Rozdział VI

Rozdział VI

Z Ajginy do Raseny

Ponieważ był najmłodszy w karawanie i ponieważ żadnemu z kupców nie chciało się gadać z przyszłym pisarczykiem, jadącym do szkoły, Aulus, dość niespodziewanie dla siebie, spędził większość podróży na rozmowach z własnym niewolnikiem.

W domu nie przyszłoby mu to głowy: niewolnik był do posług i do wykonywania poleceń, nie do rozmowy. Ladona rodzice mieli od zawsze, a mimo to Aulus nie miał pojęcia, skąd ich domowy niewolnik pochodził i jak się naprawdę nazywał – imię Ladon odziedziczył po swoim zmarłym poprzedniku. Tak samo zresztą było i z Malchasem: kiedy ojciec, po dłuższym sarkaniu i utyskiwaniu, zdecydował się w końcu kupić Aulusowi niewolnika do osobistych posług, obchodziły go głównie cena chłopaka i jego wiek. Aulus, ze swej strony, interesował się głównie tym, żeby niewolnika w końcu dostać.

Wybrali w końcu niewolnika o hadasztiańskim imieniu i oliwkowej skórze, przeważającej u mieszkańców południa imperium, skąd pochodziła także i matka Aulusa. Malchas miał, wedle zapewnień sprzedawcy, siedemnaście lat i urodził się na wolności. Ten ostatni fakt uzasadniał nieco niższą, niż oczekiwana, cenę: urodzenie w niewoli miało gwarantować łagodny charakter i brak skłonności do buntów i ucieczek. Wypytywany o umiejętności i zdolności chłopaka, sprzedawca kręcił głową i mamrotał coś o wdzięku i urodzie – niechybny znak, że Malchasa przyuczono co najwyżej do prac fizycznych.

Ojciec nie był pewien. Matka – uparła się, żeby pojechać na targ z nimi – wychyliła się z lektyki, obejrzała potencjalny nabytek i zadysponowała:

– Bierz go, nada się. Po tyrreńsku trochę mówi, zresztą, dziecko się z nim dogada po hadasztiańsku; roboty wiele mieć nie będzie, więc żaden kłopot, że taki chudy; a może to i dobrze, rozmiaru jest takiego, że w stare ubrania i sandały po Aulusie akurat wejdzie, i już jeden wydatek mniej.

Aulus zadowolił się dokładnym obejrzeniem swojego nowego niewolnika i wydaniem szczegółowych dyspozycji, jak powinien on się zwracać do swego pana (on sam osobiście wolałby być nazywany eterti, ale wiedział, że jeszcze nie za bardzo może: tytuł pana domu należał się zdecydowanie ojcu; trudno, przy rodzicach będą musieli poprzestać na mało wyszukanym zeri, wolny-panie). Poza tym, tak po prawdzie, nie zwrócił na Malchasa szczególnej uwagi.

Wszystko się zmieniło w czasie podróży. Nikt z kupców, którzy dołączyli do wspólnej handlowej wyprawy, wiozącej do Raseny letni miód i mąkę z kasztanów, nie miał czasu na rozmowy z Aulusem. W samotności Aulus przez cały czas czuł się przytłoczony tym, co go miało czekać na miejscu w Rasenie, i widział wtedy przed sobą wyłącznie perspektywę egzaminu w szkole u Teitusa i wszystkie straszne konsekwencje hańby, jaką przyniosłoby niezdanie go. Podczas krótkiej morskiej podróży było jeszcze jako tako – dość rzeczy na niebie i morzu, żeby odwrócić uwagę od przyszłości – ale na lądzie już drugiego jazdy, udręczony własną niepewnością, zwrócił się do leżącego obok niego Malchasa z pytaniem, skąd pochodzi.

Leżeli obaj na workach w wozie z mąką, gdzie kazano im się przenieść po tym, jak dwa z kolei muły okazały się zbyt narowiste dla niedoświadczonego w jeździe na nich Aulusa. Malchas podniósł ogoloną, jak zwykle u niewolnika, głowę i spojrzał na pana z nieukrywanym zdziwieniem.

– No, gadaj, skąd jesteś? – powtórzył ze zniecierpliwieniem Aulus, bojąc się, że znowu opadną go niespokojne myśli, od których chciał uciec.

– Z pustyni, eterti – odpowiedział Malchas w końcu – Z południa, niedaleko od granic Króla Królów, z wioski w oazie.

– I urodziłeś się wolny?

– Wolny, eterti, z wolnej matki.

– No to – zapytał Aulus z autentyczną ciekawością – jak wpadłeś w niewolę? Na wojnie?

– A nie, eterti – wyjaśnił Malchas, patrząc na niego spokojnie – Matka mnie sprzedała, średniego syna.

