Rozdział VII

Rozdział VII

 

 

Rasena

 

 

Według planu umówionego jeszcze w domu Mamerkes, główny zarządca karawany, miał pójść z Aulusem do szkoły i przedstawić go Teithusowi. W praktyce, kiedy tylko przekroczyli granice Zewnętrznego Miasta i zatrzymali się na przedmieściach w faktorii handlowej, z której korzystali leontyńscy kupcy, karawana się rozsypała. Mamerkes, komenderując rozładunkiem towarów, zapytał Aulusa w przelocie:

– Ty, młody! Poradzisz sobie sam, prawda?

Aulus, oczywiście, mógł na to odpowiedzieć wyłącznie niepewnym potwierdzeniem, że tak i że sobie poradzi, po czym machnąć na Malchasa, obładowanego dwoma worami bagażu i pójść swoją drogą w kierunku bram Środkowego Miasta.

Wpuszczony do środka po pół godzinie czekania, aż strażnik kończy się kłócić z jakimś pyskatym kupcem i po dokładnej kontroli listów, jakie miał ze sobą, Aulus, poprzedzany przez z trudem dźwigającego bagaże Malchasa, wszedł w końcu do Środkowego Miasta Raseny, królewskiej stolicy Tyrrenii.

Aulus nie był tak do końca pewien, którędy ma iść; między rozładowywaniem beczek z miodem a pokrzykiwaniem na tragarzy Mamerkes wyjaśnił mu szybko i niezbyt jasno, gdzie jest dom Teithusa i jego szkoła. Pełno było tam określeń takich jak „po drugiej stronie posiadłości Sethesa”, „za ogrodami Thanii po lewej” i „w lewo przed świątynią Tinha, króla-boga”. Aulus przestał słuchać po krótkiej chwili, optymistycznie zakładając, że dojdzie do ogrodów i tam dopyta się o dalszą drogę.

Dopytywanie się szło mu marnie. Pod bramą do świątynnych ogrodów zaczepił staruszka, który okazał się być przygłuchy, i dwoje pielgrzymów z samego południa Raseny, zupełnie nie znających miasta. Trochę bez celu, usiłując przypomnieć sobie wskazówki Mamerkesa, snuł się po ulicach i gapił się na kilkupiętrowe budynki z żółtawego tufu, ciasno przytulone jeden do drugiego; wysoko nad nimi widział szczyty pałaców i drzew Wyższego Miasta, siedziby zilacha i jego dworu. Za wszelką cenę usiłując udawać nonszalancję i obojętność, rozglądał się dookoła nie bardzo wierząc w to, co widzi: w tak wysokie budynki, tak duże świątynie, ulice tak szerokie, że mogły się na nich mijać dwa wozy.

Ulice były pustawe o tej porze dnia: powoli zbliżała się jesień, ale w południe ciągle jeszcze z nieba lał się żar. Drewniane okiennice w większości domów były pozamykane na głucho; tylko z bocznych uliczek dobiegały go czasem ludzkie głosy i zapachy potraw, gotowanych na wystawionych na ulicę piecykach.

Po kilku godzinach takiej włóczęgi Aulus był gotowy dalej ignorować ponure spojrzenia zlanego potem Malchasa, ale nie własne zmęczenie i głód. Napił się wody z publicznej studni i przysiadł przy niej, a kiedy doczekał się w końcu na niewolnika z wiadrami, zapytał o szkołę Teithusa… i oczywiście nie uzyskał odpowiedzi. Trzeba było dopiero rady, usłyszanej od wysiadającej z lektyki kobiety w zasłonie („niech idzie do świątyni, tam mu pewnie powiedzą”): Aulus machnął na Malchasa i poczłapał w kierunku najbliższej świątyni: nieubłaganie zbliżał się wieczór, a Aulus zakładał, że tak jak w domu, tak i tutaj o tej porze dnia raczej na pewno ktoś będzie składał ofiary przed świątynią Cathy, matki słońca.

