2012 – dla Cedroo

Pierwsze – wstępne – opowiadanie z cyklu, który może kiedyś się rozrośnie; taki przynajmniej był zamiar, potem brakło weny, potem czasu, a potem zapomniałam, że to napisałam, aż do niedawna. Z 2008, na pewno wymaga poprawek. Bardzo proszę wszystkich czytelników o pomoc w uporządkowaniu, bo mam wrażenie, że jest tu pewien chaos i nie bardzo, kto, co i kogo.

W ANIOŁÓW PRZEROBIĆ

W dniu zaprzysiężenia nowego prezydenta RP Rainer Teichmann i Kinga Duchacka wytoczyli się z ekspresu z Warszawy, pijani na smutno.
Torebka Kingi wisiała na jednym uchu; drugie, urwane, wlokło się za nią po błocie, co zauważyła dopiero, kiedy omal się o nie nie potknęła. Rainer zgubił gdzieś krawat; zamiast wody kolońskiej unosił się wokół niego zapach piwa – rezultat faktu, że pół puszki Górskiego wylądowało było, zupełnie niezamierzenie, na jego koszuli. Na dodatek lało, jak ciągle ostatnio. Kamienne płyty na placu Nowaka-Jeziorańskiego były zdradliwie śliskie, a nad Rynkiem i historycznymi ulicami centrum wisiały ciężkie szare chmury; z polskich miast tylko Warszawa mogła pozwolić sobie na system regulacji pogody. Był trzynasty kwietnia, potwierdzający wszelkie przesądy na temat trzynastego.
– O żesz kurwa – jęknęła Kinga desperacko, odsuwając z twarzy przyklejone kosmyki włosów; mokre,wydawały się znacznie ciemniejsze niż w rzeczywistości, niemal czarnobrązowe – I co teraz?
Rainer złapał ją za rękę i bez chwili zastanowienia pociągnął w kierunku wejścia do najbliższego pubu. Może i obowiązywał stary przepis zakazujący sprzedaży alkoholu osobom nietrzeźwym… ale nie było to nic, Rainer był głęboko przekonany, czemu pięćdziesiąt dojczmarek nie mogłoby zaradzić.
Godzinę i cztery kolejki później, w drodze na postój taksówek (“nie dzwoń, na pewno mają nas na podsłuchu”), Rainer wisiał na ramieniu Kingi i powtarzał jak automat:
– Aber nie pozwól mi się wygadać, nie pozwól mi się wy…gadać, lass mir nicht…. – a jako że to on był zdecydowanie wyższy z nich dwojga, Kindze było coraz trudniej iść, zwłaszcza że kombinacja deszczu, krzywych krakowskich chodników, nieco rozdeptanych butów na obcasie i wszystkich wypitych tego dnia puszek i kolejek działała zdecydowanie przeciwko niej.
– Lass mir nicht…
– Rainer, zamknij się, dobra? – powiedziała w końcu, czując, jak jej złość narasta – Jasna cholera, ja nie wiem, o co ci chodzi! Czego mam ci nie pozwolić! Poza tym – nie za późno na niepozwalanie?! Już zdążyliśmy wylecieć z roboty, pamiętasz?
– Kinga, ale ja cię proszę  – powtórzył z pijackim uporem Rainer – ale jakbym ja się  wygadywał, nie pozwól…
– Ja, ja, ja! – frustracja i wściekłość w końcu wylały się z niej po całym dniu nerwów – a o mnie to nie łaska pomyśleć, co? Z czego ja teraz, cholera, będę żyła? Przez ciebie cholerny Drucki wywalił mnie z roboty! Ja mam trzydzieści trzy lata, chłopie, a robota w policji, z oemkami, to jest, kurwa, jedyne, co ja w ogóle umiem robić w życiu! A ty co? Kein Polnisch, Herr Drucki, ha?! No hal-lo!! Kein kurde Polnisch?! Gadasz w tym języku szybciej, niż połowa ludzi stąd, ty cholerny tchórzu!
Widziała po jego minie, po nagle odwróconej głowie, że go to zabolało. I dobrze, pomyślała, niech ma za swoje, niech się raz wreszcie nauczy, co znaczy lojalność i koleżeństwo i…
– Pójdę sobie do dom – powiedział Rainer cicho, ale nie dała się zwieść: najwyraźniej się obraził.
– Nigdzie nie pójdziesz – Kinga bynajmniej nie zmieniła tonu – Jedziemy do mnie, musimy obgadać cały ten cholerny bajzel.
Najbliższy postój taksówek był przy Filharmonii. Pod Collegium Novum złapała ich kolejna fala deszczu; Dąb Wolności, z młodymi liśćmi błyszczącymi od deszczu w zimnym świetle jarzeniówek, wyglądał jak plastikowa dekoracja. Przeszli obok, w kierunku pasów. Rainer nadepnął na krzywą płytę chodnikową; płyta w rewanżu opluła ich oboje lodowatą wodą.
– Nie rozumiesz – powtórzył z pijackim uporem Rainer, kiedy już siedzieli w automatycznej taksówce, a Kinga usiłowała zaprogramować trasę do swojego mieszkania w Kobierzynie; choć chwilowo nieco mniej przytomna niż zazwyczaj, Kinga zauważyła jednak, że Rainer im więcej pił, tym wolniej i bardziej precyzyjnie starał się mówić – Ja nie miałem w zamiarach…
– Nie miałeś?! To po cholerę…
