Rozdział XI

Rozdział XI

Siedząc przy stole w należącym do księcia tabulinum, gdzie go usadzono do pracy, Aulus miał za sobą przysłonięte jedynie kotarą przejście na wewnętrzny kolumnowy dziedziniec, gdzie wśród palm i kwiatów, nad niewielkim oczkiem wodnym, jego nowy pan miał zwyczaj wyciągać się na ławeczce i kłócić z Marisem do upadłego. Tak przynajmniej wydawało się Aulusowi – od kiedy dano mu te pracę trzy tygodnie wcześniej, widywał księcia Lucjusza tylko w przelocie. Polecenia przyjmował głównie od Marisa, a przepisane listy i dokumenty odsyłał Threusowi, głównemu sekretarzowi domów zilacha. Książę, wedle obserwacji Aulusa, głównie przechadzał się po ogrodach w wyszukanej fryzurze i zmienianych kilka razy dziennie strojach oraz zajmował się doprowadzaniem do szału Marisa.

W tej chwili w ogrodzie znowu trwała kłótnia: Maris robił księciu wyrzuty za jakieś niemądre a lekkomyślne decyzje. Aulus, podsłuchujący ich rozmowę, rozumiał z niej dość, żeby się poczuć zaintrygowany, i za mało, żeby naprawdę wiedzieć, o co im chodzi. Tym razem, najwyraźniej, dyskusja była o tym, co dwór powie na jakąś wyjątkowo otwartą demonstrację nieodpowiedniego zachowania, jaką Lucjusz zamierzał odstawić.

– No dobrze, dobrze! – wykrzyknął w końcu Maris, mocno poirytowany – Jestem skończonym egoistą i tchórzem, przyznaję, i przyznaję, boję się kłopotów, ale racz zauważyć, że jak zilach się dowie, to mnie urwie głowę! Mnie! To ja mam pilnować, żebyś ty nie robił głupstw! Komu chcesz w końcu zrobić na złość, dziadkowi czy mnie?!

– A ty racz łaskawie zdać sobie sprawę – w głosie Lucjusza nagle zabrzmiał zaskakujący, władczy ton, którego Aulus nigdy wcześniej u niego nie słyszał – że akurat ja mam święte prawo dać się sportretować jako Atuns. Ja mogę. Ja, jak mi powtarzano od najwcześniejszego dzieciństwa, jestem synem boga, poczętym w świątyni z matki-kapłanki – czyżbyś w to wątpił?

– No nie mów mi – wybuchnął Maris – żeś ty nagle w to uwierzył!

Cisza o tych słowach trwała dłuższą chwilę i nawet Aulus,oddzielony zasłoną od obu kłócących się, poczuł nagłe napięcie, rosnące między nimi. W końcu to Maris się odezwał jako pierwszy; Aulus nigdy nie słyszał, żeby mówił tak do kogokolwiek.

– Wybacz mi, mój panie. Pozwoliłem sobie… przekroczyłem wszelkie granice, obraziłem ciebie i twoją matkę, nie powinienem…. Nie powinienem był. Wybacz, proszę.

– Ależ, ależ, nie ma czego – Lucjusz wrócił do tonu, którym zwykle rozmawiał z Marisem, na wpół ironicznego, na wpół kokietującego – Przecież wszyscy jesteśmy… oświeceni, nieprawdaż? I dokładnie wiemy, co takiego właściwie moja matka robiła w świątyni Laranny-Lucji, zanim zaszła w ciążę z bóstwem. I bardzo starannie udajemy, że nas to nie bawi.

– Oj, przestań! – przerwał mu Maris – Twoja matka spełniała wolę bogów i akurat o tym obaj wiemy dokładnie, prawda? Padło na nią, jak mogło paść na dowolną inną pannę, a twój dziadek jak zawsze posłuchał bogów – i dobrze zrobił: mam nadzieję, że w to akurat nie wątpisz. Nie masz najmniejszych powodów, żeby się nad tym użalać, nie jesteś nawet jedynym Lucjuszem i jedynym synem Atunsa w tym pałacu! Poza tym, kochany, wiesz doskonale, że to nie o wybór postaci chodzi, prawda? Chodzi o to, jak ty się dałeś sportretować jako Atuns, i tylko o to!

– Znaczy – spytał Lucjusz wpadając mu w słowo – O co niby? Bo jak ci chodzi o mój… strój, a raczej jego brak, to mam wrażenie, że to chyba normalne; portret dziadka jako Tyrrenusa widziałeś?

