Rozdział X (2)

Rozdział X (2)

Trzy tygodnie później, w głównym atrium królewskiego pałacu, Aulus stał pół kroku za Marisem i zaglądał zza jego ramienia na zgromadzenie książąt i księżniczek w wysokiej kolumnowej sali.  Już od rana wiadomo było, że Nestur zbliża się do miasta; dwie godziny temu rozpoczęła się ceremonia powitania go przy bramach. Teraz, przy wejściu do Górnego Miasta i przy głównym wejściu do pałacu  czekały specjalne delegacje, a cały ród, wraz z osobistą służbą i kapłanami, zgromadził się, zgodnie z tradycją, w atrium, gdzie władca przyjmował poddanych i gości. W kątach, w brązowych trójnogach, powoli dymiło kadzidło, wypełniając salę cierpkim zapachem; auletowie, rozstawieni z tyłu, czekali, by dźwiękiem fletów obwieścić wejście władcy. Czekali już od dłuższego czasu; zilach miał zjawić się lada moment.

Aulus po raz pierwszy był w wielkim atrium pałacu: rozglądał się dokoła, wypatrując pojawienia się króla, i usiłując ocenić, jak wielu ludzi zgromadziło się tu w oczekiwaniu na niego. Stali w kolorowych grupach, starannie od siebie oddzielonych: dorośli i młodzi mężczyźni w tunikach i płaszczach na wzór albanicki, chłopcy w barwnych tebennach, kobiety, starsze i młodsze, w czerni (i tylko jedna z nich – czarnowłosa, piękna, w wieńcu ze złotych listków topoli na głowie, bez uśmiechu – osobno od wszystkich innych), dziewczęta w długich białych chitonach, otoczone opiekunkami i wychowawcami małe dzieci w różnobarwnych koszulach: bracia, siostry, dzieci, bratankowie i siostrzenice, rodzone i cioteczne wnuki zilacha, wszyscy oczekujący, by przywitać swego pana, namiestnika bogów, powracającego ze swej dorocznej podróży po królestwie.

Aulus rozpoznawał już niektórych z nich: siwowłosego, poważnego królewskiego brata Thesesa, którego zilach zaliczał do ulubionych doradców, jego syna Aivasa (Aulus służył mu jako sekretarz przez ostatnie dwa tygodnie, od kiedy jego własny skryba złamał rękę) i stojącego obok niego jasnowłosego jak cała rodzina, wysokiego księcia Arila, którego sekretarzem Maris był od samego początku swojej służby w pałacu i którego uszczypliwego języka sam Aulus trochę się obawiał. Nie znał jeszcze tak naprawdę aż tak wielu osób, poza chłopcami z Domu Książąt; a że kobiet z pałacu nie widywał wcale, nie miał pojęcia,  która z nich jest córką, która – żoną, a która – wnuczką zilacha, zwłaszcza że obecna małżonka władcy była jego czwartą, a przy tym – jak powszechnie szeptano w pałacu – raczej na pewno nie ostatnią.

– Ciekawe, kogo przywiezie ze sobą – mruknął Maris, zauważając, jak Aulus się kręci i rozgląda – Czasami przyjeżdżają zięciowie, kuzyni z małżonkami… zawsze jest wtedy mnóstwo zamieszania i dobra zabawa… A może kapłanki ze świątyni Lucji się do nas pofatygują… nie, to by było zbyt piękne…

Aulus już chciał coś powiedzieć, kiedy przez szum cichych rozmów przebiły się nagle niespodziewane dźwięki dzwonków, dobiegające gdzieś z korytarzy: jasne, przenikliwe i natrętne, nie dające się zignorować.

– Zaczyna się – wyszeptał do niego Maris – idzie król.

Wśród dźwięków fletów i dzwonienia w dzwonki, poprzedzany przez czterech szacownych krewnych i otoczony gronem młodzieńców i żołnierzy, Nestur Mędrzec, król Tyrrenii i zwierzchnik zgromadzonego w atrium rodu, wkroczył z powrotem do swego pałacu.