– Lecz czyż nie był to twój pomysł? – zapytał Rainer bezradnie, przeskakując, bezwiednie, z języka, którego uczyła go Kinga, na swoją polszczyznę wyuczoną z jakiegoś prehistorycznego podręcznika – Albowiem prawda nas wyzwoli?
– Rainer, ostrze… ostrzegam cię – wymamrotała Kinga – ty mnie dodatkowo nie wkurwiaj, już żeś dostatecznie podpadł…
– To po co tyś mu mówiła? – powtórzył po raz kolejny Rainer, kiedy już wysiedli; bez pytania sięgnął po jej torebkę i usiłował wygrzebać pod warstwą chusteczek higienicznych, papierów i zużytych kart miejskich klucz do jej mieszkania. Dalej padało; strażnik w budce pod blokiem Kingi obrzucił ich długim, podejrzliwym spojrzeniem. Kinga westchnęła w duchu, przeklinając się po raz kolejny za kupno mieszkania w bloku Wspólnoty Św. Jadwigi: było tanio, to prawda, sama chciała, ale jutro znowu będzie mieć telefon od wikarego z pytaniem, kim był “ten mężczyzna” i jakie miał wobec niej zamiary; nie, to nie było dobre miejsce dla niej – To za twym poduszczeniem wyruszyliśmy….
Klucz się w końcu znalazł: Rainer przesunął nim przez odpowiedni slot w drzwiach i w znaleźli się na klatce schodowej.
W mieszkaniu było cicho i ciemno, kurtyny antywłamaniowe opuszczone; Rainer zajął się ich podnoszeniem, podczas gdy Kinga z jękiem ulgi zrzuciła przemoczone buty i osunęła się na łóżko.
– Dlaczego tutaj zawsze musi być taki nieporządek? – zapytał Rainer, pociągając nosem; rzeczywiście, w mieszkaniu pachniało co najmniej dziwnie. Kinga przypomniała sobie, że jakaś resztka sałatki cebulowej z wczorajszego obiadu zapewne została na stole w kuchni.
– Wal się – powiedziała znużona – Moje mieszkanie, mój burdel. Chciałeś porządek, było iść do ciebie. No dobra, zapomniałam – nigdy nie chodzimy do ciebie, nie?
Rainer zapalił światło w kuchni; usłyszała, jak otwiera szafkę i wyrzuca coś do śmietnika, potem szum wody nalewanej do czajnika; moment potem kolejne otwieranie szafek.
– Herbata jest w pudełku na stole – wymamrotała.
– Ja nie lubię herbaty w torebkach. Szukam takiej do parzenia.
– O Jezu, czy ty zawsze musisz marudzić…
– Gdzieś tu powinna być ta, którą ja ostatnio nabyłem…
– Może.  Nie wiem gdzie.
– Jak to nie wiesz, przecież to jest twoja kuchnia?
– No nie wiem, weźże się odczep. Zrób mi ekspresówkę.
– To nie jest dobra herbata…
– Rainer! – jęknęła – Ja mam w nosie twoje snobizmy. Nie chcesz, nie pij. Mnie zrób. I przestań mi grzebać po szafkach!
Przeszedł w końcu, z kubkiem herbaty dla niej. Kinga niechętnie otwarła oczy: kiedy miał dobry dzień, Rainer Teichmann ze swoimi ciemnymi oczyma pod ciemnymi brwiami i z wyrazistymi rysami twarzy potrafił zrobić wrażenie całkiem przystojnego, ale w tej chwili, z przyklejonymi do głowy włosami, z nosem czerwonym od kataru, w mokrej koszuli z urwanym górnym guzikiem, wyglądał wyjątkowo głupio. Nie żeby ona sama wyglądała lepiej: włosy, już prawie suche, sterczały na wszystkie strony, rajstopy miała podarte, a na dodatek kupiona na wyprzedaży granatowa bluzka ewidentnie farbowała: ramiona i dekolt Kingi nabrały mało apetycznego, sinoniebieskiego koloru.
– O Jezu – jęknęła – wyglądamy okropnie. Oboje.
– Prawda – postawił herbatę na nocnym stoliku, między rozrzuconymi raportami; z reklamowego kubeczka spoglądał na nich frasobliwie niedoszły prezydent Robert Wierzecki.
– Szkoda – powiedział Rainer, patrząc na kłęby pary unoszące się z kubka z napojem i na nieco już wyblakłe kolory portretu – Naprawdę szkoda; pewnie Wierzecki byłby w sumie lepszy, nie? Teraz już pewnie nigdy podpiszecie Charta Universalis…
– Pewnie nie – potwierdziła Kinga z westchnieniem; podniosła się i usiadła, robiąc mu miejsce obok siebie – Ja głosowałam na Wierzeckiego. No trudno, nie wygrał… – tknięta nagłą myślą, spojrzała na Rainera – Jak myślisz, co zrobi nowy prezydent?
– Nie wiem – powiedział Rainer – ale po tym, co mu powiedzieliśmy, byłby ostatnim hipokrytem, gdyby się upierał przy tym swojem programie…
– Myślisz, że to był dobry pomysł, żeby mu powiedzieć? – zapytała cicho.
– Dobry czy nie niedobry – odpowiedział z westchnieniem – na pewno odważny. I twój własny. I…
– Dobra dobra – Kinga popatrzyła na niego zmęczonym wzrokiem – Wiem, wiem, sama się w to wpakowałam…

