Rozdział III (2)

Rozdział III

[część II]

Leontyna

Zapadał już wieczór, choć niebo na zachodzie wciąż jeszcze pozostało jasne. W ogrodach willi Medona Calvusa rozwieszono kolorowe lampiony i zapalono przygotowane wcześniej pochodnie. W ich migotliwym świetle po ścieżkach przesuwały się cienie mężczyzn w kolorowych strojach i tych spośród dam, które zdecydowały się, wbrew panującej ostatnio modzie, dołączyć do nich, zamiast zasiadać we własnym gronie w ogrodzie różanym.

Aulus snuł się po ogrodach, nie bardzo wiedząc, gdzie i po co idzie. Czuł się dziwacznie zawstydzony i niepewny: przed oczyma ciągle stał mu obraz Flawii Walerii, stojącej przed ojczymem i zgromadzonymi notablami w błękitnej ślubnej szacie.

Żeby przepędzić ją ze swoich myśli, pozwalał przy stole nalewać sobie kolejne czarki wina; od tego, oczywiście, zakręciło się mu w głowie jeszcze bardziej. Więcej niż trochę pijany, oszołomiony i wbrew własnym oczekiwaniom onieśmielony towarzystwem, jakie się tu spotkało, na zmianę uciekał na ogrodowe ścieżki i wracał do oświetlonego lampionami kręgu starych cyprysów, gdzie rozstawiono łoża i stoły dla młodszych weselników. Za którymś razem zatrzymał go chłopak w czerwonym płaszczu, ten sam, który wcześniej narzekał na dziwne obyczaje tyrreńskich kobiet. Teraz z kolei, ledwie już stojąc na nogach, koniecznie chciał wygłosić toast za zdrowie konsula. Trzymając w niepewnej dłoni czarkę i starając się strącić na ziemię obowiązkowe krople wina, a nie wylać przy tym całości, bełkotał:

– Za naszego…. naszego pana, konsula na wieki, za wielkiego Probusa, obrońcę… obrońcę republiki, pogromcę królów i… uzurpatorów, prawego… syna wolności… ojca ojczyzny…

Czarka z winem przechylała się coraz mocniej, aż w końcu cała jej zawartość wylała się na nogi i szatę młodego oficera; krzyknął, usiłował odzyskać równowagę i w końcu wyrżnął jak długi na trawę.

– Ano – powiedział półgłosem, z ciemności, któryś z pozostałych – Taki toast, jaki konsul.

– A ja… – wymamrotał inny – a ja wypiję za największego…

Aulus, sam nie całkiem pewnie stojący na nogach, podszedł do leżącego i spróbował pomóc mu wstać, ale na darmo: oficer zdążył już zasnąć twardym pijackim snem. Kłótnia, sprowokowana przez nieudany toast, toczyła się nadal: ktoś ostro zaprotestował, ktoś się nie zgodził, ktoś wypomniał republice haniebny pokój i ziemie stracone na rzecz Tyrrenii, ktoś – Tyrreńczyk? – szpetnie zaklął po albanicku, aż w końcu nad całą tę kłótnię, wybił się głos, z monotonnie powtarzający:

– A ja i tak wypiję za największego z największych, cośmy go, niewdzięczni, wygnali, za ojca ojczyzny, imperatora, niezwyciężonego…

– Weź zamknij jadaczkę, kretynie! – wrzasnął któryś z obrońców konsula – Znalazł się, dupę będzie lizać tyranom!

– Wszyscy zamknąć ryje! – odkrzyknął inny; ktoś kogoś popchnął, ktoś zaklął; bijatyka wisiała w powietrzu. Aulus zastanawiał się, jak by tu się po cichu wycofać gdzieś w cień i obejrzeć awanturę z bezpiecznej odległości.

– Ot, durnie – powiedział ktoś nagle, tuż nad jego ramieniem, nie całkiem trzeźwym głosem – Jak chcą, niech się biją, a ty się chodź napić.

Aulus podskoczył jak oparzony. Rozedrgane światło pochodni wydobyło z cienia szczupłą postać w kolorowej tebennie i z włosami splecionymi w warkocze dużo kunsztowniejsze i bardziej wyszukane niż te na głowie Aulusa. Aulus potrząsnął głową: w niepewnym świetle, nie do końca trzeźwemu, chłopak wydał mu się nagle bezwiekowy, nierealny, jak postać we śnie.

– No chodź – powtórzył tamten, eleganckim, lekko afektowanym tyrreńskim – Zostawmy Albańczyków ich nudnym republikańskim awanturom i chodźmy się upić, jak przystało lojalnym poddanym dobrego króla. No chyba, że nie jesteś lojalny – zachichotał – Tu, w tym miejscu, wszystkiego się można spodziewać. Och, przestań się przejmować – dodał, kiedy Aulus rozpaczliwie usiłował wydobyć z siebie zapewnienie, że nie, że oczywiście, że jest, że nasz król… – Żartowałem tylko. Niemniej, jesteśmy w końcu na weselu u Waleriuszy, choć ja sam nie mam pojęcia, co tu robię; tu można spotkać różnych, różnych ludzi. A teraz ani słowa więcej, chodź po wino.

Poszli po wino i znaleźli na stole dwie alejki dalej krater pełen ciemnego płynu, zmieszanego z wodą. Aulus zataszczył go w zaciszne miejsce pod zwieszającymi się, ciężkimi gałęziami jabłoni. Nieznajomy niósł czarkę i przez cały czas nie przestawał mówić. Powiedział, że nazywa się Maris Tages, że Aulus powinien zwracać się do niego pierwszym imieniem, jak wszyscy przyjaciele, i że na tym weselu trochę jest, a trochę nie jest na właściwym miejscu.

