2012 – Dla Carrie

2012, święta i mój egocentryczny pomysł na mniej więcej prezenty. Dla Carrie – niedokończony fragment czegoś, co wiem, jak się skończy, ale nie bardzo wiem, co ma w środku.

OCZY TWE ŻWIREM ZAGASNĄ

dla Carrie, która chyba wie, dlaczego.

Moja siostra Kluentia postanowiła, niestety, znaleźć kolejnego męża.

Gdy chodziło o strategiczne planowanie podbojów, Kluentia była staranniejsza od Cezara i Aleksandra razem wziętych. Nowa szata, egipska barwiczka, uśmiechy rzucane ukradkiem i niby przypadkowe spotkania – kampania zawsze przygotowana była co do najmniejszego szczegółu. Jak każdy wybitny wódz, Kluentia potrafiła przy tym improwizować w trudnej sytuacji i miała znakomicie zorganizowany wywiad: żony i córki klientów jej zmarłego męża, ich służące i niewolnice, zawsze były gotowe dowiedzieć się, jakie potrawy lubi wybranek i jak się dla niego ubrać (jakby mnie płaciła tyle, co im, też bym była gotowa). Kluentia potrafiła również wiele poświęcić dla sprawy – pewnego razu zastałam ją na wkuwaniu na pamięć uczonego greckiego poematu o położeniach ciał niebieskich. Moja siostra nienawidzi greki i włada nią bardzo średnio, ale akurat wtedy celem jej zabiegów był przystojny grecki retor, świeżo przybyły na dwór i gustujący w kobietach uczonych…
Aleksander nie przegrał w życiu ani jednej bitwy, a Kluentia zawsze zdobywała mężczyzn, na których akurat miała ochotę. Miałam jednak wrażenie, że tym razem Aleksandrowanie Kluentii się skończy i moja siostra wreszcie zaliczy porażkę. Szczerze mówiąc, trochę jej tego życzyłam – i to nie tylko dlatego, że jako westalka sama skazana byłam na celibat. Nie będę komentować mojego stosunku do celibatu.
Tym razem Kluentia, wdowa po senatorze, zagięła parol na jego przystojnego i
zamożnego dziedzica, Sekstusa Newiusza i usiłowała go usidlić z uporem godnym lepszej sprawy. Na jej korzyść miał rzekomo działać fakt, że po pladze nagłych zgonów, jaką przyniosła nam klątwa rodzinna, Sekstus Newiusz był teraz jej prawnym opiekunem, pater familias naszej rodziny. Plan uwiedzenia go musiał jednak być skazany na klęskę: nawet ja, westalka żyjąca (przynajmniej oficjalnie) z dala od spraw świata, słyszałam, że Sekstus Newiusz nigdzie się nie rusza bez swojego greckiego ulubieńca, Palladiosa. Widziałam ich raz czy drugi przy różnych okazjach w Mieście: przystojny mężczyzna w sile wieku, zapatrzony jak w obrazek w jasnowłosego, ślicznego jak laleczka chłopaka o łagodnych rysach. Sekstus miał już poza tym córkę z poprzedniego małżeństwa i do kolejnego ślubu zapewne się nie palił, a poza tym – znam swoją siostrę i od początku było dla mnie oczywiste, że nie zadowoli się pozorami małżeństwa i tytułem oficjalnej małżonki. Rywala w sypialni – zwłaszcza uroczego siedemnastoletniego niewolnika – po prostu nie zniesie, i tyle. Gdyby Sekstus Newiusz zauważył choć jedno ze spojrzeń, jakie Kluentia rzucała Palladiosowi, ilekroć zdarzyło się jej go spotkać, powinien był wiedzieć, że dla dobra chłopca i własnego lepiej się było z nią nie spoufalać.
Tyle, że była jeszcze ta druga sprawa: ja i moja siostra, a raczej ja i moja niewolnica Syra, uratowałyśmy Sekstusowi życie, przepędzając upiora z jego willi; nieszczęśnik czuł się za to głęboko wdzięczny i zobowiązany, a że ja nie pozwoliłam okazywać sobie wdzięczności (nie mam zamiaru podpaść przełożonej, przyjmując dary od mężczyzn!), padło na Kluentię, która z kolei nie miała nic przeciwko temu. Co więcej, postanowiła wykorzystać sytuację najlepiej, jak potrafiła.
– Niezależnie od twoich zastrzeżeń, ja i tak myślę, że to niezły kandydat, Awito. Może i ma pewne wady, ale odziedziczył naszą willę i w sumie cały majątek Marka – powiedziała, kiedy odwiedziła mnie ostatni raz w świątyni Eskulapa, gdzie dochodziłam do siebie po spotkaniu z upiorem – I ma dorosłą córkę, znaczy – może mieć dzieci. Na pewno będzie chciał syna.
– I ma Palladiosa – dodałam zgryźliwie.
– Przy tym jest niezwykle przystojny. Przyjrzałam mu się ostatnio bliżej, ma cudownie piękne oczy i zgrabne nogi…
– I ma Palladiosa – nie mogłam się oprzeć.
– A do tego ma taki miły, przyjemny charakter; nigdy nie mam wrażenia, że go nudzę czy irytuję swoją kobiecą głupotą…
– I ma Palladiosa – dorzuciłam, ale znowu udała, że mnie nie słyszy.
– Poza tym interesują go naprawdę fascynujące rzeczy – wiedziałaś, że napisał traktat o wróżbiarstwie i haruspikach?
– Nie. Ale ma Palladiosa – powiedziałam z lekką desperacją.
– Moglibyśmy zamieszkać w moim domu w Rzymie, a latem wyjeżdżać do jego willi w Arycji… Sekstus ma tam niedużą, ale znakomitą winnicę…
– Ale ma też Palladiosa! – powiedziałam dobitnie – W Arycji i gdzie indziej, zazwyczaj w swoim łóżku! Możesz sobie udawać, że mnie nie słyszysz, ale co ty, ty ze wszystkich znanych mi kobiet, zrobisz z mężem, który woli greckich chłopców od ciebie?!
Kluentia popatrzyła na mnie ze świętoszkowatym oburzeniem; domyślałam się, że jej następne zdanie będzie się zaczynało od słów „a cóż ty, westalka…”
– A cóż ty, westalka, możesz wiedzieć o małżeństwach? – zapytała z udawanym pobłażaniem, choć widziałam, że w rzeczywistości była zła jak osa – Moje drogie dziecko, mężowie zawsze mają kogoś na boku; byłoby wręcz nienaturalne, gdyby nie mieli! Nie ma się czym przejmować, tak bywa zazwyczaj…
– A Imperator? – zapytałam. Wiedziałam, że ten temat doprowadzał ją do szału.
– Nasz Imperator to co innego – nadęła się Kluentia – jego prowadzi boski geniusz. I nie myśl, że uda ci się zmienić temat. Ten… jak mu tam?… Palladios… zupełnie mnie nie martwi. W prezencie ślubnym sama kupię mężowi trzech młodszych i ładniejszych od niego!
– Bo z trzema będzie ci łatwiej, niż z jednym – przerwałam jej – zwłaszcza tym jednym; weź ty i zwróć uwagę, jak on na tego Palladiosa patrzy! Nie wygrasz z tym chłopakiem, nie masz szans!
– JA nie mam szans?! – oj, nie trzeba było tego mówić – No to zobaczysz.
– Sekstus nawet ci się jeszcze nie oświadczył – mruknęłam, pokonana.
– To akurat tylko kwestia czasu – stwierdziła Kluentia – I nie musisz się martwić Palladiosem w moim imieniu. Ma już prawie osiemnaście lat, lada moment zacznie się golić.  Dorośnie, zbrzydnie, zrobi się z niego sekretarza i po problemie.
Po problemie, zaiste – nie ma to jak moja siostra, gdy chodzi o odsuwanie od siebie kłopotów. Ja mam raczej tendencję do rozważania ich w nieskończoność – jak to na przykład było z moim obecnym położeniem.
Nie miałam najmniejszej ochoty wracać do Domu, co samo w sobie nie było żadnym novum. Obawiałam się, że Virgo Maxima znowu znajdzie powód, żeby mi dokopać, dołożyć dodatkowej roboty, zrobić na złość; nie miałam też najmniejszej ochoty na plotkarskie towarzystwo moich koleżanek.
Nie przepadam za Rzymem. Nie cierpię Domu Westalek. Nie cierpię w ogóle bycia westalką, ceremonii i pompy, oficjalnych strojów, strzeżenia świętego ognia i mielenia ofiarnej mąki. Najbardziej z tego wszystkiego nienawidzę celibatu, do którego się kompletnie nie nadaję, a jestem na niego skazana w zasadzie dożywotnio – będę dziewicą Westy do trzydziestego dziewiątego roku życia, potem, niestety, już tylko starość; zamiast domu i dzieci zostanie mi kupowanie przystojnych niewolników na targu. Na dodatek moja siostra Kluentia bynajmniej nie ułatwia mi życia, dzieląc się ze mną – czy chcę, czy nie – swoimi kolejnymi matrymonialnymi planami.

