2012 – dla Marty

Jedna z baśni, napisanych przeze mnie w oparciu o ludowe lub literackie pierwowzory, ale mocno momentami przetworzonych. W zamiarze ma być ich 365 i mają być gotowe na 8 stycznia 2015, na 5 urodziny mojej ukochanej bratanicy. Tę konkretną dedykuję Tobie (nie ośmieliłam się zadedykować Ci przeróbki Marie de France na bajkę dla dzieci :P), także dlatego, że wiem, że masz ją – jeśli się spodoba – komu przeczytać.

Gałązka rozmarynu

Baśń hiszpańska

Pewnego razu żył sobie w Hiszpanii, niedaleko Barcelony, zamożny wdowiec. Był on człowiekiem skąpym i nieużytym, a ponieważ szkoda mu było pieniędzy, żeby płacić służbie, kazał swojej jedynej córce Katalinie wykonywać wszystkie domowe obowiązki. Biedna dziewczyna musiała codziennie nosić wodę ze studni, sprzątać cały dom, gotować obiad i przynosić drzewo do palenia.

Pewnego letniego dnia ojciec wysłał ją po drewno do pobliskiego lasu. Ponieważ lata w Hiszpanii są bardzo słoneczne i dawno nie padał deszcz, Katalina z łatwością nazbierała tyle suchych patyków, gałęzi i kawałków drewna, ile tylko zdołała udźwignąć. Już miała wracać do domu, kiedy zobaczyła zielony krzew rozmarynu. Zachciało się jej pachnącej gałązki: sięgnęła więc po jedną i spróbowała ją urwać.

Ale nie tak łatwo urwać rozmarynową gałązkę. Katalina ciągnęła i szarpała i ciągle nie mogła jej ułamać. W końcu tupnęła nogą, złapała za gałązkę, pociągnęła mocno do siebie – i udało się!

– Co robisz w moim lesie? – usłyszała nagle za sobą obcy głos – i jakim prawem kradniesz moje drewno?

Katalina odwróciła się, przestraszona i zobaczyła, że za nią stał przystojny młodzieniec w zielonym płaszczu i koszuli ze szmaragdowymi guzikami.

– Hej – powiedziała Katalina – las nie jest twój, a krzaki rozmarynu należą do wszystkich! Jakim prawem na mnie krzyczysz?

Młody człowiek przyjrzał się Katalinie i zobaczył, że ma ona włosy czarne jak skrzydła kruka, oczy ciemne jak węgielki i wesoły uśmiech.

– Przepraszam cię – powiedział – Masz rację, nie powinienem był. A co tu właściwie robisz, sama z tym ciężkim koszem drewna?

– Ojciec mnie posłał – powiedziała dziewczyna, pochmurniejąc – Zawsze każe mi nosić drewno z lasu. Muszę też prać, zmywać, sprzątać i gotować.

– A nie masz jeszcze dość tej pracy? – zapytał młodzieniec – Nie wolałabyś mieszkać we własnym domu i sama być sobie panią?

– Owszem – odparła dziewczyna – Ale jak mam to zrobić?

– To proste – powiedział młody człowiek – Chodź ze mną do mojego pałacu. Zostaniesz moją żoną, zamieszkasz ze mną i nigdy więcej nie będziesz się musiała przejmować rozkazami ojca.

– Zaraz, zaraz. A gdzie jest twój pałac? – spytała Katalina – i kim właściwie jesteś? Nawet nie wiem, jak się nazywasz!

– Pałac jest niedaleko stąd – odpowiedział – A ja nazywam się don Romero i jestem panem tych ziem; mam piękny zamek i mnóstwo służby; brakuje mi tylko żony i bardzo chciałbym, żebyś nią została. Czy zgodzisz się wyjść za mnie za mąż?

– Zastanowię się – powiedziała dziewczyna – za mało cię znam, żeby obiecywać. Ale przyjdź dzisiaj wieczorem pod mój dom, to porozmawiamy.

