Lawenda i Jagódka

Oparte na Le Fresne Marie de France, uproszczone oczywiście i mocno przerobione. Nie dla pięciolatki, chyba, ale  parę lat później może spasuje…

*******

Lawenda i Jagódka

opowieść bretońska

Żyli w Bretanii dwaj rycerze, baron de Chene i hrabia de Sorbier. Ich zamki leżały niedaleko od siebie, a obaj rycerze znali się od dzieciństwa i serdecznie przyjaźnili, choć wielu zachodziło w głowę, jak spokojny i łagodny de Sorbier wytrzymywał z porywczym i skłonnym do gniewu de Chenem.

Przyjaźń między rycerzami kwitła przez całą ich młodość i nie zmieniła się, kiedy założyli własne rodziny. Gdy de Chene oświadczył się pięknej córce hrabiego, Fleur, przyjaciel szczerze mu gratulował. Niedługo po tym ślubie nastąpił kolejny: de Sorbier ożenił się z Epine, bogatą bratanicą biskupa.

Przyjaciele chętnie się odwiedzali i cieszyli nawzajem ze swoich sukcesów. Nic więc dziwnego, że kiedy Fleur urodziła bliźniaki, dumny ojciec natychmiast postanowił dać znać przyjacielowi.

W zamku państwa de Sorbier właśnie trwała uczta i przy stole tłumnie siedzieli goście, kiedy przybył zdyszany wysłaniec od de Chena i ogłosił radosną wieść: państwu urodziło się dwóch synków, a pan de Chene prosi, by jego przyjaciel zechciał zostać ojcem chrzestnym jednego z chłopców.

– Ależ oczywiście, to wielki zaszczyt dla mnie! – wykrzyknął rycerz.

Epine de Sorbier milczała. Była wściekła – od dawna zazdrościła sąsiadce urody i tego, że wszyscy w okolicy za nią przepadali; ba, jej własny mąż uważał żonę przyjaciela za wzór doskonałości i często chwalił jej miłe usposobienie i dobroć!. A teraz jeszcze będzie musiała znosić fakt, że znienawidzona sąsiadka urodziła nie jedno, a dwoje dzieci, i będzie się nimi pysznić przed wszystkimi!

O nie, pomyślała Epine, już ja na to nie pozwolę. Kiedy więc jej mąż zapytał, czemu nie pogratuluje młodym rodzicom, tylko się roześmiała.

– Ja bym tam się nie cieszyła, na ich miejscu – rzekła, a kiedy mąż spojrzał na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem, dodała:

To ty nie wiesz, że narodziny bliźniaków to nic dobrego? Normalne kobiety rodzą po jednym dziecku. Jak któraś ma dwoje naraz, to ani chybi albo była niewierna, albo parała się czarną magią!

Pan de Sorbier spochmurniał. Poseł wrócił do domu państwa de Chene – ale zanim tam dojechał, plotki już go wyprzedziły. Co z tego, że wszystkie kobiety w okolicy kiwały głowami z niedowierzaniem, słuchając bzdurnych oskarżeń pani de Sorbier: uwierzył w nie porywczy i skłonny do gniewu pan de Chene. Nie słuchał wyjaśnień żony, gdy ta zaklinała się, że jest niewinna: kazał zamknąć nieszczęsną Fleur razem z dziećmi w ciemnym, zimnym lochu.

Pani de Sorbier nie miała jednak czasu, by cieszyć się z krzywdy rywalki, sama bowiem, jak się okazało, oczekiwała dziecka. Była bardzo dumna i szczęśliwa; czasem tylko, kiedy leżała nocą w łóżku, nie mogąc spać, przypominały się jej słowa, usłyszane kiedyś od starej piastunki: że zło wyrządzone innym wraca do tego, kto je wyrządził…

Minęła zima, przyszła wiosna – i pewnego wiosennego dnia Epine de Sorbier poczuła, że przyszedł czas, by jej dziecko przyszło na świat. Do jej komnaty przybiegły służące i położna i wkrótce, przy ich pomocy, pani de Sorbier urodziła śliczną córeczkę. Jakież jednak było jej przerażenie, kiedy położna pokazała jej dziecko i powiedziała:

– To nie koniec. Za chwilę urodzi pani drugą – będą bliźniaczki!

