbudowanym, dzikim i rozszalałym Guildensternem, ale po pierwsze, obawiam się o zdrowie aktora po wypiciu tej ilości eliksiru, po drugie, przerwy na przemianę z intelektualisty w potwora niepotrzebnie wydłużają spektakl do ponad sześciu godzin, nie mówiąc już o tym, że w tych okolicznościach mniej uważny widz łatwo zapomni, o czym była poprzednia linijka dialogu.

Najbardziej – nie bójmy się mocnych słów – żenująca była rodzinna awantura o tytuły między Poloniuszem, Ofelią i Laertesem. Poloniusz nalegał na tytuł „Kapitana” i przerywał cały wykład do Laertesa w I akcie wspomnieniami ze swoich własnych, mocno, powiedzmy to sobie, nienormatywnych przygód miłosnych. Co prawda idea Poloniusza jako erotomana-gawędziarza byłaby chyba do obronienia, ale przy innym wykonaniu. Jako aktor-amator, dam „Kapitanowi” radę: w tym stylu, proszę pana, to się gra Barona Münchhausena, a nie cierpiącego na nadmiar zadęcia duńskiego dworaka! Pomijam już fakt, że nagłe zmartwychwstanie Poloniusza podczas sceny szaleństwa Ofelii było ekstrawaganckim i nie do końca potrzebnym dodatkiem. Ofelię zresztą, zgodnie z konwencją elżbietańską, grał młody aktor (też skądinąd „Kapitan”), dla którego ewidentnie był to jeden z pierwszych występów scenicznych: przez większą część swojej obecności na scenie chował się za noszoną diabli wiedzą po co tarczą, a ożywił się jedynie przy początku sceny z aktorami i wymienianych tam mitologicznych postaciach – nie jestem jednak do końca pewien, czy te uwagi o drugiej pracy Herkulesa były na miejscu. Na Hamlecie w każdym razie ewidentnie zrobiły fatalne wrażenie: zaperzył się i zaczął głośno krzyczeć o wielkich muskularnych osiłkach, śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach… Do tego Laertes, kolejny „Kapitan” (jakaś klęska urodzaju na byłych wojskowych chyba), jako najbardziej bezczelny zbuntowany nastolatek świata: bez przerwy przerywa ojcu i go poprawia, wtrąca się z własnymi romansowymi anegdotkami, a do tego w pewnym momencie oświadcza, że nie wierzy w no-win scenario i zaczyna, wbrew wszystkiemu, reanimować Ofelię… Awantura i żenada: z mojego miejsca widziałem dobrze, jak gotowy do wyjścia oryginalny książę Hamlet (który w tym spektaklu zadowolił się małą rólką Ozryka) kręci głową, zdegustowany.

Z drugiej strony, przyznajmy: znakomity jest Duch Ojca, cały w nieprzeniknionej czerni, o głębokim, ciemnym głosie – rzeczywiście, budzi litość i trwogę. Jedyne, czego do końca nie rozumiem, to dlaczego, zanim powie I am thy father’s spirit, zwraca się do Hamleta per Luke.

Niestety, najbardziej problematyczny jest finał: Horatio ukazany jako szorstki, władczy i dominujący szef raczej niż kumpel to jest jakiś pomysł na tę postać. Niemniej, wjazd czerwonym Audi na scenę, komenderowanie wszystkimi dookoła, zwracanie się do Królowej per you, old bird, zażeranie hot dogów w scenie pogrzebu, po czym – próba aresztowania Fortynbrasa – nieco, jakby, odrywały uwagę od głównego przesłania sztuki. Nie wydaje mi się też, by zakończenie Hamleta zwróconym do publiczności pytaniem: Pub? było szczególnie głębokie.

Żeby nie przedłużać: scenografia w wietnamskiej dżungli była pomysłowa, ale efekty pirotechniczne dominowały nad całością przesłania, The Best of U2 niespecjalnie sprawdziło się w roli muzyki, a obsada okazała się co najmniej nierówna. Mimo całej mojej sympatii do Hamleta, sugerowałbym raczej, żeby tego konkretnego sobie odpuścić.

Advertisements

One thought on “2012 – dla Ysabell

  1. harpijka says:

    Hihiiii! Don Lorenzo – w pełni improwizowana commedia dell’arte – performance oparty na poezji Daleków – śmierć detektywa – duch – etc. – etc. – umieram z radości 🙂

    PS Miaużon zaprotestował przy swojej ulubionej postaci, Fortynbrasie. Bo przecież on tylko przyszedł posprzątać…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s