* * *

Kinga rzeczywiście nie bardzo miała prawo narzekać: pomysł, aby pojechać do prezydenta-elekta i powiedzieć mu prawdę (a raczej PRAWDĘ, zważywszy na skalę tego wyznania) o PPT był rzeczywiście jej własny.
Ona i Rainer pracowali przy PPT – Polskim Projekcie Translacyjnym – od paru  lat i byli, co prasa lubiła im  przypominać, jego ojcem i matką; w rezultacie mieli pewne prawa, które bardzo starannie wykorzystywali.
Do budynków Projektu w Wieliczce mieli wstęp tylko oni dwoje, gosposia i starannie wyselekcjonowana grupka współpracowników. Przy ich doborze zarówno Rainer, jak i Kinga zwracali szczególną uwagę na bystrość i inteligencję kandydatów, bezlitośnie odsyłając wszystkich, u których zauważyli choćby ślad umiejętności samodzielnego myślenia. Nie było najmniejszego problemu z selekcją. Niektórzy kandydaci, jak niejaka Marta Zaleszczyk, bratanica podsekretarza stanu w ministerstwie komunikacji, okazywali się aż za dobrzy.
Projekt był oczkiem w głowie rządu i jednym z ulubionych tematem prasy: nie było tygodnia, by Rainera i Kingi nie porównano do Kopernika, Curie-Skłodowskiej czy – najczęściej – Integry i Maurice’a Mylesów, autorów oryginalnej technologii translacyjnej. Uwagi dziennikarzy nie zwrócił jak dotąd fakt, że w odróżnieniu od amerykańskiego rodzeństwa żadne z nich dwojga nie było ani neurologiem, ani fachowcem od sztucznej inteligencji – fakt, o czym Kinga i Rainer aż za dobrze wiedzieli, absolutnie kluczowy dla zrozumienia specyfiki polskiej wersji Programu.
I to właśnie po to, aby wyjaśnić tę specyfikę, rano trzynastego kwietnia po okrągłych trzech tygodniach niekończących się dyskusji i potępieńczych swarów, Rainer Teichmann i Kinga Duchacka wsiedli w ekspres do stolicy i pojechali na spotkanie z prezydentem-elektem Juliuszem Słowackim.
Trzy i pół godziny później, na pół godziny przed zaprzysiężeniem, Kinga machnęła legitymacją PPT do strażnika w Belwederze, a potem machnęła nią do szefa protokołu i zażądała widzenia z prezydentem elektem w bardzo ważnej sprawie.
Prezydent-elekt, choćby nie wiadomo jak był zajęty, nie bardzo mógł im odmówić: w końcu to dzięki nim w ogóle chodził po tym świecie.