Do Rzymu wróciłam, oczywiście, ze ściśniętym sercem i bólem głowy. W Mieście panował skwar, jak zwykle w letnich miesiącach; w ogóle mało kto poza biedotą pozostał w metropolii – wszyscy, którzy mogli, wynieśli się na wieś. Moja siostra skorzystała z uprzejmego, nawet jeśli nieco wymuszonego, zaproszenia Sekstusa Newiusza i pojechała do niego do Arycji. Zastanawiałam się, czy ona z kolei zabrała ze sobą swoją ostatnią zabawkę, niewolnika imieniem Fojniks, którego wyłudziła od zarządcy domu naszej zmarłej szwagierki i z którym od tej pory sypiała – oczywiście wtedy, kiedy nie posyłała go mnie jako pomocnika czy stangreta, żeby mnie wprawiać w zakłopotanie. Fojniks, moim zdaniem, potrafił wprawić kobietę w zakłopotanie, a mężczyznę w atak zazdrości, i to jednym spojrzeniem. Na miejscu mojej siostry nie wiozłabym go ze sobą do Arycji, gdybym wybierała się tam złapać męża.
Ale to nie ja jechałam po małżonka do willi nad jeziorem. Mnie nie pozostało nic innego, jak tylko stawić się na rozkazy V. M. w Domu Westalek.
Zjawiłam się tam przed wieczorem; towarzyszyła mi moja Syra i kilkoro innych niewolników. Virgo Maxima gościła u Imperatora; w Domu powitały mnie więc tylko współtowarzyszki niedoli. Odpowiedziałam uprzejmie na kilka tysięcy pytań dotyczących mojej choroby i rekonwalescencji, prześlizgnęłam się jakoś po problemie upiora straszącego w rodzinnej willi i po dłuższym przesłuchaniu przez życzliwe koleżanki wymknęłam się w końcu spać.
Sypiałam ostatnio długo, odreagowując ostatnie miesiące, kiedy uciekałam przed snami, w których objawiali mi się pomordowani i potwory; nie żeby nagle przestali, ale teraz miałam przynajmniej dla nich gotową odpowiedź: „Moi drodzy zmarli, to ja, Awita. Pozbyłam się waszego zabójcy, ja osobiście (no, z niewielką pomocą Syry i Fojniksa), ergo wynocha z moich snów!”. Podczas kuracji kapłani Eskulapa kazali mi sypiać w świątyni, żeby przepędzić koszmary, a ja nie protestowałam. Lubię spać; najbardziej cieszy mnie, że nie muszę wtedy myśleć, a zwłaszcza zastanawiać się nad tym paskudnym momentem, kiedy w naszej nawiedzanej przez zjawę willi poczułam obecność ducha, zobaczyłam jego przeszłość i jego myśli. Każdego wieczoru w świątyni Eskulapa powtarzałam wezwanie do boga: pozwól mi zapomnieć, że umiem  zrobić coś takiego, nie chcę być w ten sposób w cudzej głowie nigdy więcej. Nie pomagało; nie mogłam przestać o tym myśleć. Kiedy spałam, to nie myślałam – ergo, od czasu sypiałam ile tylko się dało.
Tego wieczora jednak, zmęczona po podróży i wciąż jeszcze nie tak silna, jak bym chciała, nie mogłam usnąć. Syra przygotowała mi napój na sen, ale i tak nie skutkowało. Po północy, kiedy nawet ona już nie wytrzymała, wzięłam po cichu kaganek i zeszłam do atrium; może posiedzenie wśród klatek z ptaszkami, u stóp posągu króla Numy, choćby trochę mnie uspokoi.
Dopiero kiedy byłam już w atrium uświadomiłam sobie, że być może w mojej sytuacji, po moichostatnich przygodach, siadanie u stóp posągu to nie jest najlepszy pomysł. Nawet jeżeli jest to posąg dobrego króla-prawodawcy. Posnułam się trochę po atrium, posłuchałam plusku wody i wróciłam do swojej komnaty. Położyłam się, okryłam same stopy cienkim płóciennym prześcieradłem – było duszno, zbierało się na letnią burzę – i po chwili wreszcie zapadłam w sen.