Przez tydzień przychodził codziennie don Romero pod okno Kataliny: nigdy nie słyszała jego kroków, czasami tylko zdawało się jej, że dobiega jej uszu cichy szelest suchych traw w ogrodzie, jakby biegała wśród nich mysz albo pełzał wąż.

Po tygodniu Romero ponownie zapytał Katalinę:

– Czy zgodzisz się wyjść za mnie za mąż?

Tym razem Katalina odpowiedziała z uśmiechem:

– Tak, don Romero, z chęcią zostanę Twoją żoną!

Romero podał Katalinie dłoń i poprowadził ją ścieżką w głąb lasu; szli i szli, wśród starych dębów, świerków i buków, aż doszli na polankę w głębi lasu, gdzie stał pałac o stu wieżyczkach i stu balkonach; otoczony był fosą, w której pływały złote rybki, i okolony zielonym żywopłotem z krzewów rozmarynu.

Romero wprowadził narzeczoną do środka i pokazał jej przeznaczone dla niej pokoje.

– Otwórz szafę – powiedział – a znajdziesz w niej ślubną suknię. Załóż ją szybko i przyjdź do kaplicy!

Katalina podbiegła do szafy i wyjęła z niej ślubną suknię z białych koronek; potem pobiegła do kaplicy i nie minęło pół godziny, a została żoną Romera.

Następnego dnia Romero przedstawił swoją żonę starej klucznicy, która zarządzała zamkiem.

– Moja pani – powiedziała klucznica, podając Katalinie ciężkie metalowe kółko, z którego zwisał cały pęk kluczy – Oto wszystkie klucze do zamku.

Pokazała jej klucz od piwnicy i klucz od sypialni, klucz od skarbca i klucz od bramki do ogrodu, wielki klucz od głównych wrót i mały kluczyk od skrzynki z biżuterią. Na końcu pokazała jej stary, zardzewiały klucz i powiedziała:

– A tego klucza, moja pani, nie wolno ci użyć, bo jeżeli go użyjesz, sprowadzisz na nas i na zamek wielkie nieszczęście!

– A do czego jest ten klucz? – zapytała Katalina, zaciekawiona.

– Lepiej, żebyś nie wiedziała – odpowiedziała klucznica.

Katalina i Romero byli razem bardzo szczęśliwi; razem jeździli po lasach, polowali, opowiadali sobie długie historie w bibliotece… Były jednak takie dni, kiedy Romero mówił żonie, że musi wyjechać, choć nigdy nie mówił, dokąd i po co. Czasem nie było go dzień, czasem dwa, a czasem – cały tydzień.

Kiedyś, gdy mąż był nieobecny, Katalina siedziała sama w ogrodzie i bawiła się pękiem kluczy, które zawsze nosiła przy sobie. Jej wzrok padł na zardzewiały klucz i pomyślała:

– Już od siedmiu miesięcy jestem żoną Romera i panią tego zamku, a ciągle nie wiem, do czego to klucz!

Zaczynając od piwnic, Katalina przeszukała cały pałac, sprawdzając wszystkie zamki po kolei: te od drzwi i te od szafek i od biurek i od skrzynek i od komódek i od pudełek – aż w końcu, w wysokiej wieży, znalazła stary drewniany kufer. Kufer był zamknięty zardzewiałym łańcuchem, na którym wisiała zardzewiała kłódka – do której świetnie pasował zardzewiały klucz z kółka Kataliny.

– Dobrze, że już wiem, od czego ten klucz – powiedziała Katalina do siebie – będę miała pewność, że go przypadkiem nie użyję!

Ale zżerała ją ciekawość, co takiego jest w tajemniczym kufrze. Kiedy więc mąż znowu wyjechał, Katalina wróciła na wieżę i uklękła przy kufrze. Ani się obejrzała, a już klucz był w zamku, już otwierała się kłódka, już ze skrzypieniem unosiła się pokrywa starej skrzyni…

Katalina podniosła się po cichutku i zerknęła do środka. Kufer był pusty – tylko na samym dnie leżała porzucona wężowa skóra.