Nestur mógł mieć dom pełen wnuków i opinię mędrca, zaszczycanego przez bogów rozmową i obdarzonego, w dowód łaski, darem widzenia przyszłości, ale, pomyślał Aulus, nie do końca wyglądał na dostojnego starca: jego jasne włosy, splecione w warkocze otaczające głowę i upięte w skomplikowaną fryzurę pod ciężkim złotym wieńcem, ledwie zaczęły siwieć. Szczupły, niewysoki, w królewskim płaszczu i kolorowej tebennie z szerokim purpurowym obramowaniem, Nestur wydał się Aulusowi – oszołomionemu muzyką, kadzidłami, wreszcie faktem, że on, Aulus, stoi tu i ogląda na własne oczy władcę całej swojej ziemi – nadludzki, ani młody, ani stary, odwieczny jak bogowie, od których pochodził.

Dopiero kiedy z otoczenia zilacha wyrwał się, z radosnym okrzykiem, jeden z towarzyszących mu chłopców i – przecisnąwszy się przez tłum książąt i wnuków – rzucił się, z radosnym okrzykiem, na szyję Marisowi, Aulus zdołał oderwać wzrok od swego władcy.

Aulus – który zapamiętał te dni w Rasenie na resztę swojego życia – wiele razy usiłował sobie przypomnieć, co wtedy pomyślał i jak się poczuł; czy uderzyło go coś niespodziewanego, jak ponoć uderzało ludzi, którzy ujrzeli nagle w dopiero co spotkanej kobiecie przyszłą wielką miłość, w ledwie poznanym człowieku – przywódcę, któremu zostaną wierni na resztę swoich dni. Nie pamiętał; za wiele się później zdarzyło. Nigdy nie udało mu się wrócić myślą do tej chwili i naprawdę przypomnieć sobie, co poczuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył, jak Lucjusz Aureliusz, wnuk zilacha, rzuca się Marisowi w ramiona.

Na pewno pomyślał wtedy – to pamiętał – że to musi być królewski krewniak. Chłopak miał klasyczną urodę swojej rodziny: jasne włosy, szczupłą i raczej drobną sylwetkę, pociągłą twarz o regularnych rysach. Trzeba go było zobaczyć w gronie wujów i kuzynów, żeby zauważyć różnice: oczy ciemniejsze, bardziej szare niż błękitne, cerę bledszą o ton od złotawej skóry zilacha i jego dzieci. Jego włosy, zgodnie z tradycją starannie zaplecione, miały nie kolor dojrzałej pszenicy, jak u ciotek i kuzynów, ale ciemniejszą, miodową barwę, nabierającą w blasku słońca niemal rudawego odcienia. Twarz miał gładką, bez śladów zarostu; wyglądał, w oczach Aulusa, na jakieś piętnaście lat.

Maris się zaśmiał, uścisnął chłopaka, a potem – przerywając w pół słowa jego wykrzyknienia – delikatnie odsunął go od siebie i ukłonił się, kładąc sobie lewą rękę na sercu; taki ukłon – tyle Aulus już wiedział – przysługiwał wyłącznie bliskim krewnym króla.

– Ja też jestem szczęśliwy, że was widzę, książę – powiedział z niemal komiczną powagą, po czym dodał – Tym szczęśliwszy jestem… i tym bardziej zakłopotany…. żeście postanowili zlekceważyć zasady etykiety i zachowania odpowiedniego w obecności zilacha tylko li i jedynie ze względu na moją skromną osobę. Moje serce rozkwita w blasku waszej, książę, miłości, ale mój język plącze się w zakłopotaniu i łzy cisną się oczu, bo ze względu na niegodnego sługę zlekceważono pana nas wszystkich. Jeżeli mój książę nie zechce przeprosić za swoje zachowanie, nie pozostanie mi nic innego, jak z rozpaczy i wstydu rzucić się w wody Thefaru i przedwcześnie pójść pod sąd Aitana, pana umarłych…

Chichoty i otwarte wybuchy śmiechu przywitały jego słowa, ale umilkły, kiedy zilach odwrócił głowę w ich kierunku i Aulus poczuł na sobie spojrzenie jego przenikliwych niebieskich oczu. Przez chwilę władca patrzył prosto na niego, po czym bez słowa zwrócił spojrzenie na chłopaka. Przez moment spoglądali na siebie w milczeniu, a potem młody człowiek opuścił głowę i skłonił się głęboko.

– Z całego serca proszę o wybaczenie, nacna – powiedział gładko – Moje wykroczenie wobec rodziny i reguł może być, ufam, puszczone w niepamięć jedynie dlatego, że uległem porywowi serca, zamiast słuchać wpojonych mi zasad. Niegodny i nieposłuszny jak zawsze, błagam  o litość i obiecuję poddać się każdej karze, jaką mi, nacna, w swej sprawiedliwości raczycie wyznaczyć.