Następne trzy dni spędziłam przy świętym ogniu – to jest i tak najmniej uciążliwy z moich obowiązków i nie cierpię go najmniej. Świątynia, tuż przy naszym Domu, jest nieduża, rozświetlona blaskiem płomieni; w jej okrągłych murach kryją się stare święte przedmioty, latem upalne powietrze pachnie kurzem. Są tu posągi – na czele z drewnianym palladium Minerwy, które Eneasz wywiózł z płonącej Troi – ale żaden z nich nie przedstawia mojej bogini; Westa, jak mówią, objawia się tylko w płomieniach, czysta jak one, jak one bezlitosna. Ogień oczyszcza, ergo my musimy pozostać czyste; ale też umieramy, jeżeli tej czystości się sprzeciwimy. Przynajmniej czynem, znaczy – jak na razie pani Westa nie uznała za stosowne ukarać mnie za moje fantazje.
Trzy dni zeszły mi na służbie. Czwartego zostałam wezwana przez V. M.
– Wyglądasz fatalnie, Awito – powiedziała; jakimś cudem jej głos był jednocześnie niski i skrzypiący. Stałam ze schyloną głową, nie odrywając wzroku od eleganckiej marmurowej podłogi jej prywatnych komnat – Jesteś blada, wychudzona i masz paskudne włosy; obrażasz boginię samym swoim wyglądem.

Cóż miałam powiedzieć starej jędzy na takie dictum? Spuściłam głowę jeszcze niżej, nie dbając o to, że moje – jak ona to ujęła? – paskudne włosy przez to jeszcze bardziej rzucają się w oczy.
– Nie sądzę – kontynuowała Virgo Maxima, niezrażona moim milczeniem – abyś była już gotowa do służby bogini. Widziałam cię wczoraj przy ogniu – wstyd, oczy ci się same zamykały!
Co prawda, to prawda, przyznałam w duchu ponuro. Spać to mi się chciało, zwłaszcza trzeciego dnia, wręcz nieziemsko.
– Moja droga, ty już jesteś poważną westalką, z pewnymi obowiązkami – aha, oto i ulubione słowo, pomyślałam – Służysz w świątyni od dwunastu lat, powinnaś świecić przykładem. Rozumiem twoją chęć powrotu do obowiązków za wszelką cenę, bardzo ci się to chwali – czyżbym wyczuwała cień ironii w jej głosie? – ale takie…pochopne… działania nie przynoszą niczego dobrego, ani bogini, ani tobie. Potrzebujesz opieki i rekonwalescencji: najwyższa pora, żebyś zamiast  tej swojej Arabki kupiła jakąś porządną niewolnicę, która by się o ciebie umiejętnie troszczyła.
– Syra nie jest Arabką – powiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć – Jej matka ma syryjską i grecką krew, a ojciec…
– Awito – powiedziała ze zniecierpliwieniem moja przełożona – a kogo to obchodzi? Arabka, nie Arabka, grunt, że o ciebie nie dba. Moim zdaniem powinnaś ją sprzedać i kupić jakąś bardziej doświadczoną kobietę. I nie pokazuj mi się w świątyni przez najbliższe siedem dni, zrozumiano?
– A na służbie, pani? – zapytałam pokornie, usiłując nie pokazać po sobie zadowolenia.
– Ani na służbie! – syknęła – A teraz już cię tu nie ma!

– Powinnam cię sprzedać – powiedziałam do Syry, kiedy wróciłam do siebie; kiedy weszłam, była zajęta czyszczeniem mojego srebrnego naszyjnika – i kupić jakąś bardziej doświadczoną kobietę. Tam mówi Virgo Maxima. Myślisz, że ma rację?
– Virgo Maxima Vestalis ma oczywiście zawsze rację, pani – Syra nawet nie podniosła oczu znad srebrnych ogniwek; groźba sprzedaży kompletnie jej nie przestraszyła – Kiedy pani była w świątyni, przyszedł tu z pismem od pani Kluentii niewolnik Fojniks. Leży na łóżku.
– Kto, Fojniks?! – zapytałam, nie wierząc własnym uszom.
– Nie, list – Syra wzruszyła ramionami – Fojniksa odprawiłam. Wiem, że pani go nie lubi.
Gdyby nie ten cień uśmieszku w kąciku ust, mogłabym nawet wziąć jej naiwność na dobrą monetę.
– No dobrze – westchnęłam – Może faktycznie powinnam cię sprzedać. Zrobiłaś się stanowczo zbyt bezczelna. Dawaj ten list!
Wyglądało na to, że Kluentia jak zwykle była bliska postawienia na swoim. Miałam, jeżeli tylko mogę, przyjechać do niej do Arycji i obserwować z bliska ostatnie, decydujące etapy polowania na Sekstusa Newiusza. Kluentia dołączyła też tabliczkę z notką od Sekstusa. Gospodarz byłby więcej niż szczęśliwy, mogąc gościć pod swym dachem czcigodną dziewicę Westy; na wszelki wypadek zaprosił też swoją owdowiałą ciotkę Vibię Sabinę, aby mi dotrzymywała towarzystwa.
No świetnie. Triumfująca Kluentia, czterdziestolatek zadurzony we własnym niewolniku i siedemdziesięcioletnia ciocia. Czy ja naprawdę wolę spędzać czas w ich towarzystwie niż spokojnie odpoczywać w Domu?
Zadecydował upał. Po godzinie w swojej komnacie, mokra od potu, z trudem oddychając, z tęsknotą pomyślałam o zielonych gajach Arycji i o bryzie wiejącej od jeziora Nemi. Kazałam się Syrze spakować i przygotować do podróży; do Arycji jest bardzo blisko, jeżeli wyruszymy odpowiednio wcześnie rano, powinnyśmy być na miejscu po południu.