Dziewczyna wzdrygnęła się z obrzydzenia i już miała zatrzasnąć pokrywę kufra, kiedy nagle zatrzęsła się podłoga pod jej stopami, zakołysał sufit nad jej głową i ani nie zdążyła krzyknąć, a cały zamek zapadł się pod ziemię; tylko trawa porastała miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał dom Kataliny i Romera; z całego zamku i jego otoczenia pozostał tylko jeden krzaczek rozmarynu – i Katalina, z kluczami w ręku.

Rozpłakała się Katalina, bo przypomniały się jej słowa starej klucznicy.

– Gdzie jesteś, kochany? – zawołała, ale tylko echo odpowiadało na jej słowa.

Katalina wołała i płakała, wzywała męża i przepraszała za swój błąd. Zmęczona i zapłakana, dziewczyna w końcu zasnęła, a we śnie zobaczyła postać swego męża.

– Coś ty narobiła, Katalino? – zapytał ze smutkiem – Złamałaś obietnicę, otwarłaś tę przeklętą skrzynię i teraz już nigdy nie będziemy mogli być razem.

– Ale dlaczego? – przerwała mu przez łzy dziewczyna – I co to za wężowa skóra była w skrzyni?

– To moja skóra – powiedział Romero – jestem czarodziejem, Katalino, i kiedy wędruję po świecie szukając magicznych ziół i kolekcjonując zaklęcia, przybieram postać węża. A teraz żegnaj, kochana: odchodzę i już nigdy cię nie zobaczę.

Jak zapłakana zasnęła, tak zapłakana obudziła się Katalina; ale kiedy wstała, otarła łzy z oczu i powiedziała sobie:

– Choćby miała cały świat przewędrować, ze wschodu na zachód, z południa na północ, nie spocznę, póki nie znajdę mojego Romera!

Urwała małą gałązkę rozmarynu na pamiątkę i ruszyła przed siebie, w świat.

Długo wędrowała Katalina po drogach i bezdrożach, szukając ukochanego męża. W końcu była tak zmęczona, że nie miała już sił dalej wędrować. Wiedziała, że musi odpocząć; kiedy więc w swej wędrówce przez ciemny las zobaczyła małe światełko, zebrała resztkę sił i ruszyła w jego kierunku.

Światełko padało z okna domku, całego ze słomy. Kiedy Katalina zastukała do słomianych drzwi, otwarła jej staruszka w znoszonej brązowej sukni.

– Wejdź i odpocznij – powiedziała – A jeżeli szukasz pracy, bardzo mi się tu przydasz.

Katalina podziękowała staruszce i została u niej na służbie. Bardzo się starała odwdzięczyć jej za gościnę i pracować najlepiej, jak potrafiła, ale pierwszego dnia, kiedy poszła pozbierać suszące się za chatką pranie, poczuła zapach rozmarynu, który przypomniał jej o stracie, jaką poniosła. Płakała, kiedy zbierała upraną pościel i płakała, kiedy ją niosła do domu, a kiedy otwarła słomiane drzwi i weszła do środka, poszewki były całe mokre od łez!

– Dlaczego płaczesz? – zapytała staruszka, ale Katalina nic nie powiedziała.

Następnego dnia usiadła Katalina w kuchni, żeby ugotować obiad; ale kiedy sięgała po przyprawy do woreczków, znalazła obok szafranu i pieprzu igiełki rozmarynu, który przypomniał jej o stracie, jaką poniosła. Płakała, kiedy kroiła warzywa i płakała, kiedy je myła, aż zalała łzami całą podłogę w kuchni!

– Dlaczego płaczesz? – zapytała znowu staruszka, ale Katalina nic nie powiedziała.