– Bo widzisz – tłumaczył oszołomionemu i nie do końca wszystko rozumiejącemu Aulusowi – oczywiście, jako członek dworu… nie żebym był kimś bardzo ważnym na dworze, ale ojcu udało się wkręcić mnie i braci do służby, to znaczy, oczywiście, do osobistych posług, nie do bycia służbą, rozumiesz… w każdym razie, jako członek dworu, dostałem zaproszenie…. oczywiście, nie przyjechałem z moim księciem, to wykluczone – zachichotał – ale z księciem Thesesem, wiesz, królewskim bratem, wielce szanownym, acz – mrugnął do Aulusa – nieco nudnawym, i z jego córką, oczywiście już zamężną, nie zamieszkałą na dworze…

– Oczywiście – wymamrotał Aulus, nie mogąc pojąć, jakim cudem te wszystkie fakty, które zanudziłyby go na śmierć, gdyby usłyszał je od matki, w ustach nowego znajomego brzmią ekscytująco.

– Oczywiście, przecież rozumiesz! – wykrzyknął tamten i zaczerpnął z krateru kolejną czarkę wina; w ciemności pod drzewem Aulus widział jedynie zarys jego postaci: kolory szaty zmienione w odcienie szarości, bladość twarzy i dłoni – Wiadomo, ślub siostrzenicy Waleriusza Wiktora, każdy chce tu być, nawet mimo że biedak jest w zasadzie pogrzebany żywcem, ha ha! Ciekawym, czy przysłał prezent.. ale pewnie mu nie pozwolili, za duże ryzyko.

Aulus wygrzebał gdzieś z zakamarków pamięci podsłuchaną wcześniej podczas jednej z rozmów uwagę.

– Jej ciotka też nie przyjechała – powiedział – Tyle z tej niby rodzinnej solidarności Waleriuszy.

– Ależ, na bogów, nie ciotka! – zaoponował natychmiast Maris – jej jedyna rodzona ciotka nie żyje, oczywiście, to była znana sprawa, egzekucja za rebelię i takie tam, wiesz; no, można by od biedy za ciotkę uznać niegdysiejszą żonę Waleriusza, ale – zachichotał – to by był bardzo zły pomysł, bardzo zły. Nie, nie ciotka, kuzynka; królowa – albo, jak mówią niektórzy, król – Massylis i nasza tutaj panna młoda miały za matki dwie siostry. Królewska wysokość nie mogła się zjawić, sprawy państwowe, jak ponoć napisała – mrugnął do Aulusa, jakby to, co powiedział, było jakąś obsceniczną aluzją – ale posłała odpowiednie prezenty, jakieś puchary, złoto, diabli wiedzą co; obowiązek spełniła. Ciekawym, jak panna Waleria spełnia swój, w łóżku męża..

Aulus poczuł, że się rumieni, że bardzo, ale to bardzo nie chce o tym mówić i że jednocześnie jest to jedyna rzecz, o której naprawdę chce rozmawiać.

– Ech, kobiety – westchnął Maris – ani z nimi żyć, ani bez nich… Ale między nami mówiąc, Krytiaszowi nie zazdroszczę: ponoć obie panny siostry Waleriusza charaktery miały z piekła rodem, jego królewska wysokość król-królowa Massylis też z łagodności nie słynie, a na dodatek wszystkie one ponoć temperamentne, że im jeden mąż nie wystarczy.. Między pantoflem żony, butem brata a duchem szwagra, nie pobiega sobie nasz Krytiasz swobodnie, oj, nie pobiega… A ty? – zmienił temat nagle, bez ostrzeżenia – Skąd ty się tu wziąłeś? Bogowie – wykrzyknął z emfazą – musiałem wyjść na kompletnego idiotę, paplając cały czas o sobie, zamiast wypytać kogoś naprawdę interesującego, co tu robi!

Aulus poczuł się w obowiązku natychmiast zapewnić, że nie, on sam nie ma nic interesującego do powiedzenia i że chętnie posłucha więcej o dworze w Rasenie i jego życiu.

– Nie, nie – przerwał mu Maris – koniecznie musisz mi opowiedzieć o sobie. Skąd jesteś? Co robisz? Założę się, że jesteś oficerem.

Przyciśnięty w ten sposób do muru, Aulus musiał się przyznać, że jego ojciec jest skarbnikiem gerontów na Ajginie i pół-Albańczykiem, że on sam matkę ma Hadasztiankę i że przez to wszystko nazywa się nie po prostu Aulus Sergiusz, a Aulus Sergiusz Castur i że nie, nie jest oficerem, w ogóle dotąd nie ma posady.

– Ależ! – wykrzyknął Maris z oburzeniem – Nie ma się czego wstydzić! Osobiście zrobię… wszystko… co w mojej mocy… wszystko… żeby ci pomóc!

Sięgnął do krateru i ponownie napełnił czarkę, po czym podał ją, nie do końca pewną ręką, Aulusowi.

– Wylej trzy krople – powiedział konspiracyjnym tonem – a potem resztę wypij za siebie, za swój sukces, zasłużony ze wszech miar i… och, chodźmy, poszukamy jakiegoś chleba, co? Zawsze jestem taki strasznie głodny po winie.

Ostatecznie, po tym, jak Maris przeszedł kilka kroków i oznajmił, że świat jest pełen tańczących nimf, Aulus poszedł sam po ten chleb. Mnóstwo razy się potem zastanawiał,co by było, gdyby tego nie zrobił.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s