Epine de Sorbier przypomniała sobie wtedy własne, pełne pogardy oszczerstwa rzucone na niewinną sąsiadkę i pojęła, że te słowa zwrócą się teraz przeciwko niej. To przecież ona przekonała pana de Chene, że bliźnięta to niewątpliwy dowód zdrady i konszachtów z diabłem! I co teraz? Co robić? Mąż na pewno uzna ją za czarownicę, zamknie w lochu, jak jego przyjaciel swoją żonę, albo co gorsza, każe spalić na stosie…

Nie, pomyślała pani de Sorbier, ja nie mogę mieć tego drugiego dziecka.

– Wyjdźcie stąd wszystkie – zażądała od położnej i służących. Kobiety, zdumione, lecz posłuszne, opuściły pokój; w komnacie została tylko wierna pokojówka.

– Różyczko – powiedziała do niej pani – musimy zabić tę drugą dziewczynkę. Już wolę być morderczynią niż przyznać się mężowi, że urodziłam bliźnięta. Nikt nie musi wiedzieć; tamtym powiemy, że dziecko urodziło się martwe, a mój mąż nigdy się nie dowie prawdy. Gdyby wiedział, gdyby okazało się, że wierzy w to, co powiedziałam o pani de Chene…

– Pan de Sorbier nigdy by w to nie uwierzył – powiedziała Różyczka, ale pani de Sorbier, przerażona, nie słuchała.

– Zabijemy dziecko – powtórzyła ze łzami w oczach – Pomożesz mi w tym, prawda?

Różyczka, widząc, że jej pani prawie odchodzi od zmysłów ze strachu, a jednocześnie pełna współczucia dla biednej małej kruszynki, powiedziała:

– Ależ, madame, zabójstwo dziecka to straszna zbrodnia! Nie bierzmy tego na swoje sumienie! Zrobimy tak: powiemy panu de Sorbier, że ma córkę, jedną, a położnej i reszcie służby, że drugie dziecko urodziło się nieżywe. Tymczasem ja zabiorę tego maluszka i po cichutku wykradnę się z zamku. Niedaleko, w miasteczku, jest klasztor sióstr zakonnych; podrzucę im dziecko na wychowanie. Dobrze jej tam będzie: siostrzyczki nauczą ją czytać i pisać, a w swoim czasie dziewczyna, wychowana w klasztorze, pewnie zostanie jedną z nich. Na pewno tak będzie lepiej dla wszystkich, madame!

Pani de Sorbier poczuła, że kamień spadł jej z serca: bała się powiedzieć mężowi o bliźniętach, ale myśl o tym, że miałaby skrzywdzić takie maleństwo, napawała ją przerażeniem. Plan Różyczki wydał jej się doskonały. Kazała pokojówce przynieść pieluszki oraz kocyk i ubranka z cennego materiału, i osobiście założyła na malutką dziecinną rączkę złoty łańcuszek, na który nawlekła pierścień ze szmaragdem i ametystem, który sama kiedyś dostała od swojej chrzestnej matki.

Pan de Sorbier ogromnie ucieszył się z narodzin dziecka. Nie miał pojęcia, że w tym samym czasie, kiedy on w komnacie żony zachwycał się, jakie śliczne czarne oczka ma jego mała córeczka – przez te czarne oczka postanowił nazwać ją Jagódką – przez wieczorny las biegła w kierunku miasteczka Różyczka, niosąc w ramionach płaczące dziecko: jego drugą córkę, o której istnieniu nie miał pojęcia.

Dobiegła w końcu Różyczka do miasteczka, i znalazła się przed klasztorną furtką. Rósł tam stary wiąz, a pod nim – wielkie kępy lawendy, obsypanej teraz pachnącymi, fioletowymi kwiatami. To wśród kwiatów lawendy położyła służąca małą dziewczynkę, a sama ukryła się wśród rosnących w pobliżu krzewów, żeby się upewnić, że dziecko znajdzie opiekuna.

U sióstr zakonnych pracował stary ogrodnik; właśnie obchodził jeszcze wieczorem ogród, sprawdzając, czy jakichś kwiatów nie trzeba by podlać, kiedy usłyszał cichy ni to pisk, ni to płacz.