Trzeciego dnia, żeby ją pocieszyć, staruszka przyniosła Katalinie bukiet kwiatów i zielonych gałązek z ogrodu. Katalina uśmiechnęła się na widok fioletowej lawendy, czerwonych goździków i ciemnozielonych liści bluszczu, ale kiedy zobaczyła między nimi gałązkę rozmarynu, wybuchnęła płaczem.

– Powiedz, dlaczego płaczesz? – zapytała staruszka.

– Miałam dom i ukochanego męża – powiedziała dziewczyna przez łzy – i wszystko, o czym mogłam zamarzyć, ale złamałam jeden jedyny zakaz, jaki mi dano. Ponieważ to zrobiłam, mój dom zapadł się pod ziemię, a mój mąż zniknął i nie wiem, ani gdzie go szukać, ani kogo pytać.

– Postąpiłaś głupio – powiedziała gospodyni, kiedy wysłuchała opowieści Kataliny – ale wszystko możesz jeszcze naprawić.

– Czy wiesz, gdzie mogę znaleźć mojego męża?! – zapytała dziewczyna z nadzieją.

– Nie wiem, gdzie go szukać – powiedziała staruszka – ale wiem, kogo pytać. Ty zresztą też wiesz i zaraz się o tym przekonasz. Powiedz mi: kto wszędzie chodzi i wszystko widzi przez cały dzień?

– Słońce – odpowiedziała Katalina, która zawsze lubiła zagadki.

– A kto wszędzie chodzi i wszystko widzi, gdy słońce śpi? – spytała ponownie staruszka.

– Księżyc – odrzekła Katalina.

– A kto wszędzie chodzi, wszędzie wbiega nieproszony i nie przejmuje się, czy to dzień, czy noc? – zapytała gospodyni.

– Wicher – odparła Katalina i uśmiechnęła się przez łzy.

– No to już wiesz, kogo powinnaś zapytać – odpowiedziała mądra staruszka.

Wyruszyła więc Katalina następnego dnia w drogę do Słońca, zabierając ze sobą rozmarynową gałązkę. Trzy dni i trzy noce wędrowała, aż dotarła na żółtą pustynię, do złotego pałacu, w którym mieszka Słońce. Podeszła dzielnie do złotych drzwi i zapukała. Uchyliły się drzwi i otoczył ją złoty blask: to sam Pan Słońce otworzył jej bramę. Miał jasne włosy i jasną brodę, szaty ze złotego aksamitu, a na głowie – złotą koronę.

– Kim jesteś i czego szukasz? – zapytał.

– Jestem Katalina – odpowiedziała – żona don Romera. Nie usłuchałam wydanego mi zakazu i przez to mój dom zapadł się pod ziemię, a mój mąż zniknął. Miej nade mną litość, czcigodny panie, i pomóż mi w moim nieszczęściu! Bolą mnie nogi i jestem bardzo zmęczona, bo szukam mego męża po całej ziemi.

– Nie widziałem twojego męża – powiedział pan Słońce – i nie mogę ci pomóc; ale zapytaj mojej siostry, Pani Księżyc, która czuwa, kiedy ja śpię. Weź też ten laskowy orzeszek i rozbij go, kiedy będziesz potrzebowała pomocy.

Podziękowała Katalina Panu Słońcu, opuściła słoneczny pałac i ruszyła na poszukiwanie Księżyca. Sześć dni i sześć nocy wędrowała, aż dotarła na górę z białego szkła, gdzie stał srebrny pałac, w którym mieszka Księżyc. Podeszła do drzwi całych ze srebra i zapukała do nich.

Uchyliły się drzwi i oblał ją srebrny blask: to sama Pani Księżyc otwarła jej bramę. Miała białe włosy, białe dłonie i szatę z białego jedwabiu, a na głowie – diadem ze srebra i pereł.

– Kim jesteś i czego szukasz? – zapytała.

