Przysięga umarłego

Jedna z cyklu baśni napisanych dla Edyty, w oparciu o tradycyjne i literackie wzorce. Oryginał tutaj.

Przysięga umarłego
Ballada bizantyjska

Żyła sobie kiedyś w Grecji uboga wdowa. Biedna była, ale szczęśliwa: miała mały domek w górach, ogródek, w którym rosły zioła i kolorowe kwiaty, i sad oliwkowy za domem, na wzgórzu.  Miała też dziesięcioro dzieci: dziewięciu synów i najmłodszą córkę Aretę, śliczną jak obrazek. Bracia i siostra bardzo się kochali: razem troszczyli się o dom, o ogród i o siebie nawzajem.
A choć żyli skromnie i cicho, wieść o urodzie dziewczyny rozeszła się szeroko po świecie: na jarmarkach śpiewano pieśni o jej ciemnych oczach i czarnych włosach, chwalono jej oliwkową cerę i słodki uśmiech.
Na całym świecie szerokim opowiadano o ślicznej dziewczynie z greckiej wioski, aż któregoś dnia wieść dotarła na dwór kalifa w dalekim Babilonie. Kiedy pieśniarz zaśpiewał pieśń o Arecie na dworze, najstarszy syn kalifa poczuł, że zapada mu ona głęboko w serce i że nie może przestać myśleć o pięknej nieznajomej.
– Chcę tę dziewczynę za żonę! – zażądał syn kalifa, kiedy tylko opisano mu piękność dziewczyny.
Wyruszyli więc posłowie kalifa z Babilonu do Grecji: rok i jeden dzień jechali, aż w końcu dotarli do wioski i do domu ubogiej wdowy.
– Syn kalifa chce twoją córkę za żonę – obwieścili gospodyni.
– Nie mogę wam niczego obiecać  – odpowiedziała, choć bogato ubrani dostojnicy budzili w niej lęk – zanim nie porozmawiam z moimi dziećmi.
Posadziła wysłanników kalifa w ogrodzie i kazała zaczekać, aż wrócą jej synowie: dwaj z pola, gdzie kosili zboże, dwaj z sadu, gdzie zbierali jabłka, dwaj z targu, na którym sprzedawali uprzędzoną przez matkę wełnę, a dwaj z cerkwi, którą ozdabiali podarowanymi przez siostrę kwiatami. Tylko najmłodszy z synów, Kostas, został w domu. Towarzyszył ukochanej siostrze i pomagał jej w pracach domowych: ona przygotowywała obiad, a on rąbał drzewo i pilnował ognia w piecu.
Kostas widział, jak Areta spogląda ukradkiem na piękne stroje wysłanników kalifa, na ich wspaniałe konie i siodła, i jak z zachwytem słucha ich rozmowy o cudach dalekiego świata. Kiedy  bracia wrócili, matka zwołała wszystkie swoje dzieci na rozmowę i zapytała:
– Czy chcecie, żeby Areta została synową kalifa w Babilonie, na końcu świata?
– Nie – powiedzieli bracia – nie chcemy, żeby nasza siostra wyjeżdżała tak daleko.
– Ale  – powiedziała Areta nieśmiało – ja bym bardzo chciała jechać…
– A co zrobimy – zapytała matka – jeżeli któreś z nas zachoruje? Albo umrze? Jeżeli twoi bracia będą się żenić i zechcą zaprosić cię na ślub? Kto cię tu wtedy przywiezie?
Kostas popatrzył na siostrę; przypomniał sobie jej tęskne spojrzenie, kiedy przypatrywała się wysłannikom.
– Ja ją przywiozę – obiecał – Choćby świat się kończył, jak będzie potrzeba, przysięgam na wszystkich świętych, że pojadę po Aretę i przywiozę ją do domu.
Areta rzuciła się bratu na szyję i następnego dnia odjechała z wysłannikami kalifa do Babilonu, na koniec świata. Tak powitał ją narzeczony, a kiedy ją zobaczył, pokochał ją jeszcze bardziej; nie minęły dwa tygodnie, a odbył się ich ślub.