Wyruszyłyśmy tak wcześnie, jak tylko udało nam się wybrać: moja siostra zostawiła mi do dyspozycji swój własny powóz i konie, podróż do Arycji miałyśmy więc wygodną i niedługą.

Posiadłość Sekstusa Newiusza leżała przy samym jeziorze, w pięknym miejscu: willa stała otoczona zielenią drzew, a za nią, na stokach pagórków, rozciągały się winnice. Biel i ciemna zieleń, spokój i cisza – tego mi trzeba, pomyślałam.
Kluentia i Newiusz czekali na mnie w ogrodzie przed wejściem. Moja siostra poważnie podeszła do kwestii łapania męża: miała na sobie zupełnie nowy i nie do końca odpowiedni dla matrony w jej wieku strój z najdelikatniejszego (i chwilami więcej niż odrobinę prześwitującego) płótna, włosy kunsztownie ułożone, a uszy i nagie ramiona przyozdobione złotem. Wpatrywała się zalotnie w stojącego obok mężczyznę, wysokiego i postawnego, o ciemnych włosach i gładko ogolonej twarzy.
– Witam, czcigodna dziewico Westy – Sekstus Newiusz miał przyjemny, głęboki głos. Uśmiech sprawiał, że jego twarz ożywiały drobne zmarszczki; w czarnych włosach było już widać pierwsze ślady siwizny – to dla nas wielki zaszczyt. Właśnie mówiłem mojej drogiej pani Kluentii, jak bardzo się cieszę…
Przedstawiono mi resztę gości. Ciotkę rozpoznałam bez problemu, ale nie znałam żadnej z towarzyszących jej dwóch kobiet. Zagadka wkrótce się rozwiązała: młodsza z nich, mocno zbudowana i ciemnowłosa dwudziestoparolatka okazała się Newią Sekstillią, córką naszego gospodarza. Ciotka Vibia Sabina wychowała ją właściwie sama, podczas gdy ojciec zajęty był karierą i pogonią za pięknymi chłopcami. Teraz Sekstillia była już mężatką i – jak głosiła stugębna plotka w Mieście – bezskutecznie starała się zajść w ciążę; nie znałam jej męża, wiedziałam tylko, że poślubiła któregoś z braci Cezoniuszów. A jeżeli rodzinne podobieństwo nie kłamało, druga z pań – postawna i wyniosła, z wysokim kokiem jasnych włosów, zupełnie nie pasujących do jej ciemnych oczu i zrośniętych nad wydatnym nosem czarnych brwi – musiała być szwagierką Newii, Cezonią, znaną w całym Mieście z zafascynowania egipskimi i perskimi kultami oraz z niewiarygodnej wręcz pretensjonalności. Nigdy jej nie spotkałam, ale co się nasłuchałam, to moje: Cezonia, ku zachwytowi swoich przyjaciółek i oburzeniu tradycjonalistów w rodzaju V. M., stylizowała się na czarodziejkę i wieszczkę, pozostającą w stałym kontakcie z bogami. Osobiście, po mojej przygodzie w gaju Furriny, miałam spore wątpliwości co do rzekomego doznania boskiego spokoju i rozkoszy, jaka zdaniem Cezonii spływała na człowieka w rezultacie tegoż kontaktu. No ale cóż było robić: zacisnęłam zęby, uśmiechnęłam się fałszywie i podeszłam do całego tego towarzystwa. Następnie przez dłuższą chwilę konwersowałam z Vibią Sabiną o tegorocznych zbiorach i udawałam, że nie słyszę, jak Cezonia teatralnie ścisza głos, opowiadając mojej siostrze o miłosnej nocy, spędzonej w objęciach jakiegoś egipskiego demona.
Na szczęście zaraz potem Sekstus Newiusz poprosił na obiad. Jedzenie podano nam w ogrodzie; zasiadłam zadowolona obok mojej siostry, nasz gospodarz wyłożył się wedle zwyczaju naprzeciwko nas. Rozmowa przy stole toczyła się na tematy towarzysko-rodzinne; widziałam, że Sekstus Newiusz stara się za wszelką cenę unikać rozmów, które dla mnie mogłyby być, że tak powiem, nieodpowiednie – jak, powiedzmy sobie, nieprzystojne plotki albo temat ewentualnego małżeństwa mojej siostry.
– Tak, mam wrażenie, że pani Kluentii podoba się w okolicy – mówił do mnie, kiedy czekaliśmy na główne danie: miejscowe ryby, duszone z figami – Oglądaliśmy z daleka sławny gaj Diany Nemorejskiej, może nawet się tak wybierzemy… Zresztą pani siostra świetnie sobie radzi sama. Dwa dni temu wybrała się na  samotną przejażdżkę na mule… nie było jej pół dnia, prawda, moja droga?
No, no, pomyślałam; znając moją siostrę, zapewne ujechała niewielki kawałek, ukryła się gdzieś w zagajniku i czekała, aż Sekstus Newiusz wyruszy ją ratować. Cóż za rozczarowanie – nawet nie zauważył, że “zaginęła”…
– Tak, okolice są niezwykle piękne, a przy tym zdrowe… nie sądzi pani, czcigodna Vibio Sabino? – zapytałam równie uprzejmie.
Rozmowa toczyła się w tym tonie przez dłuższy czas. Przy stole rozglądałam się bacznie dookoła, zarówno wśród gości, jak i służby; rozpoznałam ze trzy znane mi niewolnice mojej siostry, w tym jej garderobianą Anaktorię i kilku przystojnych młodych mężczyzn, ewidentnie klientów albo wyzwoleńców, ale ani śladu osoby, której poszukiwałam.
– Gdzie Palladios? – wymamrotałam do mojej siostry półgębkiem.
– Odesłany chwilowo do rzymskiej świątyni Eskulapa, że niby na kurację – odpowiedziała szeptem.
W tym momencie byłam skłonna uwierzyć, że moja siostra może i ma jakieś szanse; to złudzenie prysło, gdy wprowadzono mnie do wnętrza eleganckiego, zadbanego domu. Przeszłam się po pokojach i, kiedy tylko zostałam sam na sam z Kleuntią, stwierdziłam definitywnie:
– Daj sobie spokój.
– No coś ty?! – spytała moja siostra z niedowierzaniem – wszystko idzie zgodnie z planem. Już mówi o mnie „moja droga”! Musiałabym chyba na głowę upaść, żeby teraz odpuścić!
– Kluentio? – zapytałam podstępnie – ile posągów kobiet, bogiń i nimf znajduje się w tej willi?
Zmarszczyła brwi.
– Noo… – powiedziała – Jest ten portret Newii Starszej w niszy przy wejściu do atrium…
– To jego cioteczna prababka – ucięłam krótko – Starsza pani, w stroju westalki i bez zębów.
– Co jeszcze?
– Główka damy przy wejściu do triclinium…
– Atia, matka naszego cezara, nie poznajesz? – zapytałam – Mieszkała tu w okolicy, wielu ludzi ma jej portrety. Co jeszcze?
–  Na ścianie w triclinium to malowidło z Wenus na łące…
– …. Którą ledwie widać zza tłumu baraszkujących, nagich, różowych amorków – przerwałam jej – I to by było na tyle. No dobrze. To jakie dzieła sztuki są w tej willi?
– Przestań mnie odpytywać! Czuję się jak mała dziewczynka na lekcjach z Kore! – warknęła.
– Zrób mi tę przyjemność – powiedziałam – i opowiedz mi, jakież to dzieła sztuki są w tej willi. Proszę.
– Żebyś mi mogła dogadywać? Nie ma mowy! Przecież sama widziałaś – odcięła się, naburmuszona.
– No proszę cię, opowiedz mi o nich – powtórzyłam; wiedziałam, że tylko uporem mogę coś wskórać.
– Jest tu mnóstwo zwojów dotyczących magii, wróżbiarstwa i haruspicjów. Nie dalej jak wczoraj Sekstus Newiusz opowiadał o składaniu ofiar z ludzi i wróżbach z ich wnętrzności, cóż za barbarzyński zwyczaj…
– Ale ja nie chcę słuchać o zwojach – powiedziałam cierpliwie – Ani tym bardziej o ofiarach z ludzi. Opowiedz mi o rzeźbach.
– No dobra, zapomniałam, że masz obsesję na punkcie posągów nagich mężczyzn; nieładnie, nieładnie, ślubowałaś czystość! – Kluentii najwyraźniej wydawało się, że znalazła na mnie