Lekki ton jego głosu (w sali znowu gdzieniegdzie rozległy się chichoty) i uśmiech, który rozjaśnił jego twarz, przeczyły pełnym pokory słowom; ale jego oczy, pomyślał Aulus, w jego oczach nie było uśmiechu: szaroniebieskie jak niebo przed burzą, patrzyły spokojnie i bez chwili zawahania prosto w twarz zilacha.

Nestur pokręcił głową z westchnieniem.

– Mój wnuk wie – Aulus wyraźnie usłyszał w głosie władcy pobłażanie i odrobinę zniecierpliwienia – że mu wybaczę zawsze i wszystko, przez wzgląd na jego matkę i na moją miłość dla niego samego; proszę jedynie o odrobinę szacunku dla zasad i tradycji, które na tym dworze kultywujemy.  Nie trzeba tych zbyt wielkich słów, dziecko, ani kpin; wystarczy, żebyś następnym razem pamiętał, co ci przystoi, a co nie.

Chłopak położył sobie rękę na sercu – prawą, jak przystało młodszemu krewnemu wobec ojca rodziny – i ukłonił się, aż przesadnie głęboko. Zagrały flety; kuzyn zilacha, kapłan przodków rodu, powitał pana z powrotem na włościach; wylano ofiary przed domowymi bóstwami, zilach zadał jednemu z bratanków pytanie o dziecko, które miało przyjść na świat, pochwalił przyprowadzonego doń małego, pulchnego chłopczyka za piękny śpiew podczas ceremonii przywitania u bram miasta wcześniej rano… po czym oficjalna ceremonia dobiegła końca i wszyscy – rodzina, dzieci, służba – zostali odesłani do swoich codziennych obowiązków. Ledwie Maris z Aulusem zdołali wydostać się z tłumnej sali, a potem z pałacu, usłyszeli za sobą szybki tupot stóp; kiedy Aulus się odwrócił, zobaczył, że biegnie za nimi ten sam chłopak, który wcześniej rzucił się Marisowi na szyję w obecności władcy.

Maris przewrócił oczami, westchnął teatralnie, po czym z otwartymi ramionami zrobił dwa kroki w kierunku biegnącego.

– Tyś już zupełnie zwariował! – powiedział półgłosem, obejmując go i klepiąc po ramieniu – Naprawdę, takie przedstawienie, no wiesz co? Nie mogłeś zaczekać, aż się to wszystko skończy?

– Nie widziałem cię dwa lata – odparł tamten z uporem, wypuszczając  Marisa z objęć – A poza tym….

-… a poza tym, jak cię znam, chciałeś zobaczyć, co zrobi twój dziadek. Tak?

– No… tak – przyznał z rozbrajającym – i lekko bezczelnym, pomyślał Aulus – uśmiechem.

– No właśnie – westchnął Maris – Obawiam się, że połowa zebranych uwierzyła, że złamałeś reguły z powodu nagłego ataku tęsknoty za towarzyszem z dzieciństwa, a druga połowa – ta, co cię lepiej zna – że chciałeś zwrócić na siebie uwagę. Ja osobiście myślę, że znowu próbowałeś, ile ci wolno. I znowu się przekonałeś, że dużo, niestety.

– Jak dla kogo “niestety” – zaśmiał się – Ja tam nie narzekam, Zresztą, na bogów: co ja mogę? Nikomu nie zagrażam, do tronu mi daleko… mogę co najwyżej użyć swojego osobistego uroku, żeby oczarować dziadka i trochę osłodzić sobie życie.

– Bo bez tego nie masz dość słodko? – przerwał mu Maris z przekąsem – To nie ja, przypominam, mieszkałem przez ostatnie dwa lata w Velathri, mieście najpiękniejszych świątyń, najdroższych win i najbardziej chętnych kobiet. Skądinąd… czemu cię w końcu stamtąd zabrali? O ile pamiętam, w zeszłym roku zilach się nie zgodził na twój powrót, skąd nagle taka zmiana decyzji teraz?