– Jestem Katalina – odparła – i byłam żoną don Romera. Otwarłam coś, czego nie powinnam była otwierać i zobaczyłam coś, czego nie powinnam była widzieć; mój mąż odszedł ode mnie i powiedział, że nigdy nie wróci. Miej nade mną litość, czcigodna pani, i pomóż mi w moim nieszczęściu! Smutna jestem i zapłakana, bo szukam mego męża po całej ziemi.

– Nie widziałam, niestety, twojego męża i nie mogę ci pomóc – powiedziała pani Księżyc – ale zapytaj mojego kuzyna, Pana Wichra, który wbiega tam, gdzie ja i mój brat nie zaglądamy. Weź też, proszę, ten migdał i rozbij go, kiedy będziesz potrzebowała pomocy.

Podziękowała Katalina Pani Księżyc, opuściła księżycowy pałac i ruszyła na poszukiwanie Wichru. Dziewięć dni i dziewięć nocy wędrowała, aż dotarła na urwisko nad brzegiem oceanu, gdzie w pałacu z czarnych kamieni mieszkał Wicher. Podeszła do kamiennych wrót i zapukała do nich.

Uchyliły się drzwi i porwało Katalinę wietrzysko, obróciło ją dookoła i potargało warkocze: to sam Pan Wicher otworzył jej bramę. Włosy miał ciemne i długie, brodę rozwichrzoną, a płaszcz czarny, podarty, z liśćmi i gałązkami wplątanymi w materiał.

– Kim jesteś i czego szukasz? – zapytał.

– Jestem Katalina – odparła – jestem panią zamku, który zapadł się pod ziemię i żoną męża, który zniknął, a wszystko to przez moje wścibstwo. Miej litość nade mną, czcigodny panie, i pomóż mi w moim nieszczęściu! Stopy sobie poocierałam do krwi i oczy wypłakałam, bo szukam mego męża po całej ziemi!

– Zaczekaj tutaj – powiedział Pan Wicher – zjedz coś, odpocznij i prześpij się, a ja spytam moich synów, czy któryś z nich widział twego męża.

Zjadła Katalina dwie figi, wypiła łyk wody i przespała się na kamiennym łożu w kamiennej komnacie, a kiedy się obudziła, Pan Wicher już na nią czekał.

– Mój syn, Wiatr Północny, powiedział mi, że widział twego męża na końcu świata, w podziemnym pałacu królowej wiedźm, gdzie ani słońce, ani księżyc nie zagląda. Twój mąż stracił pamięć i nie wie, kim jest, a jutro ma poślubić Bruchę, córkę królowej. Brucha jest piękna jak noc księżycowa, ale zła jak jej ojciec, sam diabeł.

Przestraszyła się Katalina i znowu zachciało się jej płakać, ale dzielnie otarła łzy i powiedziała:

– Czy możesz mi pomóc, Wichrze-Panie? Zrób coś, proszę, by ten ślub odwlec choć o dwa dni!

– Nic się nie martw – powiedział Wicher – Poślę tam moich synów-psotników, a ty ruszaj w drogę, żebyś zdążyła. A zanim pójdziesz – weź, proszę, ten zielony orzeszek pistacjowy i rozbij go, kiedy będziesz potrzebowała pomocy.

Podziękowała Katalina Panu Wichrowi, opuściła wichrowy pałac i biegiem ruszyła na koniec świata. A tak spieszyła się, by zdążyć, że nawet na chwilę się nie zatrzymała. Tymczasem synowie Wichru polecieli na koniec świata, do pałacu królowej wiedźm. Wpadli tam jak szaleni, a ledwie wpadli, zaczęli szkodzić! Wiatr Północny porwał wszystkie nici, którymi krawcowe szyły suknię ślubną dla Bruchy, narzeczonej Romera, i rozrzucił po okolicznych pagórkach. Wiatr Południowy wpadł do szwalni, potargał jedwab i satynę na strzępy! Wiatr Zachodni uniósł poduszkę z igłami i tyle ją krawcowe widziały, a Wiatr Wschodni rozbił na strzępy szkatułkę z perłami, które miały ozdobić suknię: potoczyły się perełki po podłodze, powpadały między deski, pogubiły się wszystkie!