sposób – Musisz wiedzieć, że to są wszystko cenne rzeczy: albo dobre kopie, albo greckie oryginały, świetna lokata pieniędzy, poza wszystkim. Na przykład ten wzorowany na Praksytelesie satyr w ogrodzie, przy drzewie oliwnym….
– Ten bardzo… satyrowy… satyr? – zapytałam słodko. Na moje oko, satyr wyglądał tak, jakby artysta rzeczywiście usiłował naśladować Praksytelesa… do pewnego stopnia. Poza tym, usiłował jednocześnie zadowolić czyjeś przekonanie o możliwym rozmiarze pewnych części ciała. Rezultat był… cóż, dość mało prawdopodobny anatomicznie. O ile mi wiadomo, znaczy.
– Moje dziecko, satyrowie zawsze są pokazywani z… no, w taki sposób – poprawiła mnie Kluentia tonem kobiety uczonej – Sekstus Newiusz jest wielbicielem sztuki, a ty, dodam na marginesie, na pewne rzeczy w ogóle nie powinnaś patrzeć. Lepiej omijaj wzrokiem tego satyra, kochanie; dla ciebie znacznie bardziej stosowny będzie przywieziony z Egiptu śpiący Endymion, który stoi w tablinium.
Taa, pomyślałam ponuro, Endymion, akurat. Uśpiony młodzieniec o gładkim ciele z białego marmuru, z odrzuconą do tyłu głową i kusząco półotwartymi ustami. Kunsztownie rzeźbiona draperia okrywała jego biodra i spływała wzdłuż lewej nogi, ale jej ściśle przylegające do ciała fałdy niewiele pozostawiały wyobraźni. Na dodatek głowa posągu ewidentnie nie była oryginalna: dopasowano ją później, a barwa marmuru była minimalnie różna. Rysy śpiącego – półprzymknięte oczy, ciężkie powieki pod prostymi, idealnie wypielęgnowanymi brwiami, zmysłowo rozchylone wargi – podejrzanie mi kogoś przypominały.
– Ten Endymion z głową Palladiosa?- zapytałam niewinnie.
– Nie można mu odmówić urody – wycedziła moja siostra.
– Kluentio – powiedziałam – Ja, jak sama zauważyłaś, nie znam się na mężczyznach, ale ten dom i zbiory sztuki mówią mi jedno: ich właściciela nie interesują kobiety. Zgadzam się, jest uroczy, czarujący i inteligentny, a przy tym dość bogaty i wpływowy, żeby zapewnić żonie spokojny żywot. Na pewno byłby dobrym mężem dla kobiety, która nie znosi małżeńskich obowiązków albo nie chce więcej zajść w ciążę… ale nie dla ciebie. Ty zwariujesz, zmuszona do życia z mężczyzną, który cię nie wpuści do swojej sypialni…
– No widzisz, a ja byłam w jego sypialni – przerwała mi z triumfem – Oglądałam kolekcję figurek i mozaiki…
– Mozaiki? – teraz z kolei ja przerwałam jej – a z czym niby?
– Ze scenami z Iliady – powiedziała wyniośle moja siostra.
Po krótkim śledztwie okazało się, że mozaiki bynajmniej nie przedstawiały scen z Iliady, tylko Achillesa w objęciach Patroklosa.
– Bardzo wzruszające – oznajmiła moja siostra nieszczerym tonem.
O, święta naiwności, pomyślałam, pora coś z tym zrobić, bo jak ona wyjdzie za mąż, a potem okaże się, że wszystko jest nie tak, to zatruje życie nie komu innemu, jak mnie.
– Kluentio – powiedziałam zdecydowanie – Twój mąż in spe jest bardzo, bardzo zakochany. Na twoje nieszczęście – nie w tobie. Jak jesteś pewna, że sobie dasz z tym rady, proszę bardzo, pobierajcie się i żyjcie długo i szczęśliwie. Mnie się jednak wydaje, że powinnaś wstrzymać się jeszcze przez parę dni przed zmuszeniem go do oświadczyn i poobserwować Sekstusa, kiedy Palladios wróci.