– Och, wiesz – chłopak machnął ręką lekceważącym gestem – Velathri jest rozkoszne, ale męczące: leży nisko, u ujścia rzeki, w rozlewiskach; jest tam ciemno, mglisto, latem duszno, zimą wilgotno… Miałem zimą i wiosną  trochę kłopotów ze zdrowiem; nie pisałem, bo nic mi nie było, nic poważnego, trochę kaszlałem, ciągle byłem senny…. Ale wiesz, jacy są kapłani Akeso: najwyższy kapłan przyszedł mnie zobaczyć, bardzo się przejął tym, co by z tego mogło wyniknąć – nie wynikło, nie wynikło! – i napisał do Raseny, że jego zaleceniem jako uzdrowiciela jest odesłać mnie w góry, do domu. No to mnie odesłali, ku mojemu szczęściu, i teraz jestem tutaj i wygląda na to, że na razie zostanę.

– Oczywiście symulowałeś – westchnął Maris.

– Oczywiście! – odpowiedział chłopak, ale Aulus zobaczył, że lekko odwraca głowę, tak, by Maris nie mógł w tym momencie dostrzec jego twarzy. Dziwne, pomyślał – i wtedy zorientował się, że szare oczy chłopaka patrzą wprost na niego.

– Kim jest twój przyjaciel? – zapytał wskazując na Aulusa – Najwyraźniej jest małomówny…. i tajemniczy, Skąd go wziąłeś?

– Z najbardziej skandalicznego wesela na świecie – rzucił ze śmiechem Maris, zanim Aulus zdążył cokolwiek powiedzieć – Na którym panna młoda miała niebieską suknię i sama porwała sobie narzeczonego.

– A ty sobie porwałeś….

– Aulusa – dokończył Maris – I nie, nie porwałem, i nie sobie – poprawił szybko i dość nerwowo – Mój książę: przedstawiam Aulusa Sergiusza Castura, na co dzień nowego skrybę w Domu Książąt. Zna trzy języki, pisze z minimalną ilością błędów i wbrew pozorom umie mówić.

Aulus, zakłopotany i nie bardzo wiedzący, co ma teraz zrobić, ukłonił się, kładąc przepisowo lewą dłoń na piersi.

– Miałeś ojca z Hadasztu? – zapytał nagle chłopak – Nazwisko… i kolor skóry… tak by sugerowały. Mam rację?

– Matkę – poprawił nerwowo Aulus – Moja matka jest Hadasztianką. Ojciec… matka mojego ojca była Tyrrenką, ale mój dziadek pochodził z Albany… uciekł stamtąd…. mieszkali na Ajginie…

– Ach! – zawołał tamten, zadowolony z siebie – Toż ty jesteś żywym symbolem Wielkiego Pokoju, jak pięknie! I, nie powiem, “pięknie” w więcej niż jednym znaczeniu, patrząc na ciebie.

Aulus, sam nie wiedząc czemu, poczuł się w dziwny – i nie całkiem nieprzyjemny – sposób zaniepokojony tymi słowami, na które – jak zwykle – nie wiedział, co powiedzieć. Na szczęście Maris wybawił go z kłopotu.

Sekni Aulusie Sergiuszu – powiedział z powagą – przed tobą stoi książę Lucjusz Aureliusz, wnuk zilacha, syn jego ukochanej córki. Przy okazji – dodał, usiłując zachować powagę – od jakichś dziesięciu lat zmora mojego życia.

– Och, doprawdy! – przerwał mu książę – Pozwól, że ja ci wyjaśnię: sekni Maris Tages i ja znamy się od wczesnego dzieciństwa. Jestem nieco młodszy i nie mam tak naprawdę, rodzeństwa…. przynajmniej nie tutaj. W każdym razie: kiedy byłem dzieckiem, sekni był, z polecenia zilacha, moim towarzyszem zabaw i nauki. Niestety, nie dorosłem dość szybko, że zdążyć dostać go za osobistego sekretarza – kto ma to nieszczęście mieć cię stale na głowie, kuzyn Aril? – niemniej, pozostaliśmy przyjaciółmi, a przez ostatnie dwa lata, kiedy na polecenie mojego dziadka kontynuowałem edukację w świątyni Feronii w Velathri, sekni Maris i ja dość obficie korespondowaliśmy ze sobą. A teraz… cóż, jestem z powrotem, i zamierzam wymusić na dziadku, żeby cię zwolnił z obowiązków wobec Arila – czy tego chcesz, czy nie – i zrobił moim towarzyszem.