– Szyjcie mi tu zaraz nową suknię ślubną – wrzasnęła królowa czarownic do krawcowych – I żebyście mi były na jutro gotowe!

Rozpłakały się biedne krawcowe, bo jak miały uszyć suknię bez materiałów, bez igieł, bez nici i bez ozdób? Dwa dni szukały po całej okolicy, ale nigdzie nie znalazły niczego, z czego mogłyby zrobić suknię ślubną. Trzeciego dnia jednak spotkały u bram pałacu nieznajomą kobietę. Oczy miała czerwone, twarz spuchniętą od płaczu, a ręce podrapane od przedzierania się przez ciernie i chaszcze; jej ubranie było zachlapane błotem, buty zdarte i dziurawe, a włosy – potargane przez wiatr; ale w jej oczach błyszczały upór i zdecydowanie.

– Czy to nie dziś królewna Brucha wychodzi za mąż? – zapytała Katalina, bo to ona właśnie była tą nieznajomą.

– Nie, nie dziś, bo nie ma ślubnej sukni – odpowiedziała najstarsza z krawcowych.

– Powiedzcie królewnie, że Katalina-handlarka czeka pod bramą i ma jej coś do sprzedania – powiedziała Katalina.

Krawcowe otwarły drzwi i wróciły do pałacu, a Katalina szybciutko rozłupała laskowy orzeszek, który dostała od Słońca, i wyjęła z niego najpiękniejszy na świecie ślubny wianek, połyskujący od złocistych klejnotów. Ledwie go wyjęła, a uchyliły się wrota pałacu.

– Hej, handlarko, chodź no tu szybko – zawołał służący i otworzył przed nią ciężkie, czarne wrota.

Weszła Katalina w ciemne pałacowe korytarze z wiankiem w ręku – a wianek błyszczał i rzucał złote blaski na ponure podziemne ściany. Zaprowadzono ją do sali tronowej, gdzie zasiadała królowa czarownic z córką u boku. Królowa czarownic była stara i brzydka, z brodawką na wielkim, krzywym nosie i brudnymi szponami zamiast paznokci, ale jej córka Brucha była czarnowłosa i złotooka, piękna jak noc księżycowa.

– Pokaż swój towar – powiedziała królowa czarownic.

Ledwie Brucha zobaczyła wianek, zaklaskała w dłonie i zawołała:

– Matko, mateczko, ja chcę ten wianek na moje wesele!

– Czego chcesz w zamian, handlarko? – spytała królowa.

– Sto złotych monet i dwieście srebrnych – od powiedziała Katalina.

Królowa czarownic pokręciła głową, ale zapłaciła sto złotych monet i dwieście srebrnych, a potem kazała służącym wyprowadzić Katalinę.

Była już noc, a kiedy przyszedł poranek, znowu stanęła Katalina pod bramami zamku i ujrzała wychodzące stamtąd krawcowe.

– Czy to nie dziś królewna Brucha wychodzi za mąż? – zapytała.

– Nie, nie dziś, bo nie ma ślubnej sukni – odrzekła najmłodsza z krawcowych.

– Powiedzcie królewnie, że Katalina-handlarka znowu czeka pod bramą i ma jej coś do sprzedania – powiedziała Katalina.

Krawcowe wróciły do pałacu, a Katalina szybciutko rozłupała migdał, który dostała od Księżyca i wyjęła z niego najpiękniejszy na świecie ślubny welon, srebrzysty i lekki jak mgiełka, a połyskliwy jak światło księżyca. Ledwie go wyjęła, a uchyliły się wrota pałacu.

– Hej, handlarko, chodź no tu szybko – zawołał służący i znów otworzył przed nią ciężkie, czarne wrota.