– No proszę cię! – tu już Maris nie wytrzymał; Aulus rozpoznał ton, którym tamten zwracał się, rzadko, do ich współlokatorów, żeby uciszyć ciągnące się długo w noc rozmowy i chichoty – Nie udawaj niewiniątka! Zilach jako Tyrrenus, nagi czy nie, wygląda jak bóg, nikt nie ma co do tego wątpliwości. A ty…. To nie jest bóstwo, na tej rzeźbie, to jest zepsuty do szpiku kości chłopak mówiący każdemu, kto na niego spojrzy, „bierz mnie i nie przestawaj”! Jak twój dziadek to zobaczy, najpierw urwie głowę mnie, że cię nie dopilnowałem, a potem każe poćwiartować mistrza Raskę, za samo to, że cię takiego oglądał!

– No wiesz – powiedział Lucjusz cicho, powoli – ktoś mógłby…. powiedzieć, że ta ocena wynika wyłącznie z tego, jak ty patrzysz na tę rzeźbę… i na mnie. Że to ty, mój drogi, jesteś zepsuty do szpiku kości i widzisz to, co chcesz widzieć… ty, nie ja.

To był kolejny moment, po którym zapadła dłuższa chwila ciszy… ciszy, którą znowu przerwał Maris.

– Tak uważasz? – zapytał ociekającym słodyczą głosem – Naprawdę tak uważasz? No świetnie, po prostu świet-nie.. Ale dobrze. Poprośmy jeszcze kogoś o opinię, kogoś… – urwał na chwilę – …bezstronnego. I… niezepsutego, że tak to ujmę. Aulusa. Jeżeli on się mną zgodzi, to ta przeklęta rzeźba pozostanie jedynie modelem, a ty od jutra będziesz grzecznie pozował mistrzowi Rasce do kolejnego studium – przedstawienia Vilesa, Phamusa czy kogo tam sobie wybierzesz z herosów – herosów-wojowników, zrozumiałeś?

– A jak się nie zgodzi? – Aulus pomyślał, że zdarzało mu się słyszeć dziewczyny, mówiące dokładnie takim tonem: na wpół zalotnym, na wpół wyzywającym, pewnym własnej racji; dziwnie niestosowne wydało mu się to w ustach księcia, dyskutującego ze swoim sługą, i dziwnie niezgodne z tym, co słyszał wcześniej.

– Zgodzi się, zgodzi – westchnął ciężko Maris – Nie jest ślepy.

– A jak jednak nie? – znowu ten ton, na granicy kpiny i dziecięcego uporu.

– No to nie, to bądź sobie do woli umierającym Atunsem, bóg z tobą! Ale jestem więcej niż pewien, że jak twój wuj i dziadek zobaczą ten przeklęty model, to sprawa się skończy raz na zawsze, a model wyląduje tam, gdzie jego miejsce: na kupie gliny do wyrzucenia.

– No już, już – zaśmiał się książę – Wołaj tego Aulusa.

Moment później kotara uchyliła się i Maris wszedł do środka.

– Słyszałeś? – zapytał z westchnieniem – Ja już nie wiem, co robić. Zilach zażyczył sobie do nowego pawilonu marmurowej grupy rodzinnego zgromadzenia półbogów, każdy z krewnych ma być jednym z bóstw czy herosów; zapłacił majątek, wezwał do tego najmodniejszego – i najdroższego, dodajmy – rzeźbiarza w okolicy– no ale słyszałeś, co ten tam wyprawia.

Aulus miał ochotę powiedzieć przyjacielowi, że słyszał, ale nie zrozumiał, ale Maris nie dał mu na to czasu.

– Chodź – powiedział, łapiąc Aulusa za rękę i ciągnąc ze sobą – Chodź, obejrzysz to i powiesz nam, co o tym sądzisz.

Przez uchyloną zasłonę Maris przeprowadził go do ogrodu, a stamtąd do jednego z należących do księcia cubiculów, gdzie na stoliku stała niewielka rzeźba z jasnej gliny.

Rzeźba, co Aulus zauważył natychmiast, po pierwsze przedstawiała księcia Lucjusza, a po drugie – niewiele zostawiała wyobraźni. Lucjusz, przedstawiony jako umierający ludzki kochanek Laranny, Pani Wojny, ukazany był dokładnie w takiej samej pozie, jaką Aulus pamiętał z wizerunków Atunsa ze świątyni Laranny na rodzinnej wyspie: półleżący, z odrzuconą do tyłu głową i jedną ręką opadającą bezsilnie wzdłuż ciała. Atuns zawsze był piękny i bezsilny – tak być musiało. Ten tutaj jednak był również, w odróżnieniu od wizerunku znanego Aulusowi z domu, całkowicie nagi, a poza, w jakiej go ukazano, zdecydowanie ten fakt podkreślała.