Palladios miał wrócić następnego dnia. Nie wrócił. Nie było też Sekstusa Newiusza – wyjechał na cały dzień, oświadczając, że jedzie na objazd majątku i prosząc o dotrzymanie towarzystwa cioci. Podejrzewałam, że pojechał do Rzymu i że chce odebrać swoje słoneczko ze świątyni Eskulapa osobiście.
Niesłusznie podejrzewałam. Sekstus Newiusz przyjechał pod wieczór, sam; jeżeli zdziwił się na widok nieobecności Palladiosa, w żaden sposób publicznie tego nie okazał. Coś go jednak dręczyło: odgrywał czarującego gospodarza, ale ze swojego miejsca w ogrodzie widziałam, jak zaraz po przyjeździe ostrym tonem strofował jednego ze swoich ludzi. Potem zasiedliśmy w triclinium do kolacji. Gdybym nie wiedziała, że coś go trapi, pewnie nie zwróciłabym uwagi na drobne oznaki: zaciśnięte na materiale szaty dłonie, spojrzenia rzucane co chwila w kierunku drzwi, krótkie przerwy w konwersacji, kiedy przez moment zapominał odpowiedzieć na jakieś kolejne pytanie mojej siostry.
Palladios nie wrócił także nocą; w sypialni, w której mi pościelono, słyszałam przez ścianę niespokojne kroki Sekstusa Newiusza: ani on, ani ja nie mogliśmy spać tej nocy.
– Jak ja jej mam wytłumaczyć, że to małżeństwo to idiotyczny pomysł? – zapytałam Syry – Ona go lubi, to prawda, on ją też, ale jakby została jego żoną, to jak ją znam, zacznie go nienawidzić i być zazdrosna, a bogowie jedni wiedzą, co on wtedy zrobi…
Syra milczała; znałam ją od dawna i wiedziałam, co to oznacza: nie zgadzała się ze mną, ale jako niewolnica wiedziała, gdzie jest jej miejsce i nie chciała głośno protestować.
– No już – westchnęłam – powiedz, co masz do powiedzenia, byle szybko.
– Dlaczego uważasz, pani, że to nie będzie udane małżeństwo? – zapytała mnie – Bo on jej nie kocha?
– Nie – powiedziałam – to akurat normalne, żon raczej się nie kocha; należy się im szacunek, zrozumienie i wyrozumiałość, ale namiętność – niekoniecznie. Gorsze jest to, że on kocha kogo innego.
– Na razie – przerwała mi Syra – Takie rzeczy nie trwają. Tu akurat pani Kluentia ma rację: chłopak dorośnie, sypnie mu się broda, zmężnieje, przestanie wyglądać jak Endymion czy Ganimedes… i koniec. Po miłości. Będzie miał szczęście, jak pan go zechce zrobić sekretarzem, a nie sprzedać gdzieś do pracy w polu. Tak jest zawsze, pan i śliczny niewolnik, pan i młoda niewolnica… nie może być inaczej.
Milczałam – nie dlatego, żebym od razu chciała przyznać jej rację, choć pewnie tę rację miała. Zastanawiałam się raczej, skąd ta gorycz, ta pasja w jej głosie. Czyżby coś osobistego? Nie, niemożliwe. Była moją niewolnicą od dzieciństwa, jedyną panią, jaką znała, byłam ja. O kim w takim razie mówiła z taką zawziętością? Westchnęłam. Mogłam sobie darować wypytywanie – wiedziałam, że mi nie powie.
– W każdym razie – stwierdziłam zdecydowanie – kwestię małżeństwa mamy chyba na jakiś czas z głowy: Sekstus Newiusz jest chwilowo zbyt przejęty faktem, że Palladiosa jeszcze nie ma…
Jestem przekonana, że Syra wymamrotała pod nosem coś w rodzaju „bo jest napalony i tyle”, ale uznałam, że lepiej udać, że nie słyszałam. Nie miałam ochoty jej strofować, zwłaszcza że cyniczna część mojej osoby podejrzewała, iż Syra może mieć sporo racji.