Aulus zamilkł na dłuższą chwilę, nie bardzo wiedząc, co zrobić z tą informacją. Jego własna matka – sam przed sobą mógł to przyznać – bywała okropna, to prawda. Nie słuchała, kompletnie nie rozumiała emocji i uczuć własnego dziecka, a na dodatek na większość jego wyznań i zaklęć reagowała tym swoim nieznośnym, pełnym wyższości półuśmieszkiem. Niemniej jednak, Aulus nie umiał sobie wyobrazić sytuacji, w której Gertani Sergii zdecydowałaby się sprzedać własne dziecko.

– Sprze… sprzedała cię? – wyjąkał w końcu

– No tak – powiedział Malchas – Normalnie. Ojciec słabował, aż umarł; dwóch nas było synów. Starszego sobie matka w domu do pomocy zostawiła, a było jeszcze niemowlę do wykarmienia, ojcowa pupilka, córka, co się jej nie mógł doczekać i umarł zaraz po tym, jak się urodziła. Szykowała się wojna; zabrali nam zwierzęta, nie było co sprzedać. Nie ona jedna u nas w wiosce wtedy dziecko sprzedała, moja matka…

– Ile lat miałeś? – zapytał Aulus, przejęty wbrew sobie.

– Osiem, eterti – odpowiedział Malchas – Ale ja mam pamięć dobrą, wszystko pamiętam.

Wiele, wiele razy, lata później, kiedy już wszystko się zmieniło, Aulus wspominał tę rozmowę. Zawsze był pewien, że pierwszy krok na drodze, która miała poprowadzić go przez resztę jego życia i w końcu ku kamienistym wybrzeżom Kallionu, zrobił nieświadomie w chwili, kiedy poczuł na policzku dotyk ust Flawii Walerii. Wiedział też jednak, bez chwili zastanowienia, że ta rozmowa z własnym niewolnikiem, rozpoczęta dla zabicia czasu i odpędzenia ponurych myśli – ta rozmowa musiała być krokiem następnym.

Rozmawiał potem z Malchasem sporo: o jego służbie, o miejscach, w których bywał („Niewiele, widziałem; zabrali mnie z głębi Hadasztu na wybrzeże, a stamtąd do Raseny; kupił mnie pan do prac w domu, umarł; syn jego mnie na targ wystawił, bo słyszał, żem mówił o ucieczce – ale to nieprawda, nic nie mówiłem, eterti”), o życiu na dalekich hadasztiańskich rubieżach.

– Wieźli cię przez Massylis? – zapytał Aulus; słyszał kiedyś, jak ojciec opowiada swoim dorosłym gościom o wspaniałości miasta i o tym, jak jest ono solą w oku tak Albany, jak i Raseny.

– Nie, no jakże, eterti! – powiedział z lekkim prawie-pobłażaniem w głosie Malchas; Aulus zmarszczył brwi, słysząc ten ton; Malchas zauważył wyraz twarzy pana i wyjaśnił:

Eterti, od lat nikt nie wozi niewolników do ani przez Massylis; za duża pokusa.

– Pokusa? – Aulus poczuł się przez moment jak wtedy, kiedy rozmawiał z Walerią i nie rozumiał, nie rozumiał, czego ona od niego oczekuje.

– A tak, pokusa – odpowiedział Malchas – Pani Massylis, jak wie każdy niewolnik w tym świecie, niewolnictwa nie uznaje. W jej mieście każdy jest wolny; jej mąż zniósł niewolę i zakazał handlu, kiedy brał ją za małżonkę, czternaście lat temu, a ona, wstępując na tron, zatwierdziła to prawo. Nie ma niewoli w Massylis, eterti; każdy, komu udałoby się zbiec ze statku i dotrzeć za mury miasta, jest wolnym człowiekiem.

Z chaosu w pamięci Aulusa wyłoniło się nagle imię i związane z nim nagłe, nieoczekiwane wspomnienie; pani Massylis, pomyślał, kuzynka – ależ na bogów, nie ciotka, kuzynka – Flawii Walerii, o której mówił Maris, kiedy na wpół pijani leżeli pod drzewem na weselu.

– Ona podobno chodzi w męskim stroju – powiedział, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby dodać.

– Tak mówią – Malchas pokiwał głową.

Sam nie wiedząc dlaczego i skąd mu to w ogóle przyszło do głowy, Aulus spojrzał na swego niewolnika i powiedział:

– Malchasie… przyrzekam ci… jako twój pan…. że pewnego dnia zabiorę cię do Massylis. Obiecuję.

Na razie jednak nie wybierali się do Massylis, tylko do Raseny – i nie po wolność dla Malchasa, ale do gorszej od niewoli, jak miał zwyczaj z emfazą stwierdzać Aulus, szkoły. Kiedy po tygodniu podróży dotarli w końcu pod bramy stolicy zilacha Nestura Mędrca, Aulus łudził się, że czekają na niego wszelkie wielkoświatowe rozrywki i rozkosze, które dotąd tylko sobie wyobrażał. Już pierwszy dzień pod opieką mistrza Teitusa miał mu wybić te plany i nadzieje z głowy.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s