– Czy to mały kociak, który się zgubił? – powiedział do siebie – a może to pisklę, które wypadło z gniazda? Zobaczmy….

Jakże się zdziwił, kiedy wśród pachnącej lawendy znalazł niemowlę! Schylił się i podniósł z ziemi płaczące maleństwo, przemawiając do niego czule:

– No już, nie płacz, nie płacz… Zabiorę cię do mojej córki, damy ci jeść, nic się nie bój…

Różyczka odetchnęła z ulgą, przekonawszy się, że dziecko znajdzie dom. Wróciła prędko do zamku, by opowiedzieć o tym swojej pani. Nikomu innemu nie powiedziała, co się stało, a kiedy pozostałe służące pytały, gdzie była przez cały wieczór, odpowiadała, że na polecenie pani zanosiła kwiaty do kościoła.

Tymczasem w domu starego ogrodnika mała dziewczynka została nakarmiona przez jego córkę – wdowę z własnym maleńkim dzieckiem. I ogrodnikowi, i młodej matce było żal maleństwa, zastanawiali się jednak, czy dadzą radę ją wychować? Byli niezamożni, a od kiedy mąż kobiety zginął na wojnie, polegali we troje z dzieckiem tylko na tym, co starzec zarobił, uprawiając ogród siostr zakonnych… W pochmurnych nastrojach poszli wszyscy spać, w nocy jednak staremu ogrodnikowi przyszła do głowy myśl: A może poprosi o pomoc przeoryszę?

– Jakie śliczne, biedne maleństwo! – zawołała przełożona sióstr, kiedy przyniesiono jej dziecko – Jak ma na imię?

Stary ogrodnik pomyślał o roślinach, wśród których znaleziono dziewczynkę, o ich słodkim zapachu i delikatnych kwiatuszkach.

– Lawenda – powiedział – Ma na imię Lawenda.

– Pomogę wam ją wychować – zdecydowała przeorysza – Powiemy wszystkim, że to moja siostrzenica, a ja sama będę traktowała ją jak własną rodzinę.

I tak rosły sobie dwie dziewczynki: Jagódka w zamku państwa de Sorbier, uwielbiana przez ojca i rozpieszczana przez nauczycielki tańca i muzyki, i Lawenda w klasztorze, pod opieką starego ogrodnika i przeoryszy. Nigdy się nie spotkały, choć mieszkały tak niedaleko, bo kiedy Lawenda mozolnie uczyła się pisać piękne litery czerwonym tuszem, Jagódka recytowała wierszyki swemu wujowi-biskupowi, a kiedy Jagódka tańczyła na balu z innymi dziećmi, Lawenda powtarzała za przeoryszą łacińskie modlitwy. Obie jednak wyrosły na śliczne i uzdolnione dziewczyny. Wielu kawalerów ubiegało się o rękę córki hrabiego de Sorbier, ona jednak wszystkim odmawiała; i wielu powtarzało, że siostrzenica przeoryszy to piękna dziewczyna, ale niewielu widziało ją na własne oczy.

– Nie chcę, żebyś widywała kawalerów – powiedziała Lawendzie jej ciotka – jesteś mądra i wykształcona, wolałabym, żebyś wstąpiła do klasztoru, jak ja. Zresztą, ty się nie nadajesz na żonę dla rycerza! Niewiele kobiet umie czytać i pisać – i niewielu mężczyznom spodoba się, że to potrafisz.

W końcu jednak przeorysza musiała ustąpić, kiedy do klasztoru z wizytą przyjechał sławny na całą Bretanię rycerz Goron. Nikt go nigdy nie pokonał w pojedynku, nikomu nie udało się zmusić go, by się poddał; jego rozkazów słuchało dziewięćdziesięciu rycerzy. Kiedy więc przybył – z bogatymi darami – odwiedzić klasztor i wyraził chęć spotkania z wychowanką, przeorysza nie miała wyjścia: nie wypadało odmówić gościowi.