Weszła Katalina w podziemne korytarze z welonem ze światła księżycowego w dłoniach. W sali tronowej czekała na nią królowa czarownic wraz z córką.

– Pokaż swój towar – powiedziała królowa czarownic.

Ledwie Brucha zobaczyła welon, podskoczyła z radości i zawołała:

– Matko, mateczko, ja chcę ten welon na moje wesele!

– Czego chcesz w zamian, handlarko? – spytała królowa.

– Dwieście złotych monet i czterysta srebrnych – od powiedziała Katalina.

Królowa czarownic przewróciła oczyma, ale zapłaciła dwieście złotych monet i czterysta srebrnych, a potem kazała służącym wyprowadzić Katalinę.

Zmierzch już zapadał, a kiedy przyszedł poranek, po raz trzeci stanęła Katalina pod bramami zamku i ujrzała wychodzące stamtąd krawcowe.

– Czy to nie dziś wreszcie królewna Brucha wychodzi za mąż? – zapytała.

– Nie, jeszcze nie dziś, bo nie ma ślubnej sukni – odrzekły krawcowe.

– Powiedzcie królewnie, że Katalina-handlarka dziś znowu czeka pod bramą i ma jej coś do sprzedania – powiedziała Katalina.

Krawcowe pobiegły do pałacu, a Katalina szybciutko rozbiła orzeszek pistacji i wyjęła z niego najpiękniejszą na świecie suknię ślubną: białą jak morska piana, delikatną jak płatki jabłoni, zdobioną perełkami błyszczącymi jak kropelki wody w słońcu poranka.

Ledwie ją wyjęła, a po raz trzeci uchyliły się wrota pałacu.

– Hej, handlarko, chodź no tu szybko – zawołał służący i jeszcze raz otworzył przed nią ciężkie, czarne wrota.

Weszła Katalina do ciemnego zamku z suknią ślubną w dłoniach. W sali tronowej czekała na nią królowa czarownic, a wraz z nią jej córka Brucha, śliczna jak noc księżycowa, ale zła i bezlitosna jak sam diabeł.

– Pokaż nam, co masz do sprzedania – powiedziała królowa czarownic.

Ledwie Brucha zobaczyła suknię, zerwała się z tronu i zawołała:

– Matko, mateczko, ja chcę tę suknię na moje wesele!

– Czego chcesz w zamian, handlarko? – spytała królowa.

– Chciałabym zobaczyć pana młodego – powiedziała Katalina.

– O, nie ma mowy! – zawołała królowa.

– Wobec tego nie dam sukni – oświadczyła Katalina – Moją ceną jest spotkanie z panem młodym!

Nie spodobało się to ani pannie młodej, ani jej matce, ale jeśli chciały suknię, musiały się zgodzić. Kazały więc Katalinie zaczekać w sali tronowej, podczas gdy służący poszli po Romera. Katalina czekała, ściskając w dłoni gałązkę rozmarynu.

Otwarły się w końcu drzwi i dwóch służących wprowadziło Romera, ubranego w zielony płaszcz i w koszuli ze szmaragdowymi guzikami, takiej samej, w jakiej Katalina zobaczyła go po raz pierwszy.

– Witaj, moja droga – powiedział Romero, zwracając się do Bruchy; a potem spojrzał na Katalinę i zapytał:

– A kim jest ta brzydka kobieta o czerwonych oczach, w brudnej sukni, dziurawych butach i z potarganymi włosami?

Brucha popatrzyła na Katalinę ze złośliwym uśmiechem. Ale Katalina tylko na to czekała: podeszła do męża i – złapawszy go za rękę – dotknęła jego twarzy gałązką rozmarynu.

Natychmiast spadło z niego zaklęcie i przypomniał sobie wszystko, co się stało.

– Katalino, kochana, jak mnie znalazłaś? – zapytał i uśmiechnął się do niej.

– Skąd znasz tę kobietę? – wrzasnęła Brucha.

– To moja ukochana żona – odpowiedział Romero – Znam ją bardzo dobrze, nie znam za to ciebie.