Kiedy rano zobaczyłam naszego gospodarza, pobladłego i niewyspanego, z ciemnymi cieniami pod oczyma, nie musiałam wysyłać Syry, żeby się dowiedziała. Palladios nie wrócił. Sekstus Newiusz bohatersko robił wszystko, żebyśmy tego nie zauważyły. Moja siostra rzeczywiście nie zauważała: usiłowała z nim flirtować i czarowała, jak to ona; nie dziwota, że w końcu uciekł przed nią do stajni, pod pretekstem obejrzenia nowych koni pociągowych. Kluentia wydawała się poważnie rozczarowana; Newia Sekstillia z kolei z trudem ukrywała swój dobry humor.
Zostawiłam je obie na ploteczkach z Cezonią i skinąwszy na Syrę, poszłam do ogrodu.
– I co myślisz? – zapytałam ją, kiedy usiadłyśmy w cieniu wysokiego, rozłożystego buka. Było gorąco, ale przyjemnie. Zsunęłam rąbek płaszcza z głowy i przeczesałam palcami włosy; w zielonym świetle przefiltrowanym przez liście drzewa wydawały się ciemniejsze, równie ciemne, jak loki Syry. – O co w tym wszystkim chodzi?
Syra rozejrzała się dookoła i ściszywszy głos, powiedziała:
– Jeżeli mogę mówić szczerze… myślę, że on nie wróci.
– No domyślam się – powiedziałam kwaśno – skoro go nie jeszcze nie ma… Sądzisz, że coś mu się stało? Ale jak? Kiedy?
– Nie wiem, czy coś mu się stało – powiedziała Syra szeptem, nachylając się do mnie – ale zastanowiłabym się poważnie nad faktem, jak blisko jesteśmy gaju Diany Arycyjskiej.
Odgrzebałam z pamięci wszystko, co wiedziałam o tym miejscu.
– Poczekaj, poczekaj – powiedziałam powoli – to tam zbiegły niewolnik może zostać Królem Lasu?
– O ile zabije poprzedniego Króla – dodała Syra – Po dopełnieniu odpowiednich rytuałów, oczywiście. Musi zerwać gałąź z drzewa i zabić poprzednika, w pojedynku albo podstępem…
Wdała się w jakieś dłuższe wyjaśnienia, a ja przypomniałam sobie Palladiosa, takiego, jakiego widziałam w teatrze w Rzymie parę miesięcy temu. Siedemnaście lat. Dziewczęce dłonie o długich palcach, delikatna buzia otoczona jasnymi lokami, sylwetka jak młody Apollo z rzeźby Praksytelesa. Idea, że ten chłopak miałby pokonać kogokolwiek w pojedynku – ba, wyzwać kogokolwiek! – wydawała mi się kompletnie, absolutnie niedorzeczna.
– Nie – powiedziałam, uciszając ją w pół słowa – Nie sądzę, żeby to było możliwe.
– Dlaczego nie? – spytała Syra, urażona, i dodała kwaśno – Bo Palladios jest chłopcem do łóżka?
– Bo jest chłopcem – powiedziałam zdecydowanie – Dzieciakiem, który, o ile wiem, w życiu nie trzymał broni w ręku; rozpieszczoną zabawką swojego pana. Czy ty sobie wyobrażasz, że ktoś taki nagle stanie do walki? Zaryzykuje życiem? Nie sądzę. Czym miałby walczyć, lusterkiem?
– A kiedy go ostatni raz widziałaś? – przerwała mi Syra – Pół roku temu? W tym wieku można się całkowicie zmienić w pół roku. Zmężnieć, nabrać sił… Zwłaszcza jeżeli miałby powody, żeby się zmienić.
– Gladiator w pół roku, tak? A niby po co? – tym razem ja jej przerwałam – Sekstus Newiusz go uwielbia. Obsypuje go prezentami, spełnia każde jego życzenie – ten smarkacz ma własnego fryzjera, dwóch własnych krawców, manikiurzystkę, garderobianego, nie licząc zwykłej służby; sypia w jedwabiach, jada ostrygi, pija wino z Falernum. Czego chcieć więcej?
– Moja pani – powiedziała Syra sarkastycznie – On za to płaci.
– W łóżku – zgodziłam się – Jak każda żona. No i co? Nie ma na co narzekać, mógł trafić do pracy w polu albo do młyna… Poza tym coś ty się tak uparła, żeby się czepiać Sekstusa Newiusza! Ani dzieciaka nie bije, ani nie dręczy, wręcz przeciwnie, sam siebie z lekka ośmiesza, w Mieście mówią o nim „niewolnik własnego niewolnika”, a ty nic, tylko krytykujesz. Przyznaj się, to nie o niego chodzi, prawda?
Uśmiechnęła się ironicznie (jak ja nie lubię tej jej bezczelności!).
– Skoro moja pani tak mówi… – powiedziała fałszywie uniżonym tonem.
– Mówię tylko – powtórzyłam głośniej, starając się nie rozzłościć na jej upór – że chłopak nie był, moim zdaniem, kandydatem na wojownika, i że nie miał powodu uciekać. Wiesz, on był śliczny, może po prostu ktoś go porwał?
– Za stary – powiedziała Syra natychmiast – Porywać siedemnastoletniego chłopca? Lada moment dorośnie, co już obie powtórzyłyśmy parę razy. Ktokolwiek chciałby go porwać ze względu na urodę, zrobiłby to już dawno temu albo wybrał młodszego, równie ładnego. A z tym powodem do ucieczki…  kto wie? Co my właściwie o nim wiemy?
– No dobrze – westchnęłam, zrezygnowana – Zupełnie mnie nie przekonałaś, ale niech ci będzie. Jak chcesz, zapytaj się niewolników Sekstusa, czy chłopak się ostatnio zmienił, czy może – nie mogłam sobie darować złośliwości – zaczął na przykład ćwiczyć z bronią.

Dzień minął ponuro: Sekstus udawał, że nic się nie stało, moja siostra udawała, że nie rozumie, co się dzieje, Cezonia udawała, że wszystko wie i w sekrecie kontaktuje się z bogami, a Newia Sekstillia udawała, że jest zmartwiona. Miałam tak kompletnie dość wymuszonej wesołości naszego gospodarza i natrętnych flirtów Kluentii, że marzyłam już tylko o tym, żeby pójść spać, nawet, gdyby znowu mieli mi się przyśnić ukochani zmarli.
I wtedy właśnie, przy kolacji, przyniesiono wiadomość.
Jedliśmy znowu nie w triclinium, a w ogrodzie. Powinnam była domyślić się od początku, od kiedy tylko zauważyłam, że Rufus, zarządca domu Newiusza, zmierza w stronę naszej kompanii. Byłam jednak zbyt skupiona na swoim bólu głowy i męczącej konwersacji z Vibią Sabiną, żeby zwrócić uwagę na wyraz jego twarzy.
Podszedł do swego pana i coś mu wyszeptał. Sekstus Newiusz próbował wstać, nie zdołał; nogi się pod nim ugięły i osunął się z powrotem na swoje miejsce, pobladły.
– Mój panie? – Kluentia dopiero po chwili zauważyła, że coś jest nie w porządku – Mój drogi, co ci się…
Nie zwrócił uwagi, nie jestem pewna, czy ją w ogóle usłyszał. Odsunął stolik, nawet nie zauważając, że cynowy talerz pełen owoców spadł na ziemię i jabłka potoczyły się dookoła.
– Mój chłopcze? – spytała Vibia Sabina – Ale o co chodzi?
Sekstus Newiusz nawet na nią nie spojrzał. Wstał; zachwiał się i byłby upadł. Rufus złapał go za ramię, pociągnął za sobą. Bez słowa skinęłam na Syrę i ruszyłam za nim. Usłyszałam jeszcze, jak moja siostra mówi do Vibii Sabiny:
– To nic, moja droga, nie martw się… pewnie jakieś sprawy gospodarcze… chodźmy do środka, robi się chłodno…

