Rozdział III (1)

Rozdział III

Leontyna

[część I]

Wystrojony w ufarbowaną na nowo formalną tebennę zamiast w noszone na co dzień wygodne portki, z niesfornymi włosami starannie zaplecionymi w warkoczyki i upiętymi wokół głowy, Aulus Sergiusz stał w jaskrawym słońcu na dziedzińcu willi Waleriuszy i wyczekiwał porwania panny młodej.

Stał daleko w gęstym tłumie, tłoczącym się przy wejściu do willi i dalej, na ścieżkach w otaczającym ją parku. Wokół siebie widział obce twarze i obce postacie: chłopcy i mężczyźni, wystrojeni jak on sam; jeden czy dwóch w kolorowych tebennach, inni w albanickich togach, w tunikach i wykładanych kołnierzach na hadasztiańską modłę, w spodniach, w wojskowych płaszczach wszelkich możliwych armii; gdzieś tam zapewne, wśród swoich rówieśników, był jego ojciec. Matki nie było: razem z innymi kobietami czekała, wedle modnego od niedawna zwyczaju, osobno od mężczyzn. Umieszczono je w przedsionku domu i w wewnętrznym ogrodzie, gdzie nie groził im upał ani nachalne męskie spojrzenia.

W wielojęzycznym szumie głosów, wśród zapachu kwiatów mieszającego się z dochodzącą od strony willi wonią jedzenia, goście weselni stali i czekali na początek uroczystości. Roznoszono kubki z winem i wodą; Aulus, choć nawykły przecież do smaku wina, czuł się odurzony napitkiem, upałem i niespodziewanym, długim oczekiwaniem.

Nie on jeden, najwyraźniej, nie miał pojęcia, czemu trwa to tak długo. Przy samym wejściu, pod malowanymi parasolami, urządzono miejsce dla honorowych gości; ze swego miejsca na lekko wznoszącym się trawniku Aulus widział, jak tęgi, ciemnowłosy mężczyzna w todze pochyla się do swego sąsiada i szepce mu coś nerwowo do ucha.

Aulus odwrócił wzrok od zebranych pod parasolami dygnitarzy i napotkał spojrzenie stojącego obok siebie chłopaka w czerwonym żołnierskim płaszczu z Albany.

– Spóźniają się – powiedział, zauważywszy, że Aulus zatrzymał na moment spojrzenie na jego stroju i na oznakach rangi, które nosił – No i to, że uczta tu, w tym domu… Dziwne to jakieś, nie sądzisz? No chyba, że w Tyrrenii to panny porywają sobie kawalerów, a nie na odwrót?

Aulus nie zdążył jeszcze zdecydować, co myśli o tych słowach, kiedy w końcu otwarły się bramy domu i pan młody, Krytiasz Calvus, wyszedł, prowadząc za rękę swoją narzeczoną.

Cichy pomruk przeszedł przez tłum na widok Flawii Walerii. Osiemnastoletnia w chwili zamążpójścia, ciemnowłosa i ciemnooka dziedziczka nieszczęsnego nazwiska Waleriuszy szła obok przyszłego męża, wyprostowana, pewnym krokiem. Nawet nie próbowała udawać przestraszonej dziewicy, przemocą wyrywanej z domu: rozglądała się dookoła wyzywająco, jakby czekała, aż ktoś ośmieli się coś jej zarzucić. Do stóp spływała jej weselna szata – nie czerwona, jak nakazywał zwyczaj, ale niebieska, w barwie identycznej jak klejnoty na jej szyi i jak błękitne kwiaty, upięte w jej włosach.

Ktoś w tłumie zachichotał; ktoś coś powiedział oburzonym tonem; coraz to więcej oczu podnosiło się w kierunku wejścia do willi, gdzie pod parasolami siedzieli dygnitarze i honorowi goście.

Tęgi Albańczyk mówił coś teraz do ubranego z przesadną niemal elegancją mężczyzny, zasiadającego w samym środku grupy, ale Aulus nie był w stanie wyłowić nic poza pojedynczymi słowami:

– …. ta pycha, oni tak zawsze…. niesłychane… co za uparte dziewuszysko…. a konsul Aureliusz, co on na to powie…. niebywałe…

Krytiasz Calvus i Flawia Waleria zbliżyli się do nich, ucinając wszelkie rozmowy. Oboje ukłonili się przed ozdobnym krzesłem, na którym zasiadał jasnowłosy, gładko ogolony mężczyzna w barwnej tebennie: Medon Calvus, pomyślał Aulus, to nie może być nikt inny; ojczym panny młodej i starszy brat pana młodego, skarbnik rady Leontyny, chwilowo w niełasce u konsulów. Matki nie było: wedle zwyczaju, zapewne pożegnała córkę jeszcze we wnętrzu domu.

– Panie ojcze – powiedziała dziewczyna jasnym, pewnym głosem – ten mąż mnie porwał i wziął mnie na własność; potwierdź jego wolę swoją, oddaj mu córkę za żonę.

Wypowiedziała starą albańską formułę zaślubin tak, jakby wydawała rozkaz, nie prosiła o łaskę. Tłum gości znowu zaszemrał; Aulus czuł się pijany upałem, zapachami i głosem panny młodej; nie mógł oderwać oczu od jej obnażonych ramion i od niebieskich kwiatów w rozpuszczonych włosach. Pomyślał nagle, sam nie bardzo wiedząc, dlaczego, że nigdy dotąd nie widział takiej kobiety i już więcej nie zobaczy i poczuł, jak niechciane, idiotyczne łzy cisną mu się pod powieki.

– Mój synu – Medon Calvus nie dał się zbić z tropu tonem panny – Wziąłeś pannę z własnej woli, bierz ją teraz i z mojej. Niech ci rodzi synów dla króla, niech ci rodzi córki dla mężów. Do dziś nie znała innego i od dziś innego nie pozna, lecz będzie twoją żoną wedle praw ludzi i bogów.

– Chyba że pójdzie w ślady matki – wymamrotał ktoś za plecami Aulusa, budząc falę chichotów wśród najbliżej stojących.

Aulus, urażony, chciał zaprotestować, ale w tłoku, w którym stał, nie bardzo mógł się nawet odwrócić; mógł tylko wyciągać szyję i nie odrywać wzroku od drobnej postaci Flawii Walerii: białe ramiona, czarne włosy, a poza tym uparcie, ten jedyny niebieski kolor rodu Waleriuszy, którego zakazano nosić piętnaście lat temu.

Daleko przez nim, przy samym wejściu do willi, Krytiasz Medon wziął młodą żonę za rękę i ruszył z nią aleją pod kwitnącymi drzewami w kierunku wyjścia; mieli okrążyć willę i przejść drugą bramą do ogrodów, gdzie jego brat wyszykował im ucztę weselną. Nad szum rozmów wybiły się nagle głosy śpiewaków: chór młodzieńców rozpoczynał hymn ku czci młodej pary. Medon i Flawia Waleria szli powoli przed siebie, aż w końcu zniknęli sprzed oczu Aulusa między drzewami, ocieniającymi parkową ścieżkę.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s