Jakiś czas życie płynęło spokojnie i szczęśliwie, zarówno na dworze kalifa, jak i w greckiej chatce w górach. Ale potem przyszły złe, straszne lata. Najpierw dwaj bracia Arety poszli na daleką wojnę    i już nie wrócili żywi: tylko ich trumny przywieziono do wioski i pochowano na cmentarzu przy cerkiewce. Potem najstarszego z synów wdowy przygniotło drzewo w lesie; trzy miesiące czekała matka, czy wyzdrowieje, ale nigdy do zdrowia nie wrócił; i jego pochowano na cmentarzu we wsi. Razem z mokrą, deszczową zimą przyszła zaraza i zabrała dwóch młodszych braci, a niedługo potem, na wiosnę, żmija śmiertelnie ukąsiła trzeciego. Trzech tylko synów zostało w domu wdowy na wiosnę, a dwóch z nich nie dożyło jesieni: kiedy latem paśli kozy w górach, porwała ich kamienna lawina. Matka i najmłodszy Kostas zostali sami. Wdowa codziennie chodziła na cmentarz przy cerkwi, modlić się przy grobach synów, a kiedy wracała, Kostas czekał na nią w domu, pocieszał ją i pomagał jej w pracy.
Kiedy nadeszła zima i zbliżało się Boże Narodzenie, Kostas poszedł na targ, kupić wszystko, co było potrzebne na święta. Lecz kiedy wracał do domu z koszem pełnym jedzenia i podarków, napadli go zbójcy na drodze i obrabowali, a na koniec – wbili mu sztylet w samo serce.
Biedna wdowa została sama w pustym domu, zrozpaczona i samotna; nie minęło wiele czasu, a i ona się pochorowała. Ledwie dowlokła się na cmentarz w mokry, zimowy wieczór i stanęła przy grobach swoich dziewięciu synów.
– I gdzie twoje obietnice, Kostasie? – zapytała z płaczem – Namówiłeś mnie, żebym oddała córkę za mąż synowi kalifa z drugiego końca świata i obiecałeś, że kiedy będzie trzeba, przywieziesz ją z powrotem! Moja Areta nawet nie wie, że już nie ma rodziny, że jej matka umiera, a wszyscy bracia już umarli – a ty przysięgałeś, że jeżeli coś złego się stanie, przywieziesz ją z powrotem! Nie dotrzymałeś, synu, obietnicy!
Ledwie to powiedziała, a zerwał się wiatr; zatańczył w gałęziach, rozpędził chmury, aż pokazał się na nocnym niebie księżyc i gwiazdy. Pękł z hukiem kamień na grobie Kostasa i zmarły syn stanął przed matką.
– Obiecałem, matko – powiedział – i obietnicy dotrzymam.
Duch wyciągnął rękę i w mgły, wijącej się wokół grobów, stworzył sobie konia, szarego jak nocne opary, z których powstał. Ze światła gwiazd uplótł lejce, a z blasku księżyca stworzył sobie dwóch towarzyszy wędrówki. Kostas wskoczył na siodło, koń tupnął nogą i wzniósł się w powietrze.
Nie rok i nie miesiąc, a ledwie chwilę lecieli w powietrzu, nim dotarli do Babilonu; tam, na tarasie  w pałacu, siedziała Areta i czesała swoje czarne włosy.
Zerwała się przestraszona, ale kiedy rozpoznała brata, rzuciła mu się na szyję z uśmiechem. Ale nie było uśmiechu na twarzy Kostasa, kiedy zwrócił się do siostry i powiedział:
– Zbieraj się, siostrzyczko, jedziemy do domu.
– Ale co się stało? – zapytała Areta – Czy mam się ubrać w piękną suknię na wesele? A może powinnam włożyć żałobę, bo ktoś umarł? Powiedz mi, proszę, bracie!
Nic jej Kostas nie powiedział, milczeli też jego księżycowi towarzysze. Zostawiła więc Areta męża i pałac i wsiadła na konia w kolorze mgły, by polecieć z bratem do domu.