Sześć lat wcześniej, jak można było przeczytać w Wyznaniach pielgrzyma, “Polska pierwsza światu otwarła duchem tajemnic wrota”. Prawda, sam proces translacji był znany już od kilkunastu lat, od kiedy Amerykanie przedstawili światu pierwszego IH: fantoma Thomasa Jeffersona, odtworzonego przez zespół lingwistów, psychologów, historyków i lekarzy pod kierownictwem dwójki młodych uczonych, neurolożki Integry Myles i jej brata, specjalisty od sieci neuronowych, Maurice’a. Ideą było nie tyle zrekonstruowanie statycznej osobości, co raczej zbudowanie takiej, która, będąc jak najbliżej oryginału, będzie przy tym w stanie funkcjonować i się rozwijać: ożywianie, innymi słowy, wielkich zmarłych.
Od chwili, kiedy Thomas Jefferson przemówił do narodu z ekranu komputera tamtego czwartego lipca, ludzkość zaczęła powoli przyzwyczajać się do istnienia ihów, Incorporeal Humans: w potężnych sieciach Centrum Jeffersona w Alexandrii w stanie Wirginia żyło już jedenastu wielkich Amerykanów, których osobowości zostały zrekonstruowane i przywrócone światowej kulturze przy pomocy dogłębnej analizy pozostawionych przez nich dokumentów pisanych, nagrań (jeśli były) i świadectw z czasów im współczesnych. Każdy mieszkaniec Ziemi, pod warunkiem wniesienia zastraszająco wysokiej opłaty i odczekania swoich dziesięciu lat w kolejce, mógł teraz umówić się na pogawędkę z George’m Waszyngtonem, Waltem Whitmanem czy generałem Eisenhowerem. Program był ewidentnie sukcesem: kompozycje iha Gershwina nie odbiegały, zdaniem speców, poziomem od tego, co napisał za życia…
Tyle że – co do znudzenia podkreślała polska prasa – prace nad możliwością przeniesienia tych osobowości z wirtualnej rzeczywistości w sklonowane ciała posuwały się wolno, bardzo wolno. Nawet przy najnowszych technologii sam proces translacji też przebiegał powoli: przeciętny “zabieg” – pomijając etap zbierania materiałów – trwał od roku do dwu lat. Technologia była piekielnie dobrze strzeżona; poza USA, Mylesowie sprzedali ją wyłącznie Japonii (ich babka była Japonką, co nie przeszkodziło im zażądać kosmicznie wysokiej ceny – i otrzymać ją). Niemcom ponoć udało się opracować konkurencyjną metodę translacji w ramach Projektu Heine, ale hucznie fetowany Heinrich Heine pozostawał tajemnicą ich laboratorium: nikt, poza specjalistami od programu i kanclerzem Lautnerem, nie miał jeszcze okazji z nim rozmawiać. Co skądinąd Rainera, wiedzącego co nieco o niemieckim programie, zupełnie nie dziwiło:   Projekt Heine był oszustwem – może tylko trochę mniej oszukańczym oszustwem niż program polski….
A Polska, jak napisał były wieszcz i przyszły prezydent, dała przykład i otwarła duchem wrota. Ilekroć Kinga czy Rainer słyszeli te słowa, krzywili się, jakby właśnie jedli wyjątkowo kwaśną cytrynę. Duchem, zaiste.
Mówiąc krótko: przez ostatnie pięć lat świat rzeczywiście przyglądał się Polakom z szeroko otwartymi ustami. Program, którego podstawy polscy uczeni zdobyli ponoć dzięki głębokiemu zaangażowaniu specjalistów od białego wywiadu, a dopracowali dzięki nowatorskości polskiej myśli naukowo-technicznej (w kraju mówiło się półoficjalnie, że wywiad niekoniecznie był całkiem biały), od początku wykazywał się olśniewającymi sukcesami. W myśl zasady “Polak potrafi” w sześć miesięcy translatowano i – uwaga! – wcielono w sklonowane przez polskich uczonych ciało pierwszego polskiego iha. Co więcej, Polska znalazła się także w awangardzie światowego prawodawstwa, nadając ihom prawa wyborcze i wolności obywatelskie, i to na mocy samodzielnie opracowanej legislacji: zaproponowanej przez byłego prezydenta USA ustawy Charta Universalis, regulującej status wszystkich OM (mniejszości ontologicznych) Polska nigdy nie ratyfikowała.
Rok po swoim wybudzeniu pierwszy polski ih postanowił zostać osobą publiczną. Trzy lata potem był już szefem własnego ugrupowania w parlamencie. Sześć lat po translacji wybrano go prezydentem Rzeczpospolitej i to nie tylko dlatego, że miał znane nazwisko i ulicę swego imienia w każdym mieście. Program opanowania postunijnego chaosu i powrotu do tradycyjnych wartości, jak również przywrócenia Polski do łask bożych przy pomocy pozbycia się z kraju nie-boskiego pomiotu okazał się, ku zdumieniu sporej części komentatorów, chwytliwy. Czternastego kwietnia Juliusz Słowacki stanął przed połączonymi izbami parlamentu i przysiągł na Konstytucję, że będzie przestrzegał praw, bronił suwerenności i troszczył się o dobro. Jeżeli głos nieco mu się trząsł, łatwo było to złożyć na karb kamer, jadowitych spojrzeń opozycji i zdenerwowania sytuacją.
Juliusz Słowacki nie był bynajmniej zdenerwowany przysięgą, parlamentem czy obecnością niedoszłego prezydenta Wierzeckiego. Nie; po prostu na kwadrans przed zaprzysiężeniem zakończył rozmowę z dwiema osobami, dzięki którym zaszedł tam, gdzie zaszedł.

