Rozdział IV

Rozdział IV

Melissa

Pięć dni po weselu, kiedy zakończyły się już wszystkie uroczystości i spotkania, konsul Aureliusz Stacjusz i Newiusz Teucer, namiestnik miasta Curtun, wyruszyli z posiadłości Medona Calvusa do odległego o dzień drogi portu w Melissie. Przez jakiś czas mieli podróżować razem: najpierw do Melissy, stamtąd po tygodniu spokojnej żeglugi do Ligurii, skąd każdy zbierał się w swoją drogę: konsul na północny wschód, do Albany, namiestnik na południe, do leżącego o dwa dni drogi w głąb lądu Curtun. Jeszcze przed odjazdem z domu Medona sekretarz konsula, Tacjusz, trzykrotnie kazał sobie tłumaczyć, jak i którędy popłyną. Konsul Aureliusz lubił zadawać niespodziewane pytania; Tacjusz chciał być pewny, że będzie znał precyzyjne odpowiedzi.

Po godzinie podróży w prywatnym carpentum konsula z zaciągniętymi, z powodu upału, jedwabnymi zasłonami, Aureliusz, który dotąd drzemał, otworzył oczy i zapytał siedzącego naprzeciwko Newiusza:

– A u małżonki co słychać? Zdrowa? Bardzo żałuję, że nie mogła się zjawić, choć, oczywiście, rozumiem, że racje polityczne…

– Ależ nie, nie – przerwał Newiusz szybko – Aurelia Foibe nie czuła się najlepiej, to prawda, jakiś drobny kłopot z puchnącymi nogami, rozumiesz, domne. Nic poza tym.

– Ach tak, no oczywiście, oczywiście… – Aureliusz pokiwał głową, splatając palce i w zamyśleniu wpatrując się w rozmówcę. Tacjusz, siedzący za swoim panem na niskiej, upchniętej z tyłu ławeczce dla służby, przypomniał sobie, że ponoć dwadzieścia lat wcześniej urodę Newiusza Teucera sławiono w pieśniach. Dzisiejszy namiestnik Curtun był wtedy piętnastolatkiem o czarnych lokach i czarującym głosie; zostały mu po tamtych czasach piękne, regularne rysy twarzy i sylwetka, ciągle szczupła, mimo upływu lat i znanego zamiłowania do luksusów – To rodzinne, zapewne. Siostra jej matki – pamiętam dobrze, ciotka pomieszkiwała trochę u nas w domu – jakoś w tym wieku zaczęła chorować na obrzęki nóg, były dni, że nie mogła się nawet wyjść do ogrodu, nieszczęsna… No ale ponoć w górach Curtun klimat przyjemny, nie ma upałów, nie to, co latem w Albanie… Moja małżonka co roku mi powtarza, że zrobiliśmy przysługę tym wszystkim wygnańcom: siedzą sobie na wyspach, miło i zdrowo, z dala od skwaru i febrycznych wyziewów… przysługa, jak nic! No, a przecież i dla was, sakni, wygnanie naszego uzurpatora okazało się wielce zyskowne, prawda… tak jak i dla mojej kuzynki?

Tacjusz ze swojego miejsca w kącie widział, jak Newiusz sięga po chustkę i udawanym kaszlem maskuje zakłopotanie.

– A widzę, że wy też niezdrowi – konsul z troską pochylił się ku rozmówcy – Wina może podać? Albo wody z miodem? Tacjuszu, wodę!

Nastąpiła chwila zamieszania z wydobywaniem bukłaka i nalewaniem osłodzonej miodem wody do pucharka; konsul z troską dopytywał się, czy już lepiej, cudownie uzdrowiony z ataku kaszlu Newiusz Teucer składał się w podziękowaniach, a kwestia zysków i strat, wynikłych z wygnania Marka Waleriusza, została szczęśliwie zarzucona. Kiedy po przerwie obaj panowie wrócili do rozmowy, zaczęli rozmawiać o czym innym: najpierw o zarazie, która ponoć szalała gdzieś na rubieżach Hadasztu, potem o nie najlepszych perspektywach zbiorów, o planowanych zmianach prawa w Albanie wreszcie – o polityce. Tacjusz był nieco zaskoczony zachowaniem swego pana: Aureliusz zazwyczaj był znacznie bardziej powściągliwy w wyrażaniu swoich opinii i przekonań.

– Cóż, mam nadzieję, że unikniemy jakiegoś większego konfliktu – powiedział z odrobiną lekceważenia, kiedy Newiusz Teucer zapytał o niepokoje i zamieszki w dwóch wschodnich prowincjach – To są na razie lokalne sprawy. Wszystko oczywiście pokłosie jeszcze tamtych afer z Waleriuszem, jak zawsze mawia mój nieoceniony kolega w urzędzie, Metiusz Domicjusz Probus: jako dyktator naobiecywał wszystkim, jak leci, obywatelstwo, to im się we łbach poprzewracało, piętnaście lat i się nie mogą uspokoić. Poślemy tam armię… nie konsularną, absolutnie nie ma takiej potrzeby, ale pośle się legion czy dwa, da jakiemuś ambitnemu dzieciakowi szansę wykazania się na dowództwie i zrobi się porządek. Nie ma się czym martwić, moim zdaniem – no chyba, że się martwicie, sakni, że się wam zamieszki na Curtun i resztę Tyrrenii rozniosą…

– Och – Newiusz ze zniecierpliwieniem machnął piękną dłonią; Tacjusz, wyczulony na detale przez lata służby u konsula, zauważył błysk złotego sygnetu z lwią głową, herbem tyrreńskiej rodziny królewskiej, na jego palcu – Tyrrenia to jedno, a Curtun, w końcu miasto niezależne…

– … ale przecież pod protektoratem – uśmiechnął się konsul – Nieprawdaż? I gdyby namiestnik chciał… na przykład… obniżyć trybut płacony przez mieszkańców Rasenie w dowód wdzięczności, to zilach Tyrrenii zapewne wezwałby go do tejże Raseny na rozmowę… dość nieprzyjemną, jak podejrzewam, niezależnie od łączących ich więzów powinowactwa…

Ze swego miejsca w kącie carpentum Tacjusz obserwował, jak Newiusz Teucer stara się, bezskutecznie, ukryć wyraz zaskoczenia i niezadowolenia, jak go maskuje nieszczerym uśmiechem i niedbałym gestem ręki.

– Polityka – powiedział z tym fałszywym uśmiechem na twarzy Newiusz – Wszystko polityka; Domne Aureli, u was w Albanie przecież też nie inaczej: dwadzieścia lat, jak nie więcej, pan, domne,  i Marek Waleriusz byliście przecież przyjaciółmi…

– Współpracownikami, sakni – poprawił gładko Aureliusz – Tylko współpracownikami.

Tacjusz oparł głowę o ścianę powozu i przymknął oczy. Zapowiadała się długa i interesująca podróż.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s