Dziwna była ta podróż po nocnym niebie; Areta, choć smutna i przestraszona nagłymi wydarzeniami, nie mogła się nadziwić, jak to możliwe, że lecą wysoko, nad ziemią i że tak szybko zmierzają do domu.
Nagle w ciemności usłyszała cihy głos i zorientowała się, że słyszy rozmowę  nocnych ptaków, lecących obok nich.
– Widziałaś kiedyś – spytała jedna sowa drugiej – żeby umarły wiózł na koniu żywą?
Wystraszyła się dziewczyna, słysząc te słowa, i zapytała:
– Braciszku, słyszałeś, co te ptaki mówią?
– To tylko ptaki – odpowiedział Kostas – nie słuchaj ich.
Kiedy lecieli dalej, Areta znowu usłyszała rozmowę dwóch ptaków.
– To niesprawiedliwe – mówił jeden puchacz do drugiego – żeby umarli mogli chodzić po ziemi na równi z żywymi.
Jeszcze bardziej wystraszyło to dziewczynę, i zawołała:
– Braciszku, dlaczego ptaki mówią takie okropne rzeczy?
–  Puchacze chcą cię nastraszyć – odpowiedział Kostas – nie słuchaj ich.
Jeszcze dalej, kiedy przekroczyli już morze, po raz trzeci dotarła do Arety rozmowa dwóch ptaków.
– Boję się o tę dziewczynę – powiedział jeden lelek do drugiego – zobacz, jak umarły wiezie na koniu z mgły ją, żywą. Nic dobrego z tego nie wyniknie.
Areta rozpłakała się ze strachu i spytała brata:
– Braciszku, czemu ptaki nazywają cię umarłym?
– Przestań wreszcie martwić się tymi ptakami! – krzyknął Kostas, zniecierpliwiony – Już lada chwila będziemy w domu.
Areta jednak nie dała się przekonać i kiedy tylko księżyc wyłonił się zza chmur, zapytała:
– Co się z tobą stało, braciszku? Teraz cię widzę, w księżycowym świetle, i wyglądasz… strasznie. Gdzie się podziały twoje gęste włosy? Czemu masz na sobie taki dziwny strój, jak całun? I dlaczego unosi się wokół ciebie zapach kadzidła?
– Modliłem się rano w cerkwi – odpowiedział jej Kostas – i przesiąkłem zapachem kadzidła; byłem bardzo chory i włosy mi poszarzały; a mój strój nie jest wcale dziwny: taki muszę teraz nosić tam, gdzie mieszkam. A teraz dość pytań: szykuj się, jesteśmy na miejscu.
Znaleźli się nad cmentarzem w rodzinnej wiosce Arety. Ledwie koń dotknął ziemi kopytami, z hukiem otworzyła się ziemia i pochłonęła rumaka wraz z jeźdźcem; sama tylko Areta została przed bramą cmentarną.
Zbliżał się świt, kiedy dziewczyna ruszyła w kierunku rodzinnego domu. W szarym świetle poranka dostrzegła, że drzewa w sadzie zmarniały; że nic nie zostało z grządek w jej ogródku, że uschły krzaczki mięty i tymianku i że nie ma już wokół domu kur i kaczek. Gdy się zbliżyła, zobaczyła drzwi wiszące na jednym zawiasie, niedomknięte i poczuła, jak z chaty wieje chłodem.
– Kto tam? – zawołał ze środka smutny głos – Jeżeli to śmierć, to niech wejdzie: nie mam już synów, a moja córka pozostała w dalekich krajach, ale możesz zabrać mnie. I tak jestem bardzo chora i nie mam po co żyć!
– To ja, mamo – powiedziała z płaczem Areta i weszła do chaty.

Na próżno czekał na ukochaną żonę syn kalifa w Babilonie, na próżno czekali na nią mieszkańcy miasta. Areta nigdy już do nich nie wróciła: kiedy usłyszała opowieść o tym, co się stało z jej rodziną, serce jej pękło z rozpaczy. Pochowano ją obok braci, przy małej cerkwi w rodzinnej wiosce.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s