*  *  *
Wcześniej, w taksówce, kiedy jechali do prezydenta, Kinga usiłowała ułożyć myśli.
– No ale wiesz – tłumaczyła Rainerowi, który, choć bardzo starał się to przed nią ukryć, ciągle robił wrażenie nieco za mało przekonanego – No nie można mu na to pozwolić. Ten program jest – no wiesz, ja się w ogóle z nim nie zgadzam, bo ja myślę, że te biedne oemy też muszą mieć swoje prawa i tak dalej – a wypędzanie ich z kraju… Prezydent nie może tego zrobić. Ja mu na to nie pozwolę – stwierdziła z determinacją – No, a jak Słowacki się dowie prawdy…. że wiesz, no jeśli oni są grzeszni i nieboscy i znak obecności szatana na ziemi, to co dopiero powiedzieć o nim samym… – urwała. Rainer poczuł ukłucie sumienia, jak zawsze, kiedy była mowa o oemach i ich sytuacji.
– No bo mnie ich, wiesz, no szkoda! – kontynuowała tymczasem Kinga, mówiąc pół do niego, pół sama do siebie – Ja wiem, że większość ludzi im nie wierzy, że mamy tę cholerną komórkę w ABW tylko dlatego, że wszyscy w Europie mają, a nikt w tym kraju nie wierzy tym biednym oemkom… Rainer, ja bym w życiu nie uwierzyła, jakbym nie miała powodu, rozumiesz? Ich nie jest dużo, ale są, i też mają jakieś prawa, nie? Jak ktoś jest… no nie wiem, wilkołakiem, przecież tacy też się wśród oemów muszą zdarzać, nie żebym ja sama takiego spotkała, bo nie, ja tylko spotkałam tę wampirzycę, no wiesz, ale nieważne, w sumie… Ja wiem, że w poprzednim rządzie byli ludzie, którzy wątpili… że są całe ruchy dowodzące, że OM to oszustwo… że Sceptic International i ich kampania racjonalności… a Watykan nie uznający OM też nie pomaga… nie mamy szczegółowej legislacji, tylko co do ihów, ale nie OM…  ale jak ich prezydent pogoni z kraju… wypędzi… Polska dla dzieci bożych, precz z nieboską zarazą… no powiedz, co oni mają zrobić?
A potem taksówka zatrzymała się pod pałacem, a Kinga wyciągnęła legitymację – i się zaczęło.

* * *

–- Myślę – wycedził minister Drucki po tym, jak prezydent Słowacki wyszedł z trzaskając drzwiami – Myślę, że cierpi pani na skrajny przypadek narcyzmu. Po cholerę było wywlekać jakieś takie idiotyzmy, i to teraz? Pani miała polityczne motywy! Co więcej, myślę, że pani pierwsza praca rzuciła się pani na mózg. Na miłość boską, co to za idiotyzmy opowiadała pani panu prezydentowi?!
Drucki był na nich wściekły i Rainera nie do końca to dziwiło: zjawili się tuż przed zaprzysiężeniem, niezapowiedziani – a na dodatek przyznali, że od paru lat bezczelnie oszukiwali i jego, i wszystkich innych. Na dodatek postawili go w sytuacji bez wyjścia; Rainer zdawał sobie sprawę, że zamknięcie w tym momencie programu politycznie nie bardzo wchodziło w rachubę – gorsze byłoby tylko ujawnienie, że zamiast osiągnięć polskiej nauki i cudów wywiadu w sprawę zamieszane było medium ze Śląska i dwójka szarlatanów…
– Co macie na swoje usprawiedliwienie?! – zapytał Drucki z wściekłością – No co? Bo jeżeli to jest prawda, jeżeliście kłamali przez te wszystkie lata, to ja.. no nie wiem, Duchacka, ale wy z kryminału nie wyjdziecie! I wy, i wasz brat, zrozumiano? A wy, Teichman?
– Em, panie ministrze, kein Polnisch – powiedział Rainer szybko, co tylko doprowadziło Druckiego do jeszcze większej pasji.
– Niech pan nie robi ze mnie idioty – wycedził – pracuje tu pan od lat, a Duchacka raczej nie jest lingwistycznym geniuszem i po szwabsku nie gada. Gadaj pan co macie na swoje usprawiedliwienie? I po coście to, do cholery, zrobili?