Aulus, lekko zakłopotany, przeniósł wzrok z glinianej figury na stojącego obok niego księcia. Podobieństwo rysów i sylwetki nie ulegało wątpliwości: każdy, kto znał Lucjusza, rozpoznałby go natychmiast w postaci na wpół sennego, na wpół omdlałego młodzieńca, który zapłacił życiem za miłość bogini wojny i którego powrót z zaświatów do kochanki, co roku na najgorętszy letni miesiąc, czczono w sanktuarium w Urcji jako największe za świąt bogini. Gliniany Atuns miał te same wyraziste kości policzkowe, ten sam nos, te same dłonie o długich szczupłych palcach, co stojący obok Marisa i wpatrujący się w Aulusa z napięciem książę.

– No przecież popatrz tylko! – zażądał Maris, zamaszystym gestem wskazując na rzeźbę – Czy to jest przyzwoite?

Aulus wrócił wzrokiem do rzeźby i dopiero wtedy uderzyło go w niej coś jeszcze, coś, co nie bardzo nawet umiał nazwać: coś w spojrzeniu półprzymkniętych oczu, w grymaśnym wyrazie lekko rozchylonych ust, w geście tej drugiej ręki, wspartej na udzie i raczej sugestywnie wskazującej niż osłaniającej genitalia; coś, co wydawało się niepokojące i intrygujące i nie do końca pasowało do postaci Atunsa, a jednocześnie pasowało, więcej niż dobrze, do Lucjusza. To, pomyślał Aulus, w nagłym przebłysku dumy z tego, że zrozumiał – to jest to, co tak wyprowadziło Marisa z równowagi. I chyba to, dodał zawsze czujny u Aulusa duch samokrytyki, dlaczego teraz chyba się czerwienię. Ale już myśląc to, zdał sobie sprawę, że było tu coś więcej niż tylko ta dziwna, drażniąca cielesność – że w postaci Atunsa-Lucjusza widział też desperację i bezsilność: słabość człowieka, którego schwytali w swoje sieci bogowie i który wie, że choćby nie wiem co robił, nie umknie losowi, że jedyne, co mu zostaje, to grać do końca w grę wedle nie swoich zasad, bo wygrać się przecież nie da, nie da.

– No i co? – spytał Maris, wyrywając Lucjusza z zamyślenia – Co myślisz? Zresztą – nic nie mów. Widzę po twojej minie. To nie może tak zostać, prawda?

– Pra…prawda – wykrztusił Aulus, unikając wzroku Lucjusza.

– Mó-wi-łem! – wykrzyknął Maris z triumfem – A teraz, mój książę, zgodnie z umową: pójdziesz do mistrza Raski – jest w Domu Braci, portretuje twojego wuja Phersesa – i umówisz się na pozowanie w roli herosa. Herosa-wojownika, że powtórzę. Masz teraz chwilę na wymyślenie, kogo.

– Ależ ja już wiem, kim chcę być – powiedział Lucjusz dziwnym głosem; Aulus podniósł w końcu na niego wzrok i zobaczył, ku swemu zdumieniu, że Lucjusz nie jest ani wściekły, ani rozczarowany: uśmiechał się, policzki miał zarumienione, a dłonie zaciśnięte w pięści – Wiem bardzo dobrze.

Ponieważ Maris uznał arbitralnie, że Telmche, wierny syn Utstesa i pogromca niecnych zalotników swej matki, jest dostatecznie heroicznym herosem, Lucjusz mógł pójść umówić się z mistrzem Raską i zacząć pozować mu do nowej rzeźby. Aulus z Marisem poszli go obejrzeć trzeciego dnia, kiedy gliniany model był już prawie gotowy.

Rzeźba stała na niewielkim stole w pracowni mistrza – i od pierwszej chwili Aulus nie mógł oderwać od niej oczu. To był, znowu i bezdyskusyjnie, Lucjusz – ale Lucjusz inny niż tamten zmysłowo śliczny i dziwnie smutny umierający chłopak. To był Lucjusz taki, jak w chwili, kiedy Aulus widział go pierwszy raz: zadziorny i uparty, przedstawiony w lekkim rozkroku z podniesioną głową i ręką wyciągniętą przed siebie, jakby wskazywał na pokonanych zalotników. Telmche z rysami Lucjusza – z jego wyrazistym profilem, uwydatnionym dodatkowo wybraną przez artystę pozą, z jego szczupłą sylwetką – wydawał się triumfować nad wrogami mimo swej młodości i pozornej delikatności. Wyglądał jak ktoś, komu nic i nikt nie może się oprzeć – i kto, mimo wszystko, nie do końca wie, jak udało mu się tego wszystkiego dokonać.