Przełożona sióstr nie wiedziała jednak, że Goron nie przypadkiem zabłądził w jej strony: minął już rok, od kiedy rycerz usłyszał pieśń trubadura, wychwalającą tajemniczą piękność imieniem Lawenda, wychowaną w klasztorze. Kiedy słuchał ballady, poczuł, że w jego sercu budzi się nieznane dotąd uczucie: sam nie wiedział, kiedy zakochał się w nigdy niewidzianej, nieznanej mu dziewczynie.

Goron myślał, że nie mógłby kochać bardziej – kiedy jednak zobaczył dziewczynę, zrozumiał, że się mylił: dopiero jej widok obudził w nim prawdziwe uczucia; a kiedy, poproszona przez ciotkę, dziewczyna usiadła z nimi do kolacji, przekonał się, że jest nie tylko piękna, ale też mądra i wykształcona.

– Ja chyba oszaleję z miłości! – skarżył się tego wieczora swojemu giermkowi – Muszę stąd odjechać i już nigdy jej nie ujrzę! Co robić, co robić?

– Nic się nie martw, panie – powiedział giermek, który nie był może tak dzielny, jak Goron, ale za to znacznie od swego pana sprytniejszy – Już ja coś wymyślę…

Rano giermek zdradził Goronowi swój plan:

– Wyjedziemy i zamieszkamy w tym miasteczku – powiedział – ale ty, panie, codziennie będziesz wpadał do klasztoru z jakimś darem. A to zawieziesz siostrom nowy obrus, a to – zapasy pergaminu na księgi, innym razem – kosz jabłek… One się ucieszą, a ty będziesz miał okazję sapotykać dziewczynę – a mówię ci, nie tylko ona spodobała się tobie, ale i ty – jej!

Miał rację sprytny giermek: Lawenda rzeczywiście poczuła, że podoba się jej ten śmiały i przystojny młody rycerz. Im częściej się widywali, tym żywiej biło jej serce, gdy przychodził – i niedługo trwało, aż wyznali sobie nawzajem miłość.

– Ucieknij ze mną – zaproponował pewnego dnia Goron – przecież nie chcesz zostać zakonnicą, jak twoja ciotka!

– Nie ma mowy! – zaprostestowała dziewczyna – Uciekniemy razem, i co? Przecież nie możesz się ze mną ożenić: ty jesteś rycerzem, a ja – podrzutkiem, nie wiadomo kim! Prawo powiada, że rycerz taki, jak ty, musi wziąć za żonę szlachciankę – i nie przerywaj mi, bo na prawie znam się lepiej od ciebie!

– No dobrze, jesteś wykształcona i mądra – powiedział Goron z uśmiechem – i co, naprawdę chcesz iść do klasztoru? Nie kochasz mnie? Twoja ciotka byłaby na pewno znacznie bardziej nieszczęśliwa, gdybyś wstąpiła do klasztoru wbrew własnej woli i przez to unieszczęśliwiła i siebie, i mnie! A ja, Goron z Bretanii, jestem bohaterem, niepokonanym rycerzem: mogę robić, co chcę, i żenić się, z kim zechcę! Proszę cię, Lawendo, kochana, zostań moją żoną!

I tak, od słowa do słowa, Goron przekonał Lawendę. Którejś ciemnej, bezksiężycowej nocy dziewczyna wymknęła się ze swego pokoiku – wzięła ze sobą tylko złoty łańcuszek, na którym wisiał pierścień ze szmaragdem i ametystem – i przez ogród klasztorny pobiegła cichutko do furtki, do starego wiązu i krzewów lawendy, gdzie czekał na nią ukochany. Goron pomógł jej wsiąść na konia i pojechali razem do jego zamkuzatrzymując się po drodze tylko raz: przy malutkim kościółku wśród wzgórz, gdzie zaspany ksiądz dał im ślub.

Jako żona Gorona Lawenda przybyła do jego siedziby. Nie trzeba było wiele czasu, by przekonała do siebie służbę i wszystkich mieszkańców zamku – była bowiem miła, ujmująca i pracowita, a ludzi wokół siebie traktowała uczciwie i sprawiedliwie.