* * *

Rainer przypomniał sobie pierwsze spotkanie z późniejszym prezydentem: szybki marsz przez ciemne korytarze budynku Projektu za ponaglającym głosem, wołającym do niego po niemiecku, coraz głośniej, coraz głośniej. Na końcu korytarza to pomieszczenie ze stołem sekcyjnym, na którym dwie godziny wcześniej on i Kinga, nie patrząc na siebie, kładli ciało tamtego młodego chłopaka, przywiezione ze Ukrainy Wschodniej dwa dni wcześniej w zamkniętej furgonetce na amerykańskich numerach, zarejestrowanej, gdyby ktoś chciał sprawdzić, na osobę w FBI, której lepiej nie tykać. Blask wylewający się na korytarz zza otwartych nagle drzwi, czarne świece i świetlówki u sufitu w męczącej kakofonii świateł.  Dym o zapachu hyzopu i szałwi. Silke Steiner w jedwabnym szlafroku i – zupełnie nieodpowiednio – płatki śniegu wirujące za oknem w ciszy, zamiast burzy i błyskawic i potoków deszczu z niebos, jakich domagałaby się sytuacja. Kinga, wstrząśnięta, niepewna, pochylona nad stołem do sekcji, płatki śniegu topniejące na jej włosach, jej dłoń wyciągnięta w jego stronę, dająca znak, by podszedł bliżej.
Trzy kroki w stronę stołu. Silke krzyczy, nagle, jak rodząca i ciało na stole otwiera oczy, a Rainer widzi, jak w tych pustych, martwych oknach powoli zapala się światło, jakby gospodarz wrócił do opuszczonego domu; i czuje ulgę, choć wie, że to nie gospodarz, tylko włamywacz, złodziej, dziki lokator, i że to oni sami wręczyli mu klucz.
–- Proszę pana? – pyta Kinga, jej głos, myśli Rainer,  nigdy nie słyszałem, żeby mówiła aż tak niepewnie; pochyla się nad stołem jeszcze głębiej –  Panie Juliuszu? Wszystko w porządku? Jak się pan czuje?
Oczy Kingi spotykają wzrok ożywieńca, a Rainer odwraca się do Silke, półsiedzącej pod stołem, z siwymi włosami zlepionymi potem; nekromantka już prawie usnęła, zmęczona i wyczerpana, po tym, jak duch, który nie dawał jej spokoju od lat, opuścił ją i zamieszkał w tym ciele, które mu podsunęli.

–    – … i tak to było, panie prezydencie – powiedziała Kinga, wyrywając Rainera z nagłego zamyślenia – Cały ten projekt to w sumie była lipa. Nie moja zasługa; wcale nie wykradłam Niemcom technologii, nie jestem takim dobrym szpiegiem. A Rainer nie jest żadnym geniuszem informatyki. I nasz cholerny program translacyjny nie ma nic wspólnego z nauką. To znaczy – z naukami ścisłymi nie ma; myśmy – no, po prostu żeśmy wykorzystali Silke – tą kobitę, nekromantkę – no tą, co u nas jest gosposią w Projekcie – dostarczyliśmy świeże ciało, w śmierci klinicznej, a ten duch… znaczy, pański duch… znaczy…  no… opętał…
Urwała. W pomieszczeniu zapadła absolutna, nie przerywana nawet pomrukiem klimatyzacji cisza. Od kiedy Kinga zaczęła mówić, prezydent Słowacki nie powiedział jeszcze ani słowa. Za oknami, Warszawa grzała się w słońcu, szykując się na dzień zaprzysiężenia.
– Chce mi pani powiedzieć – odwrócony od niej, twarzą do okna, prezydent-elekt odezwał się nagle, cichym głosem – że nie mamy żadnego projektu? Że to wszystko było jedno oszustwo wielkie i do tego magia najczarniejsza? Żeście się zmówili z jakąś niemiecką wiedźmą, dusze z czyśca powyciągali i siłą wepchnęli w ciała nieżywe, ożywieńców-bestie tworzyli? To mi rzec chcecie?!
– W sumie… no tak – powiedziała Kinga, a Rainer popatrzył na nią ze zdumieniem; był przekonany, że gdyby do niego ktoś przemówił tym tonem, nie byłby w stanie wykrztusić ani słowa; sam fakt, że prezydent-elekt zapomniał swojej mozolnie wyuczonej nowoczesnej polszczyzny, był dostatecznym ostrzeżeniem – I dlatego uznałam, że skoro pan prezydent ogłasza taki program, anty OM, to w tej sytuacji… no bo sam pan prezydent jest w sumie OM, nie?… A poza tym, no ja wiem, że pan prezydent ma swoje idee, swoją politykę, ale oni w większości naprawdę nie są groźni, oemy, wie pan: ja tu mam papiery, dowody…
–- O, moja droga pani – Słowacki przerwał jej w pół słowa – o tym to już pomówić wam przyjdzie z ministrem Druckim.
No i pomówili, niestety, a pół godziny potem byli już w drodze do pociągu, podpisawszy klauzulę tajności, oboje bez pracy, oboje z naganą w aktach i z poczuciem, że nie dość, że narobili sobie kłopotów, to jeszcze na dodatek pies z kulawą nogą nie uwierzył w to, co powiedzieli.