Skoro tylko powiedział te słowa, zniknął zamek czarownic, zniknęła Brucha i jej matka, a Romero i Katalina znaleźli się razem na łące w lesie, w miejscu, gdzie kiedyś stał ich dom.

Romero pocałował Katalinę i powiedział:

– Daj mi tę gałązkę rozmarynu, kochana.

Machnął rozmarynową gałązką, wyszeptał słowa zaklęcia i dom o stu wieżyczkach i stu balkonach wynurzył się spod ziemi. Trzymając się za ręce, Katalina i Romero weszli do swego pałacu i od tej pory żyli długo i szczęśliwie.

Advertisements

5 thoughts on “2012 – dla Marty

  1. Marta - harpijka says:

    O! Baśń o hiszpańskiej Kaśce! Ale fajnie zobaczyć jak elementy obcego świata – imiona czy rośliny – funkcjonują w ramach baśniowych schematów, które znamy z innych stron. I jak taka moja ulubiona przypadkiem 🙂 roślina przez swoją symbolikę wzmacnia wymowę historii. Ba, nie wzmacnia, ale wręcz stanowi jej sedno, zawiązanie i rozwiązanie akcji, którą po drodze trzyma spójnie na jednej gałązce – iiiiii! Wydrukujem, rozmaryn narysujem (Katalinę i czarownicę-Bruchę pewnie dziecię będzie chciało samo narysować) – a dziś wieczorem odbędzie się uroczyste czytanie w łóżeczku. Dziękuję! Ale mi miło… i zupełnie się rozkojarzyłam, do pracy nie chce mi się wziąć izpawarotam, poczytałabym resztę (potem! Ale kusi bardzo początek opowiadania o zabójstwie młodzieniaszka).
    Skądinąd – fantastyczny pomysł z 365 baśniami. Jeden z najpiękniejszych prezentów, jaki można dostać.
    A może by tak wydać w formie książkowej, gdy powstanie całość? 🙂

  2. Bardzo bym chciała kiedyś zrobić z tego książkę – do tego, o ile uda mi się zmusić moją genialną siostrę-rysowniczkę do roboty, z ilustracjami – zobaczymy, co z tych bardzo jeszcze nieskonkretyzowanych planów wyjdzie…

  3. allegra_walker says:

    @ przedstawił swoją żonę starej klucznicy

    Poważny nietakt, zważywszy, że żonę można przedstawić matce, ale wszystkich pozostałych przedstawia się żonie (chociaż nie jestem pewna, czy ta zasada zawsze obowiązuje… “Kochanie, pozwól: Pan Prezydent” ;-D)

    A baśń jest utrzymana w tonie dokładnie takim, w jakim powinna być. Pomysł 365 – cudowny. Niniejszym deklaruję, że książkę będę chciała nabyć w jakiejkolwiek postaci – czy to oficjalnego wydawnictwa na papierze lub do czytnika, czy też zupełnie nieoficjalnego pliku kartek z wydrukiem.
    Chyba że będziesz chciała przekazać ją światu w wersji mówionej, nocą, przy ognisku – to wtedy zamawiam miejsce w pierwszym rzędzie 🙂

  4. Droga allegro,
    jasne, że masz rację, mój błąd. Dobrze, może bohater nie jest najlepiej wychowany 🙂 – ale pewnie to poprawię :).
    Jak tylko uda się z tego zrobić książkę, gwarantuję Ci egzemplarz 🙂

  5. Fenenna says:

    Wspaniałe! Gratuluję pomysłu na najpiękniejszy prezent na świecie oraz idealnie skomponowanej bajki. Takich rzeczy niekoniecznie trzeba mieć komu czytać. Kiedy będę tę książkę miała już u siebie, nigdy przenigdy nie będę się zasłaniać dziećmi (cudzymi lub własnymi), lecz z dumą będę ogłaszać, że czytam ją SOBIE!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s