Ale rycerze Gorona nie byli zadowoleni, o nie. Od kiedy dowiedzieli się, że ich pan ożenił się z dziewczyną nieznanego pochodzenia, która może nawet nie jest szlachcianką, szemrali między sobą oburzeni, że to wstyd, że tak nie wypada, że nawet Goronowi nie wolno łamać prawa… Nic ich nie obchodziło, że Lawenda była lubiana na zamku: co to za pani, która nie krzyczy na służbę i przyjaźni się z kucharkami! A jak jeszcze dowiedzieli się, że żona ich pana umie czytać i pisać, ich oburzenie nie znało miary. W końcu wybrali się do Gorona i oświadczyli:

– Panie, dłużej tego nie zniesiemy. Wybieraj: my albo ona. Albo pozbędziesz sie tej kobiety – podrzutka, bez nazwiska i tytułu! – albo my wszyscy z przyjaciół i towarzyszy staniemy się dla ciebie wrogami. Napadniemy na twój zamek, zabierzemy twoje dobra, a ciebie przepędzimy na cztery wiatry – bo nawet ty, sam jeden, nic nie zdziałasz przeciw dziewięćdziesięciu!

Na próżno zaklinał się Goron, że kocha żonę, na próżno obiecywał, że jakoś to będzie, żeby dali mu trochę czasu – rycerze nie chcieli słuchać. Mąż Lawendy zdał sobie sprawę, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

– Co mam zrobić? – zapytał.

– Odeślij Lawendę do klasztoru – powiedział najstarszy z rycerzy – Powiedz, że ślub był nieważny, że nie znasz jej pochodzenia, i że nie macie dzieci. A potem – weź sobie nową żonę. Niedaleko stąd mieszka hrabia de Sorbier, a jego córka, Jagódka, słynie z urody. Po co ci ta lawenda – nie ma z niej żadnego pożytku, poza tym, że ładnie pachnie; a jagódki są słodkie i dają piękne owoce. Ożeń się z Jagódką, panie, a Lawenda niech uczy dzieci modlitw gdzieś w klasztorze, z innymi siostrami!

Z bladą twarzą i zaciśniętymi wargami wysłuchała Lawenda Gorona, kiedy przyszedł do niej i zaczął się tłumaczyć, że rycerze, że bunt, że nowa żona… Nie powiedziała ani słowa: uciekając z klasztoru i godząc się na ślub, wiedziała, czym ryzykuje, zdawała sobie bowiem świetnie sprawę, że jako osoba o niepewnym pochodzeniu nie miała prawa wyjść za rycerza. Skinęła tylko głową, gdy Goron, ze łzami w oczach, zapytał, czy pomoże jeszcze gospodyni w przygotowaniach do ślubu.

Tymczasem w domu hrabiego de Sorbier trwała wielka awantura.

– Nie wyjdę za żadnego Gorona – oświadczyła ojcu i matce Jagódka.

– Ależ dziecko… – zaprotestował jej ojciec, ale Jagódka mu przerwała:

– I nic mnie nie obchodzi, że jest sławnym rycerzem. W ogóle nie wyjdę za żadnego rycerza, nie ma mowy. Zostanę poetką i śpiewaczką, już od dawna wam to mówiłam, a za męża mogę co najwyżej wziąć sobie innego muzyka: on będzie grał na lutni i komponował, ja będę śpiewała do jego muzyki swoje własne wiersze, i będą nas oklaskiwać na wszystkich dworach Bretanii!

– Ależ dziecko… – powiedział hrabia.

– Ależ co to za bzdury! – wtrąciła się Epine de Sorbier – nie ma żadnej dyskusji, moja panno: skoro pan Goron poprosił o twoją rękę, to wyjdziesz za pana Gorona!

Nic nie pomogły płacze i protesty – miesiąc później Jagódka z rodzicami byli już w drodze do zamku Gorona, gdzie miały się odbyć uroczyste zaręczyny.

Tymczasem w zamku Lawenda skończyła ostatnie przygotowania do uroczystości. To był jej ostatni dzień w miejscu, które stało się dla niej domem, a które teraz będzie musiała opuścić już na zawsze. Goron był smutny: Lawenda znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nadal ją kocha i że jego też przeraża perspektywa rozstania; niemniej, nie zrobił nic, by powstrzymać nadchodzące zaręczyny z córką jakiegoś hrabiego z sąsiedztwa.