* * *

–- No jak ja  miałam to wszystko Druckiemu wyjaśnić?! – Kinga czuła narastający ból głowy. Herbata z ekspresówki stygła na stole, ale przynajmniej po otwarciu okien mieszkanie jakby nieco mniej śmierdziało cebulą – Zwłaszcza po tym, jak ty mu zajechałeś, że nie mówisz na tyle po polsku! O Tomku, o tobie… po co ja się w ogóle zgodziłam na ten kretyński pomysł!
–- Herr Panminister Drucki i tak by ci nie dał wiary – Rainer usiadł obok niej, ale jak zwykle dość daleko, żeby jej przypadkiem nie dotknąć; jego poziom politycznej poprawności  chwilami doprowadzał ją do szewskiej pasji – Wiesz, jak jest przekonanym o twoim całkowitym oddaniu sprawie…
– Oj Rainer, no przestań! – jęknęła – Sprawie, sprawie! Co ja miałam zrobić?! Ten idiota jest moim bratem, i co, miałam pozwolić, żeby poszedł siedzieć? Tam, w Niemczech? Na dożywocie, za szpiegostwo?! Przecież wiesz doskonale, że nie szpiegował! A poza tym… – urwała, zastanawiając się, czy w końcu mu to powiedzieć, czy pozwolić się domyślić samemu.
–- Ty mu uwierzyłaś – powiedział cicho; Kinga zastanawiała się, czy naprawdę słyszy w jego głosie cień smutku.
–- Noo właśnie! Teraz, cholera, do ciebie dotarło? – mimo głośnego protestu, poczuła ulgę, że nie musi wdawać się w wyjaśnienia – Ja mu uwierzyłam! No wybacz, mój brat, pracujący dla korporacji, o której ja wiem, że ma powiązania z wywiadem, złapany na terenie należącym do Projektu Heine… natychmiastowe oskarżenie, nie o włamanie, nie o wkroczenie na teren prywatny, ale o szpiegostwo…. po czym okazuje się, że już wcześniej był podejrzewany, że się spotykał z ludźmi z projektu…. po czym Tomek do mnie dzwoni, do czego nie ma prawa, z nieznanego mi telefonu i mówi, że wykradł im technologię, że mam zrobić wszystko, żeby polski rząd interweniował… że mamy szansę na skok technologiczny nieporównywalny do niczego, co się w ostatnich latach w Polsce stało, największy od czasu rozwiązania Unii… Zaklinał się na wszystkie świętości, że ma te plany… Co mu, do cholery, przyszło do głowy! Ja wykorzystałam wszystkie znajomości, dotarłam do  Wierzejskiego, on był wtedy senatorem, kandydatem na prezydenta… osobiście zaręczyłam, on mi uwierzył, a ja mu zełgałam, żeśmy to z Tomkiem zaplanowali…. no skąd ja miałam wiedzieć, że on zmyśla?! Mój rodzony brat! Przecież musiał wiedzieć, jak to się skończy! Jak on mógł mnie tak oszukać?!
Podniosła oczy na siedzącego obok towarzysza. Coś w twarzy Rainera, nerwowe spojrzenie, jakie w  niej utkwił – nigdy nie wychodziło mu ukrywanie uczuć, pomyślała – nagle kazało jej podejrzewać, czego właściwie jej nie mówił.
– Rainer? – zapytała podejrzliwie – Kiedy ty poznałeś mojego brata?
–  – Ja?
–  – Nie, ksiądz proboszcz. Rainer… to nie ty mu podsunąłeś ten nienormalny pomysł?
–  – Ale…
–   – Rainer!
–   – No dobrze. Przez swoje kontakty dowiedziałem się o twoim bracie. Pracowałem wtedy dla Projektu Heine…
–   – No wiem, wiem. Ale Tomek….?
–    – Poznałem, że go aresztowali. Ja…
–    – A ty go znałeś wcześniej?
–    – Kinga?
–    – Tak?
–    – To ja byłem pracownikiem Projektu, z którym Tomek rozmawiał.
–    – Że co?!
–    – Ja. Aleśmy o pracy rozmawiali niewiele. Kiedym się dowiedział, że go policjanci zaaresztowali, dałem mu znać, żeby postarał sie o protekcję rządową, a ja mu starczę plany.
–   – Dostarczę – poprawiła go machinalnie.
–  –  Dostarczę. Kinga, on też nie wiedział. Jam go jak ciebie oszukał. Tomasz, kiedy tobie dzwonił, miał ode mnie obiecane, że otrzymacie dla Polski udany sposób translacji. Ja…
W pokoju zrobiło się nagle zbyt duszno, by dało się swobodnie oddychać. Kinga mrugała, patrząc na partnera i zdając się go nie widzieć. Nie zdawałam sobie sprawy, że tu tak cicho, przyszła absurdalna myśl.
–  – Rainer? – powiedziała Kinga nagle wysokim, niepewnym głosem; kiedy otworzył usta, by jej odpowiedzieć, gestem przerwała mu wpół słowa – Zamknij się. I wynoś się z mojego domu. Już.