Stary Rasca z Catuny miał opinię najsprawniejszego artysty swoich czasów i nieodmiennie od lat cieszył się powodzeniem i łaskami władcy Tyrrenii. Stał teraz – siwy, trochę przygarbiony, o ogorzałej twarzy – lekko opierając się o stół i z uśmiechem przyjmował entuzjastyczne wykrzyknienia Marisa i nieśmiałe zachwyty Aulusa. Lucjusza jako modela nie mógł się nachwalić: i za cierpliwość (Maris za jego plecami przewracał oczyma), i za wdzięk, i za urodę, i za szacunek dla siwej głowy (tu Maris omal nie parsknął głośnym śmiechem). Lucjusz się uśmiechał, na wpół skromnie, na wpół kokieteryjnie; Aulusa – mimo że wiedział, jak próżny potrafi być jego książę – nawet zdziwiło to, że Lucjusz wydawał się aż tak zadowolony z siebie z tak błahego powodu.

A potem, nagle, Aulus usłyszał dzwonki. Te dzwonki. Dzwonki, których obecność poprzedzała zawsze nadejście zilacha. Tym razem władca Tyrrenii najwyraźniej postanowił sprawdzić, jak postępują prace nad jego wymarzonym projektem.

Wpadło dwóch służących z dzwonkami, za nimi weszło dostojnym krokiem trzech spośród ziva, rady najbliższych krewnych zawsze towarzyszących władcy, a po nich, w końcu, sam Nestur, uśmiechając się łaskawie do mistrza Raski i jego asystentów – uśmiechając się, póki jego wzrok nie padł na glinianą rzeźbę na stoliku.

To znowu była jedna z chwil, które wryły się w pamięć Lucjusza na zawsze: ten moment, kiedy zilach wchodzi do warsztatu i jego wzrok natyka się najpierw na Lucjusza pod oknem, a potem na Lucjusza-Telmchego. Zilach urwał wpół łaskawego słowa, jakie wypowiadał do Raski i skupił całą uwagę na rzeźbie. Aulus nie był pewien, czy dobrze odczytał wyraz jego twarzy: niemożliwym wydało mu się, żeby władca Tyrrenii, Nestur Mędrzec, stał przed nimi – zakłopotany?

Powoli Nestur przeniósł spojrzenie z glinianego modelu młodego herosa na swego wnuka, który pozował do jego przedstawienia. Lucjusz podniósł głowę, pochyloną wcześniej w należnym władcy ukłonie, i napotkał jego wzrok.

Znowu nawet nie mrugnął, pomyślał Aulus z lekkim zdumieniem; nawet nie zmrużył oczu. Zastanawiał się i nie mógł pojąć, skąd u Lucjusza – uchodzącego powszechnie w Domu Książąt za jednego z ulubieńców władcy – ta potrzeba konfrontacji, co znaczy to spojrzenie…. i skąd nagłe zdumienie i ledwie skrywany gniew zilacha.

Nie on jeden nie rozumiał, co się dzieje: Maris rozglądał się dookoła niepewnie, Rasca urwał w pół słowa jakieś wyjaśnienia dotyczące materiałów i terminów. Nestur ciągle nie odrywał wzroku od wpatrującego się weń bez śladu uśmiechu wnuka.

– I cóż powiecie, nacna? – zapytał nagle Lucjusz zbyt wysokim, lekko nerwowym głosem – Moim pierwszym wyborem był, oczywiście, mój… boski rodzic. Niemniej, przyjaciele uświadomili mi, że nie należy mierzyć zbyt wysoko; znacznie bardziej chyba przystoi mi rola wiernego dziecka, nie sądzicie?

Ten moment wystarczył, by Nestur odzyskał kontrolę nad sobą. Zignorował Lucjusza, pochwalił Raskę za podobieństwo i za tempo pracy, obiecał nagrody jego pomocnikom i skomplementował wizerunek Telmchego jako bardzo udany, po czym pożegnał się i wyszedł, zapowiadając, że przyjdzie w najbliższych dniach. Zaraz po wyjściu króla pożegnał się i Lucjusz, zabierając ze sobą obu swoich towarzyszy; Aulus widział, że książę ledwie może się powstrzymać, żeby nie wypaść z biegiem z warsztatu rzeźbiarza.

Kiedy tylko wyszli, Lucjusz rzucił się Marisowi na szyję i go uściskał, impulsywnie i bez powodu, po czym zaproponował ze śmiertelnie poważną twarzą:

– Stawiam mój ulubiony złoty pierścień w zakład: za trzy miesiące, kiedy na święto Aniego Rasca przedstawi gotową rzeźbę, będę tam jako umierający Atuns. Założycie się?

Maris, śmiejąc się, potargał jego jasne włosy i przyjął zakład, oferując dwie złote bransolety na ramię. Aulus postawił miedziany kubek do kości, po czym zapomniał na śmierć o całej sprawie. A nie powinien był: trzy miesiące później musiał oddać kubek Lucjuszowi. Tyle że te trzy miesiące później Aulusa znacznie, ale to znacznie mniej zdziwiło, że w domu zilacha przedłożono skandaliczny wizerunek Atunsa nad grzeczne przedstawienie młodzieńca, który dwadzieścia lat czekał na powrót herosów z wyprawy.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s