Lawenda z roztargnieniem przełożyła ze skrzynki do skrzynki jakieś drobiazgi, kiedy nagle usłyszała na schodach kroki i wołanie:

– Już są, już są….

Epine de Sorbier słyszała, oczywiście, że przyszły mąż jej córki nie jest do końca wolnym człowiekiem: wszyscy w okolicy plotkowali o jakiejś wychowance zakonnic, sierocie, którą wbrew prawu wziął za żonę. Miała nadzieję, że Goron szybko zapomni o tamtej i obdarzy uczuciami Jagódkę. Kiedy jednak zobaczyła Lawendę – Goron przedstawił ją jako “pomocnicę gosposi” – dziewczyna wydała jej się bliska, choć Epine nie umiała powiedzieć, dlaczego. Przez wiele lat zastanawiała się, co się stało z jej drugą córeczką, i informacja, że ta “pomocnica gosposi” jest przygarniętą kiedyś przez siostry sierotą, ponownie przywiodła jej na myśl tamten wieczór, kiedy zdecydował się los jej córek: jedna została ukochanym skarbem rodziców, druga – wychowanym w klasztorze podrzutkiem…

– Mamo – wyszeptała podczas uczty Jagódka – mamo, proszę cię… Usłyszałam od służącej, że on kocha inną: ja nie mogę tak komuś złamać serca, odebrać ukochanego… Proszę cię, mamo, to miły człowiek, ale nie każ mi za niego wychodzić…

Epine nic nie powiedziała, ale sama czuła się nieswojo: głowę miała pełną dziwacznych przeczuć i nie mogła oderwać wzroku od siedzącej wśród służby dziewczyny, której jej córka miała odebrać męża. Robiła wszystko, by mąż nie zauważył, jaka jest zmieszana.

Uczta była bardzo uroczysta: oprócz przyszłej panny młodej z rodzicami na zaręczyny przybył także wuj Epine, biskup, a także – dziewięćdziesięciu rycerzy Gorona. Wino lało się strumieniami aż do późnej nocy i trochę trudno się dziwić, że kiedy Goron obudził się rano w dniu zaręczyn, nie miał pojęcia, co zrobił z pierścionkiem zaręczynowym dla Jagódki.

Zbliżała się pora cderemonii, a pierścionka nigdzie nie było: ani na stole, ani na komodzie, ani w sali balowej… Wściekły i zakłopotany przebiegał Goron korytarze pałacu, szukając albo zaginionego pierścionka, albo czegoś, co mogłoby go zastąpić. W desperacji zapukał w końcu do pokoju Lawendy, choć nie był pewien, czy w ogóle jeszcze zastanie ją w zamku.

Lawenda jednak jeszcze nie wyjechała, a kiedy usłyszała wydukaną przez Gorona opowieść o zaginionym pierścionku, bez zastanowienia sięgnęła do własnej skrzyni.

– Proszę – powiedziała – weź ten. Mnie już nie będzie potrzebny. Dostałam go od ciotki – to moja jedyna pamiątka po rodzicach, których nigdy nie znałam. Ale w klasztorze nie nosi się biżuterii: niech posłuży tobie i twojej żonie…

Ściskając w ręku pierścień z ametystem i szmaragdem, Goron zbiegł do sali, w której czekali już goście zaręczynowi i sama przyszła panna młoda; to ona była jedyną osobą, która się nie uśmiechała. Tuż obok Jagódki stali jej rodzice: chcieli dobrze widzieć wszystko, co się miało stać.

Goron podszedł do Jagódki i wziął ją za rękę, a następnie włożył na jej palec pierścień – a raczej włożyłby, gdyby matka panny młodej, zobaczywszy ten pierścień, nie zemdlała.

Zapomniano na chwilę o zaręczynach: wszyscy zajęli się cuceniem hrabiny i troską o to, by nadmiar szczęścia z powodu zamążpójścia córki nie kosztował jej zbyt wiele zdrowia. Skropono jej skronie wodą, pod nos podsunięto flakonik perfum i Epine powoli zaczęła wracać do siebie.