Musiał chwilę poczekać, ale w końcu znalazł kogoś, kto wyjaśnił mu, prosto i przystępnie, jak dojść do domu Teithusa; Aulus ukłonił się, czując się głupio i absurdalnie wdzięczny, i odszedł, otoczony zapachem żywicy i rozmarynu, dymiących na ołtarzu.

Kiedy już usłyszał, jak ma iść, dotarcie do szkoły Teithusa okazało się nie takie trudne: Aulus i wlokący się powoli za nim Malchas szybko znaleźli właściwą uliczkę, wijącą się zakrętami w górę, w kierunku Wyższego Miasta i po kilkunastu minutach marszu doszli w końcu przed wysoki dom z wszechobecnego tufu i zatrzymali się niepewnie przed zamkniętą na głucho bramą.

Aulus czuł na plecach spojrzenie Malchasa i czuł się fatalnie: z jednej strony, nie chciał wyjść na tchórza przed własnym niewolnikiem, z drugiej – na samą myśl o tym, że powinien sięgnąć po ciężką kołatkę w kształcie dłoni i zapukać do drzwi, czuł ściskanie w dołku. Podniósł rękę, dotknął kołatki i cofnął dłoń jak oparzony.

– Usiądźmy na chwilę – powiedział do Malchasa, nie patrząc na niego – Zasapałem się, muszę trochę odetchnąć, zanim pokażę się nauczycielowi.

Usiadł na ulicy po przeciwnej stronie, ignorując rozbawione spojrzenie swego niewolnika. Zastanawiał się, jak długo może tu siedzieć i czekać nie wiadomo na co.

Pewnie siedzieliby tak do rana (Aulus poważnie rozważał przedrzemanie się na workach z bagażem gdzieś w zaułku i podejście pod dom rankiem, kiedy to na pewno będzie się tu kręciło mnóstwo osób, które będzie można poprosić o pomoc), gdyby nie fakt, że ich obecność przed domem została zauważona. Brama uchyliła się z głośnym skrzypnięciem i na ulicę wyszedł potężny mężczyzna z ogoloną głową, w szarej niewolniczej tunice i z kijem w dłoni.

– Wy tu czego? – zapytał łamanym hadasztiańskim, zapewne na widok ciemnej skóry i zaplecionych w nieco już potargane warkocze włosów Aulusa.

Nie bardzo wiedząc, w jakim języku ma się odezwać, Aulus zaczął po hadasztiańsku, zreflektował się i płynnie przeskoczył na tyrreński, tłumacząc strażnikowi, że szkoła, że listy, że Aranth Teithus…

– A na nauki przyjechał! – zrozumiał w końcu niewolnik – I listy ma! A to niech idzie do środka, co tu tak siedzi jak żebrak jaki!

Aulus, nieco urażony poufałym tonem, na jaką pozwalał sobie niewolnik-strażnik wobec niego – wolno urodzonego ucznia, obywatela! – szorstko rozkazał Malchasowi brać wory na plecy i wszedł do środka.

Spodziewał się spotkania z nauczycielem, pokazywania listów i tłumaczeń. Na wpół z ulgą, na wpół z lekkim, nieoczekiwanym rozczarowaniem dowiedział się, że mistrz Teithus na pewno go już dziś nie przyjmie i od jutra on, Aulus, będzie, jak wszyscy, sypiać na arkadowym dziedzińcu, ale na razie ma się iść położyć do pustego cubiculum koło jadalni.

Dopiero kiedy zaprowadzono go przez dziedziniec do sypialni i kazano położyć się na jednym z pustych legowisk na kamiennej podłodze, Aulus przypomniał sobie o jutrzejszej konieczności rozmowy z nauczycielem, o spotkaniu z przyszłymi kolegami – w których już, oczyma duszy, widział zarozumialców i dręczycieli – i o czekającym go przerażającym egzaminie. W związku z tym najpierw przez pół nocy nie mógł zmrużyć oka, a potem – katastrofalnie zaspał na swój pierwszy dzień nauki.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s