– No to ci się akurat nie uda – mruknął Maris – ale, czy ty tego chcesz, czy nie, mam, w ramach dodatkowych obowiązków, przez najbliższe tygodnie spędzać z tobą dość czasu, żeby ci ułatwić powrót na dwór. Na pewno nic nie pamiętasz z etykiety.

– Na pewno – powiedział z promiennym uśmiechem Lucjusz.

– I na pewno zapomniałeś kompletnie o swoich kapłańskich obowiązkach.

– Oczywiście.

– I na pewno będziesz sprawiał kłopoty.

– Zawsze sprawiam.

– Wiedziałem.

– Nie marudź.

– Nie marudzę. Po prostu nie cieszę się, że cię widzę. Same z tobą kłopoty, mój książę.

– Och, doprawdy! – zawołał Lucjusz i impulsywnie pocałował Marisa w policzek – Nie mów mi takich rzeczy, bo się rozpłaczę.

– Wiem, pamiętam  – westchnął Maris – jesteś znakomity w płakaniu na każde życzenie. Nie znam nikogo, komu wychodziłoby to równie przekonująco. Pamiętaj, ja się nie nabieram na twoje sztuczki, za często pomagałem ci je planować. Zmądrzałeś choć trochę?

– Nie.

– Tak podejrzewałem.

– Ile przywiozłeś skrzyń nowych ubrań? Sześć?

– Tylko cztery. I te trzy, co je posłałem wcześniej. W sumie siedem; nie tak dużo, dwa lata mnie nie było, urosłem. Poza tym, w Velathri mają fantastycznych krawców, a ja musiałem na coś wydawać pieniądze.  Nawet te, których nie miałem.

– Ty nigdy nie zmądrzejesz, prawda?

– Prawda – powiedział Lucjusz. Cofnął się o krok, ustawił się w pozycji aktora na scenie i zadeklamował z patosem – Na zawsze już pozostanę tym samym słodkim, niemądrym, płytkim, ślicznym chłopcem, że zacytuję moją drogą ciotkę Kerę. Tak mi dopomóż, boski ojcze – dodał, a Aulusowi wydało się, że słyszy cień goryczy w jego głosie – bo tak mi będzie znacznie łatwiej i milej w życiu, a i tak wiadomo, że do niczego innego się nie nadam.

– No właśnie – skwitował ze śmiechem Maris.

– No właśnie – potwierdził gładko Lucjusz – Ale, podły człowieku, wiedz, że ja się cieszę, że cię widzę, Mogę powtórzyć wszystkie moje zaklęcia sprzed wyjazdu, łącznie z sypianiem na jednej poduszce.

– A co? – zapytał Maris sarkastycznie – Dowiedziałeś się wreszcie, czemu po tej twojej uwadze miesiącami byłem pośmiewiskiem wszystkich w Domu?

– Nie, dalej nie rozumiem – Lucjusz brzmiał teraz dokładnie tak, jak Maris przed chwilą: ton głosu, intonacja, lekka sugestia kpiny i ironii – Po latach w Velathri nadal pozostaję niewinnym kwiatuszkiem. Po co ci to wiedzieć?

– Ja wcale nie chcę tego wiedzieć – mruknął Maris – Skądinąd, w związku z rzeczami, które chcę wiedzieć: wracasz mieszkać do Domu Książąt?

– Owszem. I będę potrzebował służących, i niewolników, i sekretarza; i podobno ty się masz tym zająć, przynajmniej tak mi mówiono.

– No dobrze, dobrze – Maris objął go ramieniem i ruszył razem z nim w kierunku Domu – Jeden problem możemy rozwiązać od razu: ja nie mogę zostać twoim osobistym sekretarzem, służę twojemu kuzynowi… ale Aulus, jak sądzę, poradzi sobie z dodatkowymi obowiązkami; zresztą, lada dzień skończy zastępować sekretarza Aivasa. Ty nigdy nie pisałeś za dużo, a i o księgi też się za bardzo nie upominałeś… o ile pamiętam.

Książę zatrzymał się i odwrócił ku idącemu pół kroku za nim Aulusowi.

– Aulus Sergiusz Castur, po trochu z Hadasztu, po trochu z Albany. Sekretarz księcia Lucjusza. No dobrze – powiedział z uśmiechem – Dobrze. Niech i tak będzie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s