Kiedy oprzytomniała, zdała sobie natychmiast sprawę, co ten pierścień może oznaczać. Przez chwilę kusiło ją, by nic nikomu nie powiedzieć; omdlenie usprawiedliwić emocjami związanymi z uroczystością, a o pierścieniu i o osobie, której go przed laty dała, zapomnieć na zawsze. Zwyciężyło jednak poczucie wstydu: Epine zrozumiała, że już raz zrobiła swojej córeczce straszną krzywdę, pozbawiając ją rodziny, i że nie może zrobić jej tego po raz drugi i pozbawić jej męża. Jeżeli to był pierścionek jej córki. Jeżeli ta dziewczyna, którą Goron miał odesłać do klasztoru, była jej córką. To mógł być przypadek, czysty przypadek, może pierścień sprzedano, może Goron go kupił albo dostał…

– Synu – zapytała Epine – skąd masz ten pierścień? Czy nie był on własnością twojej pierwszej żony?

Goron, czerwony ze wstydu, musiał przyznać, że tak właśnie było: że poprzedniej nocy zgubił własny pierścionek zaręczynowy i że potrzebował szybko jakiegoś innego, a Lawenda była tak uprzejma…

– Przyprowadźcie do mnie tę Lawendę – zażądała Epine.

W ostatniej chwili służącym udało się zatrzymać swoją dawną panią: Lawenda była już na dziedzińcu, gotowa do odjazdu. Poproszona do środka, stanęła przed rywalką i jej matką bez uśmiechu, ale i bez łez. Nawet nie zauważyła, jak bardzo ona i Jagódka sa podobne – choć teraz, kiedy stały obok siebie, zauważyli to wszyscy zgromadzeni.

– Czy to twój pierścień, dziecko? – spytała drżącym głosem hrabina, a kiedy Lawenda skinęła głową, dodała – Opowiedz mi, skąd go masz…

Już po chwili nie miała wątpliwości: to była jej córka, jej dziecko, które oddała i za którym od tej pory tęskniła. Pozostało jej tylko jedno.

– Mężu – powiedziała Epine, biorąc głęboki oddech – Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego i mam nadzieję, że mi wybaczysz to, co zrobiłam…

Niepotrzebnie się obawiała: pan de Sorbier, usłyszawszy historię o bliźniaczkach i zorientowawszy się, że Lawenda jest jego zaginioną córką, spojrzał na żonę z miłością i powiedział:

– Zrobiłaś rzecz straszną, to prawda – ale byłaś przerażona i nie wiedziałaś, co czynisz. Wybaczam ci – najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, a ja zamiast jednej córki, mam teraz dwie!

Odbyły się więc uroczyste zaręczyny, a po nich ślub – ale Gorona i Lawendy, tym razem już jako uznanej przez wszystkich córki hrabiego, Podczas wesela Jagódka popisywała się swoim śpiewem, a biskup wyszeptał do ucha pana de Sorbier, że ponoć jest w Prowansji pewien słynny rycerz, który gra na lutni i układa ballady, a bardzo by mu się przydała muzykalna żona…. Goron przeprosił Lawendę za swoje zachowanie, za brak odwagi i zdecydowania w obronie ich miłości i za to, że uległ groźbom swych rycerzy, a hrabia i hrabina cieszyli się szczęściem odzyskanej córki.

A co się stało z Fleur de Chene i jej synkami w ciemnym lochu? O, to już temat na całkiem inną opowieść…

Advertisements

One thought on “Lawenda i Jagódka

  1. allegra_walker says:

    Chociaż historia nie jest mi obca, to przecież do końca czytałam z napięciem – a właściwie to obie czytałyśmy, wewnętrzna ośmiolatka i zewnętrzna stara krowa 🙂

    Krowa zastanawia się teraz, czy umiałabyś opowiedzieć “Eliduca” tak, żeby czytelnik mógł odczuwać jeśli nie sympatię, to przynajmniej zrozumienie (albo chociaż żeby go diabli nie brali ze złości). Mam wrażenie, że byłoby to ponad ludzkie siły, ale może…?

    Ośmiolatka strasznie chce wiedzieć, co było dalej z braćmi w lochu, ale przede wszystkim – co z Jagódką? I oczywiście chce to wiedzieć NATYCHMIAST 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s