Nie umiała się długo wściekać. Zadzwoniła do niego, zanim jeszcze zdążył zejść ze schodów (Rainer w zasadzie nigdy nie korzystał z windy).
–  – Rainer?
–   –  Słucham ciebie?
–   – Wracaj – powiedziała, dziwiąc się własnemu spokojowi.
–   – Kinga? O co tobie..
–    – Wracaj tu, jeszcze z tobą nie skończyłam.
Kiedy zadzwonił, pozwoliła mu chwilę postać po drzwiami, zanim otwarła i wpuściła go do środka.
– Po cholerę  w ogóle on tam polazł? – zaatakowała, ledwie przekroczył próg.
-–    Kto?
–   – No kto, kto? Tomek!
–   – Nawet jakbym wiedział, to nie powiem. Obiecałem – odpowiedział jej po chwili ciszy; nie miała już siły się na niego wściec.

***
Kinga, w spodniach i t-shircie, drzemała skulona na przykrytym kapą tapczanie. W półśnie docierało do niej, że Rainer rozmawia z kimś półgłosem przez telefon. Powinnam  sprawdzić, z kim gada, pomyślała – ale tak strasznie nie chciało się jej wstawać i pytać, do kogo dzwoni o tej porze…
Nad ranem obudził ją szum wody; Rainer, jak się okazało, postanowił zabrać się za zmywanie naczyń.
– – Daruj… – odkaszlnęła, czując, że boli ją gardło; trudno się dziwić, po wczorajszej ulewie i przemoknięciu – Daruj sobie te gary. Co ty tu w ogóle jeszcze robisz?
–  –  Sprzątam – odpowiedział spokojnie – Chcesz, żeby ci zrobić kawę?
–   – Mmm… za moment… – wymamrotała i naciągnęła koc na głowę.

Trzy godziny później, kiedy siedziała w fotelu nad kubkiem kawy, usłyszała od Rainera zaskakującą i raczej nieoczekiwaną propozycję.
–   – Zwariowałeś – odpowiedziała, zbyt zaskoczona, by powiedzieć coś więcej.
–   – Nie sądzisz, że to dobry pomysł? – spytał, najwyraźniej urażony.
–   – No nie.. ale tak nagle? Rainer – zapytała nagle, podejrzliwie – kiedy ci to przyszło do głowy?
Spojrzał na nią; wyglądał, pomyślała ponuro, jak wcielenie niewinności z tymi swoimi ciemnymi włosami i długimi jak u dziewczyny rzęsami.
– Wiesz – powiedział Rainer – W sumie te łgarstwa musiały kiedyś się nadać.
–  Wydać – poprawiła mechanicznie.
– Wydać – powtórzył – Dziękuję. No wywalili nas z pracy. No trudno. Założymy sobie swoją własną agencję, chodziło mi to po głowie przez jakiś czas. Zafiliujemy się z Interpolem…
– To kosztuje – przerwała mu Kinga – Wykupienie licencji na prywatną policję takoż. Nie wiem, jak ty, burżuju, ale ja nie mam kasy.
– Spokojnie – powiedział Rainer, aż promieniejąc samozadowoleniem; Kinga pomyślała podejrzliwie, że miał to wszystko aż za dobrze zaplanowane – Znam ludziów – ludzi? – w FBI. Dzwoniłem wcześniej. Pomogą przy procedurze. Będziesz mogła sobie z powrotem pracować z tymi… oemkami…, tropić wilkołaków i takie….Zatrudnisz twojego bezrobotnego brata,  sama sobie będziesz – jak wy to mówicie? – sterem, żeglarzem, okrętem…
– Hmmm – Kinga sięgnęła po stojący na stole kubek, starając się nie okazać nadmiernego entuzjazmu – Muszę to sobie przemyśleć.

Pół godziny później, kiedy przemyślała i uznała, że jej nazwisko, poprzedzone przez dyrektor, będzie wyglądać całkiem fajnie na nowej wizytówce, przypomniała sobie jeszcze coś.
– Rainer! – zawołała, podchodząc do drzwi łazienki; przez szum wody słyszała, jak coś do siebie śpiewał pod  prysznicem. Zakręcił wodę i usłyszała go wyraźniej  – Poczekaj, już wychodzę.
– Taak? – otwarł drzwi; miał absurdalny zwyczaj wychodzić po kąpieli w pełni, najchętniej formalnie ubrany, tak jakby kapcie i szlafroki w jego świecie nie istniały.
– Jak myślisz, kto będzie nowym szefem PPT? – spytała.
– Zaleszczyk – powiedział bez zastanowienia.
– Wiesz czy zgadujesz?
– Zgaduję – odparł – ale myślę, że ona, nikt inny. Drucki jej ufa. I jest, wybacz moje słowa, dostatecznie głupia.
– Rainer?
– Tak?
– Jak Zaleszczyk zostanie szefem projektu, a prezydent wprowadzi to swoje prawo – powiedziała z namysłem, czując, jak na jej twarz wypływa szeroki uśmiech – to ta nowa agencja, w której będę szefem, będzie miała mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo zleceń…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s