Już z daleka widziałam grupę ludzi, stojących nad czymś złożonym na ziemi z tyłu, za willą:

schylone głowy dwóch wyzwoleńców, kilku niewolników, jeden czy dwóch z młodych klientów, zatrudnionych jako strażnicy. Rufus zbliżał się szybkim krokiem; Sekstus Newiusz prawie biegł. Podeszłam bliżej; nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
Sekstus Newiusz dopadł kręgu stojących i odepchnął ich, gwałtownie. Rozstąpili się i wtedy zobaczyłam ciało leżące na trawie.
Leżało na wznak, wydęte od wody, z mokrymi włosami przyklejonymi do niegdyś pięknej twarzy. Pociemniała od wilgoci tunika oblepiała członki jak makabryczna parodia szaty Endymiona z rzeźby w willi; jak Endymion, Palladios był blady i kompletnie nieruchomy. Nie trzeba było nawet patrzeć na otwarte puste oczy, na bezkrwiste wargi, by wiedzieć, że chłopak nie żyje.
Sekstus Newiusz osunął się na kolana z jękiem; Rufus stał nad nim, usiłując go do czegoś przekonać; dwóch mężczyzn – wyzwoleńców? służących? – próbowało odciągnąć swojego pana od martwego ciała kochanka.
Uszy rozdarł mi nagle przeraźliwy kobiecy wrzask.
– Bogowie  przemówili! – Cezonia, bogowie wiedzą kiedy, zdążyła się już odpowiednio przystroić: na szczycie jej blond peruki tkwił teraz wieniec z winnej latorośli, który miał zapewne upodabniać ją do natchnionej Menady; wrażenie psuły nieco zbyt eleganckie sandałki – Bogowie przemówili przeze mnie! Byk ofiarny jest już przystrojony, a ofiarnik czeka z nożem! Widzę śmierć! Śmierć! Krwawe boginie z wężami we włosach czyhają na mordercę! Och.. co za ból! – krzyknęła, po czym teatralnie osunęła się w ramiona Rufusa.
Sekstus Newiusz podniósł głowę znad zwłok Palladiosa. Jego niebieskie oczy spojrzały wprost na mnie; zadygotałam, widząc, jak niewiele pozostało w nich świadomości.
– Mordercę? – zapytał cicho – O czym ta kobieta mówi? Bogowie? M…mordercę?
– Panie – powiedział Rufus szybko – Panie, zawołam lekarza, nie można się tak…
– Mordercę? – przerwał mu Sekstus Newiusz głośniej, z narastającą paniką w głosie -Zamknijcie bramy! Rufusie, każ Traksowi i jego ludziom strzec bram! Nikt – nikt, zrozumiano?! – stąd nie wyjedzie, póki nie dowiem się, kto go zabił!

KONIEC CZĘŚCI I

Advertisements

4 thoughts on “2012 – Dla Carrie

  1. Bardzo, bardzo dziękuję. To naprawdę przepiękny prezent. I wielki zaszczyt. Strasznie się cieszę. 🙂

    Szalenie lubię Awitę właśnie za to, że jest tak subiektywna i niewiarygodna jako narrator – choć przecież rzeczowa, racjonalna. Mimo swojej niezaprzeczalnej inteligencji, z łatwością zakotwicza się na własnych pomysłach i wyjaśnieniach i to tak ładnie prześwituje przez tekst, jak trudno jej czasem wyjść poza ograniczenia, które sama sobie narzuciła. Tym ciekawsze stają się jej rozmowy z Syrą (swoją drogą, po wypowiedzi Syry na temat nieuchronności pewnych motywów w relacjach panów z ich niewolnikami mam nadzieję, że poświęcisz jej jeszcze więcej uwagi w dalszych częściach opowiadani – zarówno jak chodzi o jej tło, jak i o jej inne przemyślenia).

    Pozostałe postaci, bez względu na to, jak poboczne, wydają mi się równie ciekawe – i, przede wszystkim, równie żywe. Wydaje mi się, że minusem bardzo wielu tekstów historyzujących są nieprzekonujący, zwykle przesadnie podniośli i sztuczni, bohaterowie, jakby autorzy nie potrafili wyobrazić sobie mentalności osób w minionych epokach (lub jakby nie potrafili wyobrazić sobie, że ta mentalność może nie być drastycznie różna od naszej). Ty natomiast nie tylko tworzysz sugestywny krajobraz (dosłowny i społeczny) wokół swoich postaci, co niewątpliwie jest związane z Twoim wykształceniem (bez dwóch zdań imponującym), ale przede wszystkim pokazujesz, że naprawdę “czujesz” te czasy, dzięki czemu całość ma cudowny posmak autentyczności.

    Po nacieszaniu się warstwą językową, cieprką, nieco sarkastyczną narracją Awity i tłem oraz postaciami nadszedł czas na nacieszenie się samą fabułą – wspomniałaś mi, że już tu jest pewien ważny hint, zatem siedzę i kombinuję. Myślę nad znaczeniem cytatu w tytule, nad zagajnikiem wspomnianym przez Syrę, maskowanym zadowoleniem Newii, zachowaniem jej ojca… jako kryminał ten tekst świetnie spełnia swoją rolę. Sprawiłaś, że śmierć Palladiosa naprawdę mnie obchodzi, że chciałabym się dowiedzieć, kto to zrobił – i, co jeszcze ważniejsze, po co i jak, i czy znów włączysz w to rzymską magię i wierzenia – że intrygują mnie bohaterowie i ich postawy. Trzymam kciuki za dalsze pisanie, bo to jest tak dobre na tak wielu poziomach. I raz jeszcze – dziękuję.

  2. Carrie, dziękuję Ci bardzo. Twoja opinia, jak wiesz, wiele dla mnie znaczy. O wielu rzeczach bym chętnie podyskutowała, ale, spoilers, ergo nie dzisiaj; powiem tylko że tak, Syra jest, w perspektywie całości cyklu, jedną z absolutnie kluczowych postaci.

    Oraz, genialne intuicje, powiem tyle.

  3. allegra_walker says:

    Czysta radość – oto, co mi dała lektura tego fragmentu.

    Do wnikliwych uwag Carrie ciężko mi dodać coś równie rzeczowego, więc może po prostu powiem tak: Nazywam się Annie Wilkes i jestem pani największą fanką. I z niecierpliwością czekam na dalsze części. Tak. Z niecierpliwością.

    🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s